Friday, 1 May 2015

Moja bitwa o Anglie cz 73

   W sumie na tej budowie, beze mnie I moich irakijskich wspolpracownikow, pracowalo 17 osob. A to juz spora banda. Nigdy nie wozilem tak duzej gotowki ze soba. Przewaznie Wiola robila przelewy bankowe lub wreczalem chlopakom czeki ladnie zapakowane w koperte. Tak mialo byc I tym razem. Jednak kilku z tych pracownikow dopiero co przyjechalo z Polski I nie znali jeszcze panujacych tu zasad. Piecioro z nich obeszlo mnie w okolo rzucajac czekami oraz innym "miesem" domagajac sie gotowki. To byl koszmar! Wolalbym dwa dni kopac row w deszczu niz ponownie z nimi rozmawiac. Ich staropolskie myslenie, ze kazdy polski prywaciarz, to oszust, doprowadzilo mnie do furii. Omar I Adil zauwazyli cale zajscie I przyszli mi z odsiecza. Gdy wytlumaczylem o co im chodzi, Adil wyciagnal plik banknotow z kieszeni pytajac kazdego z nich ile sie nalezy. Wyplacal zadana kwote puszczajac mi dyskretnie oczko. Ja natomiast kazdemu z protestujacych po odebraniu gotowki dziekowalem za wspolprace I zegnalem. Byli w podwojnym szoku. To byla wspaniala kontrofensywa, ktora calkowicie zdezorientowala przeciwnika. Nie mieli nic do gadania, a my z Przemkiem dogadalismy kolejna grupe pracownikow. Juz kolejnego poranka czekala nowa dostawa jeszcze swierzych robotnikow. Pelni entuzjazmu I zapalu zabrali sie do pracy, a pozostali juz z respektem I szacunkiem odnosili sie do mnie w obawie o utrate pracy.
 Zadanie wykonalismy w uzgodnionym terminie I w zadawalajacy sposob. Niestety koszty jakie ponislem oraz "obciecie" ceny przez Omara spowodowalo, iz minione dwa tygodnie pracowalem charytatywnie. Jednak mialem zamiar odbic to sobie przy kolejnym zleceniu dla nich. Zaproponowali mi kontynuowanie tego projektu. Uzgodnilismy nastepna cene I tym razem uparcie trwalem przy swoim. O dziwo ulegli, a ja naciskalem, by w ciagu trzech dni zwrocili mi podpisana umowe. Zorganizowaem koparki, ladowarki oraz transport I zabralismy sie za kopanie podpiwniczenia, w ktorym to mial sie znajdowac podziemny parking.
 Problemy biezace, oraz nawal pracy uspily moje fascynacje muzyczno-artystyczne. Nawet nie mialem czasu pomyslec o tym kto gra w najblizszy weekend koncert, lub kto wlasnie wydal plyte. Praca zabierala mi do 20 godzin na dobe. Pozostale 4 przeznaczalem na problemy sercowe matki.
 Po okresie przejsciowym wreszcie dogaduja sie z Peterem I wprowadza sie do niego. Wyglada na szczesliwa, jednak to tylko pozory. Juz w drugim tygodniu zali sie I placze, jednak ludzi sie na poprawe. My uswiadamiamy ja, by wracala do Polski. Jednak nie chce slyszec o tym, chetna poniesc kazda cene. Postanawiamy nie wtracac sie I wkroczyc tylko w sytuacji kryzysowej.
 Mijaja kolejne tygodnie oraz plyna kolejne lzy. Potrafi dzwonic w srodku nocy I zalic sie lub opowiadac o swoich podejrzeniach wzgledem Petera. W koncu podejmujemu z Wiola decyzje aby uwolnic ja z tej angielskiej opresji. Po kryjomu, gdy Peter byl jeszcze w pracy, podjezdzam I dsykretnie wynosimy wszystkie rzeczy matki. Oczywiscie razem z matka. Musimy uwazac na sasiadow. Mogliby powiadomic Petera o naszym spisku. Matka zasmarkana w samochodzie rozpacza, ze znow jej nie wyszlo. Po przyjezdzie do domu decydujemy w trojke o jej powrocie do kraju. Za ostatnie pieniadze z karty kredtowej kupujemy jej bilet powrotny. Ciezko nam je wydac, jednak nie stac nas na utrzymanie jej, a to jest najtansza opcja w tej chwili.
 Siedzi zalamana na sofie z nosem w TV I nawet slowem sie nie odezwie. Przerwe w seansie przerywa tylko zwrot do pudelka po kolejna garsc husteczek.
 Dochodzi polnoc. Zmeczeni idziemy spac. Jednak ona pozostaje nieugieta I zostaje na sofie, tam gdzie byla od kilku godzin. Po kilkunastu minutach dochodzi do naszej sypialni dzwiek wysylanych smsow. Zazartowalem do Wioli, ze nie zdziwie sie, gdy wroci do Petera. No I wykrakalem. Po chwili puka do naszyh drzwi z radosna juz mina, ze pogodzili sie I wraca na Kingston. Peter jest juz w drodze. Otworzylismy paszcze ze zdziwienia. Myslelismy,ze da nam czas choc do rana.
 Po pol godzinie Peter juz stukal kolatka do drzwi, a matka rzucila mu sie w ramiona calujac zarosniete bakami policzki. Znow ze lzami w oczach, tym razem ze wzruszenia, mowi, ze odda nam za bilet, ze wogole nas tak mocno kocha, ze sprzeda dom w Polsce I odda nam wszystkie pieniadze, ze wogole jest nam bardzo wdzieczna za wszystko co dla niej zrobilismy, ze przeprasza za cale zamieszanie, ale musimy ja zrozumiec. Wszystko brzmialo to bardzo dziwnie, a ona sama zachowywala sie chaotycznie. Tak, rozumiemy I do rana zachodzimy w glowe, jak to mozliwe, by pozwolila soba tak pomiatac? Jak to mozliwe by tak sie nie szanowac? Jak to mozliwe, by szescdziesieciolatka zachowywala sie niczym szasnastolatka?
 Madra Wiola znalazla rozwiazanie I a ta przypadlosc. Jednak o szczegolach w kolejnym odcinku. Zapraszam...

No comments: