Friday, 20 March 2015

Moja bitwa o Anglie cz67

   Byczymy sie tak, az do 6.00, gdy glodne gardlo Juniora upomnialo sie o dawke swierzego mleka. Jak to dobrze, ze faceci nie musza karmic piersia! Dosypiamy jeszcze jakims cudem I po lunchu wyruszamy na podboj  Francji.
 Jeszcze w domu ulozylem tak trase, aby z hotelu do celu jechac nie dluzej niz godzine. Po drodze, na stacji paliw, spotykamy "nasza" Angielke I razem na dwa samochody kontynuujemy podroz. Okazalo sie tez, ze nie lubie francuskich drog. Calkowicie stracilem orientacje w terenie. Zupelny brak drogowskazow, znakow I jakichkolwiek oznaczen. Polegalem tylko na naszej Angielce. Mialem mape, ale coz ona warta, gdy nie wiem gdzie jestesmy a nawigacji satelitarnej brzydze sie jak disco polo.
 Po kilkunastu kilometrach, naszym oczom ukazuje sie przepiekna, francuska wies, polozona na zboczu niewielkiego wzniesienia. Nie wiem jakie tu sa zimy zazwyczaj. Ta jest wyjatkowa lagodna, sloneczna I piekna.
 Wokol pola, sady I laki. Wjezdzamy dluga na kilometr aleja lipowa. Stare jak swiat drzewa witaja nas kolyszac sie w rytm delikatnego wiaterku. Na koncu alei, wielka, zeliwna, recznie kuta, sredniowieczna brama. Brakuje ogrodzenia lecz na szczescie brama uchowala sie przed bezlitosnymi zlomiarzami. Jest tak piekna, ze nie moge sie nacieszyc jej widokiem. Mysle, ze bardzo by mnie serce zabolalo, gdyby ktos ja zniszczyl.
 Za kolejnymi starymi drzewami ukazuje sie nam perla tej okolicy. No tak, juz rozumiem dlaczego ona to kupila...  Byly tam trzy budynki, niestety bardzo zniszczone I zaniedbane. Wygladaly niczym ruiny jakiejs sredniowiecznej osady. Pierwszy, najwiekszy, dwupietrowy, mial dziesiec sypialni na pietrach, a na parterze dwa pomieszczenia, duzy aneks kuchenny I za sciana stajnie lub obore. Oczywiscie wszedzie klepisko, tynki z konskim wlosiem, na scianach uchwyty do swiec I lamp naftowych, a drzwi do kazdego pomieszczenia byly male, niczym z dobranocki o Smurfach. Do tego million myszy I dwa miliony golebi. Wszystko to jednak dodawalo tylko uroku do tego przesympatycznego I mgicznego miejsca I mialem ochote zostac tam na zawsze.
 Dwa kolejne budynki, to sredniej wielkosci spizarnia I przypuszczam- chlewik. Oba jeszcze bardziej zniszczone niz glowna nieruchomosc. Obchodzimy to z kazdej strony, robie setki zdjec, a pani opowiada, co by chciala tu zrobic, a roboty jest mnostwo! Jednak praca w takiej okolicy I przy takim obiekcie, to zaszczyt I sama przyjemnosc.
 Z zalem musimy wracac do rzeczywistosci. Obiecuje pani zrobic cene tak szybko, jak to mozliwe. Powoli, by nie zgubic sladow, ruszamy w droge powrotna, w poszukiwaniu kolejnego hotelu.
 Tym razem poszlo latwiej I bez problemu znajdujemy sie w srodku klasycznej, francuskiej oberzy. Dostajemy klasyczny pokoj z klasycznym, wielkim kluczem I klasycznym wielkim lozem z nadmuchana pierzyna I poduchami. Wszystko to wyglada bajecznie I brakuje tylko, by po kolacji pojawili sie Asterix I Obelix. Wszystko nam sie tu podoba I z apetytem zjadamy obiad. Po obiedzie obowiazkowo wino z lokalnej winnicy I maly spacer po okolicy. Urzeka nas maly sklepik familijny, taka garmazerka. Nie dosc, ze mowia po angielsku, to jeszcze oferuja pachnace smakolyki: paszteciki, galaretki, wedliny no I obowiazkowo slimaki na kilka sposobow. Kusimy sie na nadziewane serkiem Fromagge, bierzemy do tego butelke czerwonego wina I postanawiamy sobie, ze do jutra rana tylko odpoczywamy.
 Na zajutrz, po prawdziwym sniadaniu w normandzkim stylu, udajemy sie w droge powrotna. No to przygod mamy pod dostatkiem jak na jedna wycieczke, stwierdzam wysiadaac z auta na pokladzie promu. Jeszcze 6 godzin bujania na falach I jestesmy na wyspie. Siadamy wygodnie w czesci przeznaczonej dla osob z malymi dziecmi, by Junior mogl bezkarnie buszowac w labiryncie zabawek.
 Na obiad zaserwowano dwa wiadra muli, czyli jadalnych malz w sosie czosnkowym. Oczywiscie z winem. Powoli zastanawiam sie czy we francuskim szpitalu do kroplowek tez podaja wino? Oczywiscie Wiola nie pije. Nawet nie nazeka. Nie lubuje sie w winie I tylko macza jezyk, by poczuc smak I zapach.
 Jeszcze dobrze nie obrobilem tych skorupiakow, a opuscili  zaluzje, szczelnie zaslaniajac wszystkie okna. Nastepnie kapitan nakazal wrocic do swoich kajut I tam pozostac do odwolania. Cos tu smierdzialo I nie byly to owoce morza. Chwiejnym krokiem, niczym po 10 flaszce Caberneta dryfuje do swojej koi. Nie mam problemu z choroba morska. Nigdy nie mialem. Jedyne co widze, to przerazenie w oczach Wioli. To pewne, trafilismy na sztorm. Tylko jak silny? Staramy sie zartowac, ogladamy TV. Jednak jak tu sie cieszyc gdy buja statkiem we wszystkie strony. Buja tak mocno, ze nie wiem czy bym utrzymal rownowage nawet trzymajac sie poreczy.
 Szczesliwie po pieciogodzinnej, sztormowej walce dobijamy do angielskiego portu Portsmouth. A nie mowilem, ze przyciagam sztormy I panie plastyczki? Jeszcze tylko dwie godziny autostrada I wreszcie w domu. Po kolacji, gdy juz opowiedzielismy Steli wszystkie przygody, wlaczamy wiadomosci BBC. Nadrabiamy trzydniowe zaleglosci, a tam jako temat dnia widnieje: Sztorm na English Channel (Kanal La Manche), tonie kontenerowiec Napoli u wybrzezy Cornwalii. Przez kolejne dni czytalismy o tym, co morze wyrzucilo na plaze I jakie skarby znajduja mieszkancy nadmorskich miejscowosci.
 Chcialem kupic Wioli w prezencie urodzinowym rejs statkiem do Hiszpanii, jednak nie musiala mnie dlugo przekonywac, ze to glupi pomysl...
cdn

No comments: