Friday, 13 March 2015

Moja bitwa o Anglie cz 66

   Rejs promem trwal 6 godzin w jedna strone. Probowalismy namowic Stele by pojechala z nami, jednak wolala zostac z Ewelina I plotkowac o niedzielnej mszy, ktory to z ministrantow byl najprzystojniejszy.
 Arti nie mial jeszcze skonczonego roku, wiec caly statek zwiedzal w pozycji "na czworakach". Byl wszedzie. Wykozystywal chwile naszej nieuwagi, by znow zniknac tym razem za barem. Prom byl w calkiem przyzwoitym standardzie, a kajuta ktora wynajelismy ze wzgledu na Juniora zdala egzamin. Skosztowalismy pysznej, francuskiej kuchni I poznym wieczorem zacumowalismy w porcie. Nie chcielismy od razu brac sie do pracy, wiec wymyslilem abysmy spedzili noc w hotelu I wyruszyli dnia nastepnego calkowicie wypoczeci. Tak samo zrobimy w drodze powrotnej, dzieki czemu pozwiedzamy kraine pogromcow slimakow.
 Do hotelu dotarlismy po 23. Arti juz twardo chrapal na tylnym siedzeniu. Zbyt czesto nie rozbijam sie po hotelach, a po francuskich tym bardziej, wiec nie znam panujacych tu obyczajow. A wiec ze spiacym dzieckiem na reku, z dwoma ciezkimi torbami, prawie o polnocy, grzecznie I po cichutku, z szacunkiem dla innych, probujemy dostac sie do recepcji. Jednak drzwi solidnie zamkniete na zamek. Dzwonimy wiec domofonem. Pani odebrala, lecz z dobrymi manierami to ostatni raz miala doczynienia na wycieczce w przedszkolu. My probujemy jej wytlumaczyc po angielsku o co nam chodzi, a ona podniesionym glosem odpowiada po francusku. Owszem, nie musi znac angielskiego, ale w takim razie ja nie musze znac francuskiego. Cos burczala, bo przeciez nie mowila, napewno bym zrozumial, tak jak rozumialem Micka na poczatku mojej angielskiej przygody. Do dzis nie wiem o co jej chodzilo. Delikatnie mowiac, obrocilem sie na piecie gotow szukac kolejnego noclegu, gdy ukazala mi sie na scianie magiczna maszyna. Byl to automat, gdzie wpisywalo sie otrzymany numer PIN I maszyna drukowala karnet, ktory otwieral wszystkie drzwi w hotelu. Moze pani o tym mowila, nie wiem. Tylko skad  mamy wziac numer PIN? W emailu potwierdzajacym rezerwacje nic nie bylo napisane na ten temat. Studiujemy dziesiaty raz wydruk rezerwacji, nomen omen po angielsku, ale oprocz stada reklam nie znajdujemy magicznej cyfry. Czyli ponownie telefon do... recepcji. Gdy pani Slimakowa uslyszala ponownie moj glos, to czulem jak zaciska zeby ze zlosci. Grzecznie I z opanowaniem wytlumaczylem o co tym razem nam chodzi. Rece mi juz mdleja, coraz zimniej I wietrzniej na zewnatrz, a my nadal bez kwatery. Pani Slimakowa nic nie odpowiedziala, tylko zeszla z pietra I z impetem otworzyla drzwi wejsciowe, jedna reka przesunela Wiole I wystukala magiczny numer w klawiature automatu. Jeszcze nigdy dzwiek drukarki nie wprawil mnie w stan radosci jak teraz. Pani wcisnela karnet Wioli do kieszeni kurtki I zniknela w milczeniu w ciemnosciach na pietrze, niczym rosyjski okret podwodny. Wszystko bez jednego slowa, bez zbednej mimiki, bez zadnych kompromisow I sentymentow.
 Uffff, najwazniejsze to mamy w kieszeni- Powiedzialem szeptem- Zostaw torby I otwieraj drzwi. Zaraz po nie wroce, tylko poloze Juniora w lozku.
 Trafil nam sie calkiem znosny apartament z wielkim salonem I wyjsciem na ogrod. Jednak... Co jest??? Nie moge wyjsc z pokoju! Nie moge otworzyc drzwi, zablokowaly sie. Chyba nie bylem pierwszy, ktory mial ten problem. Klamka jest juz mocno nadszarpnieta I za chwile sie urwie. Nie ryzykuje. Wyskakuje przez okno I... dzwonie domofonem do pani Slimakowej. Jad jaki na mnie wylala, az kapal z glosnika. Nie znam francuskich przeklenstw, ale mialem wrazenie, ze mi ubliza. Teraz  to juz nie mielsimy wyjscia, musielismy tu zostac za tymi zablokowanymi drzwiami.
 Oczywiscie jak w poprzednich przypadkach, pani udawala, ze nic nie rozumie, jednak stanowczo swterdzilem, ze musi zejsc na dol I to zobaczyc. Zaczekalem na nia w hallu I prawie za reke zaciagnalem do naszego pokoju. Teraz to ja jej wcisnalem karnet w reke I mowie po Polsku, skoro nie zna Angielskiego: Otwieraj I wchodz. Pani zrobila wielkie oczy, duze jak zaba, ale wchodzi. Wyglada na to, ze Polski znala. W pokoju sytuacja bardzo dwuznaczna. Wiola podparta pod boki, gotowa do ataku. Pani jednak nie ma odwrotu, bo wlasnie zatrzasnalem drzwi I znow urzywajac poprawnej polszczyny rozkazuje: Otwieraj! Pani lapie za klamke I... klamka elegancko wpasowuje sie w paryska dlon hotelarska. Czolo rosi zimny pot. Widze te skrzywione usta w grymasie I nagle te usta panicznie krzycza w kilku jezykach: HELP! HILFE!   Oooo, nawet sie angielski I niemiecki pani przypomnial. Probuje osobiscie uspokoic ten akt paniki, pokazuje spiace dziecko I prosze o spokoj.
Jestesmy zmeczeni po calym dniu podrozy I ostatnia rzecza, ktora teraz mam w glowie, to gwalcenie lub kanibalizm. Zreszta nie podobaja mi sie Francuski. Jestes bezpieczna. W tym momencie wbiegl do pokoju szanowny malzonek otwierajac drzwi od zewnatrz, za nim dwoch synow I ktos jeszcze. Na szczescie bez siekier I nie zostalismy daniem glownym wieczoru. Malzonek okazal sie bardziej rozsadny. Byc moze zjadl mniej zab I kierowaly nim ludzkie odruchy. Uspokoil cala sytuacje I poprostu dal nam inny pokoj, ktory to sam osobiscie sprawdzil, a ja potwierdzilem. Zmeczeni po francuskim filmie kryminalnym, w ktorym to odegralismy glowna role, zasypiamy jak harcerze po dlugim marszu...
cdn...

No comments: