Friday, 6 March 2015

Moja bitwa o Anglie cz 65

    Kolejna zimna jesien, kolejne duze zlecenie. Plan przewidywal rozebranie sciany nosnej od strony ogrodu I wybudowanie przybudowki. Nastepnie rozbudowanie poddasza, czyli loftu. Przy rozbiorce tej sciany musielismy bardzo uwazac by nie zawalil sie dom. Wierzcie lub nie, w nocy przeszedl obok huragan. Mam to szczescie, ze przyciagam huragany, sztormy oraz panie plastyczki. Jednak ostatni, podobnie jak poprzedni, niczym delikatna dlon artystki, tylko musnal policzek mojego projektu. Oprocz wywrocenia taczki do gory brzuchem, nie wyrzadzil zadnych szkod. Ufffff.
 Minal pierwszy miesiac pracy. Zatrudnilem prawdziwego inzyniera, ktory nas nadzorowal I doradzal. Z Ania-inzynierowa, kolezanka ze szkoly jezykowej, nie udalo mi sie nawiazac kontaktu po tej przygodzie u Davida.
 Moja miedzynarodowa brygada, spisywala sie na medal. Pracowali ciezko I dlugo. Dzielnie wykonywali swoje obowiazki I nie mialem najmniejszego powodu, by na nich narzekac.
 W piatek wieczorem, pojawl sie Alan. Po dokladnej kontroli oraz zadaniu tysiaca pytan, przekazal mi czek z pierwsza wyplata. Rozdzielilem pieniadze chlopcom I wszyscy szczesliwie udalismy sie na zasluzony, weekendowy odpoczynek.
 Przemek podsyla mi kolejne zlecenia. Jednym z nich jest remont dziewietnastowiecznej posiadlosci w polnocnofrancuskiej Normandii. Oecnie wielu Anglikow kupuje domy za granica I chetnie wyprowadzaja sie tam po przejsciu na emeryture. Tak bylo I w tym przypadku. Pewna Angielka za £70 tys. zakupila przepiekna rezydencje, lecz bardzo zaniedbana I zniszczona. Pomysl spodobal mi sie I nie powiem, bylem tym podekscytowany. Umowilem sie z pania na 9 stycznia we francuskim porcie Caen. Nie mylic z Lazurowym Wybrzezem. Wymowa podobna, lecz pisownia inna.

 Z "tlustym" czekiem od Alana udajemy sie na swiateczne zakupy. Wreszcie mozemy pozwolic sobie na wiecej. Mamy duze auto, to I bez obawy zmieszcza sie wszystkie prezenty.
 Do Steli klasy dolaczyla kolejna mloda Polka. Od razu zaprzyjaznily sie. Choc to Kamila bardziej zabiegala o znajomosc. Nie znala angielskiego, nie znala tu nikogo. Byla swierzutko upieczona emigrantka razem ze swoimi rodzicami.
 Dziewczyny spedzaly caly wolny czas razem. Stela miala swoj pokoj o calkiem sporym metrazu, wiec Kamila chetnie zostawala na noc.
 Podczas kolejnej wywiadowki u Steli w szkole, wychowaca zwraca nam uwage. Stela bardzo opuscila sie w nauce. Nie nalezala nigdy do grona prymusow, lecz ostanimi czasy radzila sobie dobrze. Musielismy wiec reagowac I rozszyfrowac powod.
 Po klku rozmowach wychodzi na jaw, ze to Kamila jest glowna podejrzana. Jej braki w angielskim spowodowaly, ze o wszystko co bylo mowione na lekcjach, prosila Stele o przetlumaczenie. Do tego Kamila byla slabym uczniem I ponownie prosila Stele o wytlumaczenie prostych rzeczy lub specjalnie odwracala jej uwage, by Stela nie uwazala I dostawala gorsze oceny.
 Pewnego dnia rodzice Kamilii zaproponowali nam spotkanie przy kawie. Jednak nie zaprosili nas do siebie. Wrecz przeciwnie. Wladowali sie do nas. I o dziwo, zamiast kawy I sernika, przywiezli opasla teczke z dokumentami. Podobnie jak Kamila, potrafili tylko powiedziec "senkju" oraz "guten morning". Bylo to stanowczo za malo, by dostac miszkanie socjalne czy pakiet zasilkow zapomogowych. Kamila I jej mama, mrugaly wiec oczami z szybkoscia lotu Concorda  I probowaly przekonac nas, a w szczegolnosci moja krolowa o swojej pryzjazni do nas, oraz jak to sie nm odplaca zaraz po otrzymaniu pierwszego przelewu.
 Bylismy ta postawa I propozycja tak zaskoczeni, ze Wiola dopadla pierwszy lepszy dlugopis I wypelnila te dokumenty. Do konca wieczora juz nic innego nie slyszelismy jak przeslodzone podziekoania oraz proszenie o wybaczenie za bezposredniosc. Jakos to przetrwalismy. W koncu mielismy doswiadczenie w tym temacie. Kamilii rodzice nie byli pierwsi, ktorzy nas tak przyparli do muru. Nie chcielismy tez  wyjsc na gburow, ktorzy zapomnieli o swym pochodzeniu oraz w jakich trudnosciach sami zaczynali, a teraz nie chca pomoc poczatkujacym rodakom-emigrantom. Tylko, ze nam nikt nie pomagal na poczatku. Pozniej tez. Gdy musialem w nocy uciekac ze Slough, nikt mi nie pomogl. Nikt mi tez nie pomogl, gdy moj Angielski byl na poziomie Kamilii rodzicow. Siedzialem wtedy do poznej nocy ze slownikiem I tlumaczylem cale menu w telefonie. Moglem ustawic na opcje w jezyku polskim, jednak chcialem sie nauczyc. Choc nie rozumialem, to codziennie namietnie w drodze do pracy, czytalem bezplatne gazety, by nastepnie poznac Patrycje I wykupic u niej korepetycje. Oczywiscie I dzis mam czesto klopoty ze zrozumieniem pewnych kwestii, jednak potrafie sie samodzielnie komunikowac, ogladam angileskie wiadomosci, czytam angielskie ksiazki. Jestem niezalezny I potrafie sam zalatwic swoje sprawy.
 Niestety sluch po Kamilii rodzicach szybko zaginal. Mam tylko nadzieje, ze sa szczesliwi, a te zasilki naprawde byly im potrzebne. Bo przeciez nie na wakacje na Dominikanie.
 Kamila na szczescie tez rzadziej nas odwiedzala, a Stela zrozumiala kto jest sprawca tych szkolnych niepowodzen. Zaprzyjaznila sie wiec z kolejna dziewczyna. Tym razem rasowa goralka z pod samiuskich Tater. Ewelina byla piekna dziewczyna, o typowych slowianskich rysach twarzy. Zaradna, dobrze prowazaca sie, chetna do pomocy. Idealny matrial na synowa. Od kilku miesiecy mieszkali na Acton. Kolejna polska rodzina, ktora zostawila caly majatek nad Dunajcem I wybrala emigracje.
 Tym razem, ty my wozilismy Stele na cale weekendy do Eweliny. Jej rodzice na szczescie o nic nie prosili.

 Alana budowa, pomimo zimy, na szczescie nie mroznej I bezsnieznej, rosla jak na drozdzach. Postawilismy cala przybudowke, wymurowalismy cala, wielka sciane, naprawilismy dach, postawilismy wszystkie scianki dzialowe, naprawilismy podlogi I przygotowywalismy sie do konstrukcji loftu, czyli przebudowy poddasza na mieszkanie. Zamowilem ciezarowke materialow, droga ciezarowke stalowych belek I w slonczny, styczniowy weekend wybralismy sie na wycieczke do Francji. Jednak nie nad Lazurowa Zatoke czy do smetnego Paryza. Tym razem byla to sluzbowa podroz na polnoc, do spokojnej normandzkiej wsi. Ale o tym juz w kolejnym odcinku. Zapraszam....

1 comment:

sia said...

Nie byłam długo w Londynie - jedynie 8 miesięcy, ale tak jak piszesz czytałam gazety, słuchałam radia i kręciło mnie to okrutnie... Uwielbiałam podsłuchiwać dzieciaków, gdy metrem wracały ze szkoły- to były najlepsze lekcje- I tak jesteście wielcy:)
http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/