Sunday, 29 March 2015

Kacik Poezji NIecenzurowanej

Wierszownik w wersji dzwiekowej, z soczysta dawka muzyki, od poniedzialku do piatku, rano o 8.30 czasu polskiego w Radio Bunt (audycje powtorkowe)

Moja bitwa o Anglie cz 68

    Nie bez przyczyny przezylismy ten sztorm. To musial byc oman nadchodzacych zmian. Ostatnio zbyt dobrze wszystko nam sie ukladalo. Nie bylismy przyzwyczajeni do takiej laski od losu. Wygladalo to podejrzanie I tylko czekalismy co sie wydazy wkrotce..
 Po powrocie na budowe do Alana, zadnych niepokojacych zmian nie zauwazylem. Chlopcy nadal pracowali bez zarzutu, lad I pozadek dookola. Jednak niespodziewanie pojawil sie Alan z pretensjami dlaczego zostawilem projekt bez nadzoru. To nie byly nawet pretensje. On mnie najwyrazniej na swiecie atakowal. Z jego punktu widzenia, podczas trwania tej pracy, nie powinienem nawet myslec o zadnym innym zleceniu. Zachowywal sie jak zazdrosny maz na dyskotece, ktory nie potrafi tanczyc I siedzi caly wieczor przy stoliku niepozwalajac zonie bawic sie, zmusza ja do tego samego. Alana zachowanie bylo komiczne, lecz zaczelo mnie przerazac. Nie chcialem skonczyc jak moi poprzednicy. Jednak kolejne dni byly tylko gorsze.
 W najblizsza sobote spodziewalem sie dostawy belek stalowych potrzebnych do przebudowy poddasza. Poprosilem Przemka o przyslanie sily roboczej w ilosci 15 osob. Potrzebowalem silnych I zdrowych chlopow, by przeniesc ta stal z ulicy do ogrodu. Jednak to zadanie, to wyzwanie dla prawdziwych twardzieli. Najwieksza belka miala 6 metrow dlugosci I wazyla ponad 300 kg. To nie zabawa dla malych chlopcow. W mojej karierze budowlanca, mialem juz wiele razy okazje przerzucac takie belki I wiem czym to grozi w razie zlekcewazenia uwag czy komend. Dlatego wiec bardzo uwaznie sprawdzilem kandydatow dzien wczesniej I udzielilem odpowiedniego instruktarzu, po czym umowilismy sie na nastepny dzien.
 Po sniadaniu, silni I pelni wigoru chlopaki melduja sie w moim biurze gotowi przenosic gory...stali. Poinformowali mnie, ze jednen z nich nie mogl dzis sie pojawic I podeslal kolege. Kolega nie wygladal na takiego, ktory to w zyciu dzwigal swoj bagaz doswiadczenia, lecz wyrazil ochote by nam pomoc. Jeszcze raz wszystkim przypomnialem o sluchaniu komend I o konsekwencjach niewykonywania ich. Nawet jedna sekunda nieuwagi moze skonczyc sie tragicznie. Tu nie ma mowy o pomylce I choc ta belka nie wybuchnie jak w przypadku sapera mina, to moze byc jedna z ostatnich pomylek w naszym zyciu.
 A wiec przymierzamy sie do pierwszej, tej najwiekszej. Aby zalozyc na nia specjalne pasy do przenoszenia oraz podlozyc drewniane kolki by ja toczyc, musimy najpierw przewrocic belke na "plecy". Wszyscy na moja komende lapia za jeden bok I obracajac ja musimy szybko wyciagnac dlonie, by uniknac zmiazdzenia. Niestety nie ma innej mozliwosci aby tego dokonac w bardziej bezpieczny sposob. No I stalo sie najgorsze. Jeden z pracownikow nie zabral wystarczajaco szybko reki I trzy palce zostaly zmiazdzone. Koncowki tych palcow wisialy  na ostatniej zylce, plaskie jak ziemniaczane czipsy. Nie mialem czasu na przerazenie czy oburzenie sie jego ignorancja. Udzielilem mu szybko pierwszej pomocy I zawiozlem do szpitala, gdzie zostal poddany fachowej opiece. W drodze powrotnej powiadamiam Przemka o zdazeniu. Teraz juz o jednego mniej dokanczamy przenoszenie I wspolnie zastanawiamy sie jak moglo dojsc do tego wypadku. Odnosimy wszyscy wrazenie, ze poszkodowany osobnik byl niespelna rozumu I przed praca na sniadanie wypil butelke taniego wina. Trunek smaczny I skutecznie tlumi bol nostalgii, lecz takze potrafi namieszac w mozgu opozniajac nasz refleks.
 Na drugi dzien odwiedzamy delikwenta w szpitalu. Przewiezli go do Camden Hospital, gdzie probowali zrekonstruowac jego zmiazdzone palce. Niestety dwoch nie udalo sie uratowac I lekarze zmuszeni byli je amputowac. Zaskoczylo mnie takze stanowisko poszkodowanego. Od momentu naszego wejscia do szpitala, od razu upominal sie ode mnie I od Przemka o odszkodowanie. Nie interesowaly go zadne procedury, jakakolwiek dokumentacja czy proba dojscia jak to sie stalo. Jego interesowaly tylko pieniadze: szybko I duzo. Nawet znalazl jakiegos adwokata-amatora w postaci prawdziwego Rumuna, kolegi z wynajmowanego pokoju. Kolega Rumun tez chyba byl po winie na sniadanie, bo sypal podobnymi banialukami. Oboje nadawali sie jako danie glowne dla plemienia ludozercow. Ich brednie byly tak slodkie, ze zapewne oslodzili by cala zgorzkniala wyspe kanibali. Postanowilismy z Przemkiem, ze zaczekamy az wyjdzie ze szpitala nasz slodki delikwent I zaproponujemy mu cos sensownego. Po tygodniu wiec skontaktowal sie z nami I umowilismy sie na spotkanie u Przemka w biurze. Niestety nasz slodziak nie zjawil sie o czasie, a ja mialem inne obowiazki I nie moglem czekac 5 godzin, bo tyle sie spoznil. Nie zdziwilo nas, ze zjawil sie po spozyciu alkoholu. I byla to napewno spora dawka, poniewaz byl dosyc agresywny I zostawil swoje wszystkie lekarstwa na przemkowym biurku. Musielismy ustalic kolejne spotkanie. Tym razem udalo sie. Spoznil sie tylko 30 minut. Zaproponowalismy mu powrot do Polski, do rodziny, by opiekowala sie nim podczas rekonwalescencji. Jednak jego rumunski kompan, szybko wybil mu ten pomysl z glowy, rzadajac pieniedzy. Cala ta rozmowa nie miala sensu...
 To byl dopiero poczatek wspinaczki na gore pod nazwa "PROBLEM".
cdn

Friday, 20 March 2015

Moja bitwa o Anglie cz67

   Byczymy sie tak, az do 6.00, gdy glodne gardlo Juniora upomnialo sie o dawke swierzego mleka. Jak to dobrze, ze faceci nie musza karmic piersia! Dosypiamy jeszcze jakims cudem I po lunchu wyruszamy na podboj  Francji.
 Jeszcze w domu ulozylem tak trase, aby z hotelu do celu jechac nie dluzej niz godzine. Po drodze, na stacji paliw, spotykamy "nasza" Angielke I razem na dwa samochody kontynuujemy podroz. Okazalo sie tez, ze nie lubie francuskich drog. Calkowicie stracilem orientacje w terenie. Zupelny brak drogowskazow, znakow I jakichkolwiek oznaczen. Polegalem tylko na naszej Angielce. Mialem mape, ale coz ona warta, gdy nie wiem gdzie jestesmy a nawigacji satelitarnej brzydze sie jak disco polo.
 Po kilkunastu kilometrach, naszym oczom ukazuje sie przepiekna, francuska wies, polozona na zboczu niewielkiego wzniesienia. Nie wiem jakie tu sa zimy zazwyczaj. Ta jest wyjatkowa lagodna, sloneczna I piekna.
 Wokol pola, sady I laki. Wjezdzamy dluga na kilometr aleja lipowa. Stare jak swiat drzewa witaja nas kolyszac sie w rytm delikatnego wiaterku. Na koncu alei, wielka, zeliwna, recznie kuta, sredniowieczna brama. Brakuje ogrodzenia lecz na szczescie brama uchowala sie przed bezlitosnymi zlomiarzami. Jest tak piekna, ze nie moge sie nacieszyc jej widokiem. Mysle, ze bardzo by mnie serce zabolalo, gdyby ktos ja zniszczyl.
 Za kolejnymi starymi drzewami ukazuje sie nam perla tej okolicy. No tak, juz rozumiem dlaczego ona to kupila...  Byly tam trzy budynki, niestety bardzo zniszczone I zaniedbane. Wygladaly niczym ruiny jakiejs sredniowiecznej osady. Pierwszy, najwiekszy, dwupietrowy, mial dziesiec sypialni na pietrach, a na parterze dwa pomieszczenia, duzy aneks kuchenny I za sciana stajnie lub obore. Oczywiscie wszedzie klepisko, tynki z konskim wlosiem, na scianach uchwyty do swiec I lamp naftowych, a drzwi do kazdego pomieszczenia byly male, niczym z dobranocki o Smurfach. Do tego million myszy I dwa miliony golebi. Wszystko to jednak dodawalo tylko uroku do tego przesympatycznego I mgicznego miejsca I mialem ochote zostac tam na zawsze.
 Dwa kolejne budynki, to sredniej wielkosci spizarnia I przypuszczam- chlewik. Oba jeszcze bardziej zniszczone niz glowna nieruchomosc. Obchodzimy to z kazdej strony, robie setki zdjec, a pani opowiada, co by chciala tu zrobic, a roboty jest mnostwo! Jednak praca w takiej okolicy I przy takim obiekcie, to zaszczyt I sama przyjemnosc.
 Z zalem musimy wracac do rzeczywistosci. Obiecuje pani zrobic cene tak szybko, jak to mozliwe. Powoli, by nie zgubic sladow, ruszamy w droge powrotna, w poszukiwaniu kolejnego hotelu.
 Tym razem poszlo latwiej I bez problemu znajdujemy sie w srodku klasycznej, francuskiej oberzy. Dostajemy klasyczny pokoj z klasycznym, wielkim kluczem I klasycznym wielkim lozem z nadmuchana pierzyna I poduchami. Wszystko to wyglada bajecznie I brakuje tylko, by po kolacji pojawili sie Asterix I Obelix. Wszystko nam sie tu podoba I z apetytem zjadamy obiad. Po obiedzie obowiazkowo wino z lokalnej winnicy I maly spacer po okolicy. Urzeka nas maly sklepik familijny, taka garmazerka. Nie dosc, ze mowia po angielsku, to jeszcze oferuja pachnace smakolyki: paszteciki, galaretki, wedliny no I obowiazkowo slimaki na kilka sposobow. Kusimy sie na nadziewane serkiem Fromagge, bierzemy do tego butelke czerwonego wina I postanawiamy sobie, ze do jutra rana tylko odpoczywamy.
 Na zajutrz, po prawdziwym sniadaniu w normandzkim stylu, udajemy sie w droge powrotna. No to przygod mamy pod dostatkiem jak na jedna wycieczke, stwierdzam wysiadaac z auta na pokladzie promu. Jeszcze 6 godzin bujania na falach I jestesmy na wyspie. Siadamy wygodnie w czesci przeznaczonej dla osob z malymi dziecmi, by Junior mogl bezkarnie buszowac w labiryncie zabawek.
 Na obiad zaserwowano dwa wiadra muli, czyli jadalnych malz w sosie czosnkowym. Oczywiscie z winem. Powoli zastanawiam sie czy we francuskim szpitalu do kroplowek tez podaja wino? Oczywiscie Wiola nie pije. Nawet nie nazeka. Nie lubuje sie w winie I tylko macza jezyk, by poczuc smak I zapach.
 Jeszcze dobrze nie obrobilem tych skorupiakow, a opuscili  zaluzje, szczelnie zaslaniajac wszystkie okna. Nastepnie kapitan nakazal wrocic do swoich kajut I tam pozostac do odwolania. Cos tu smierdzialo I nie byly to owoce morza. Chwiejnym krokiem, niczym po 10 flaszce Caberneta dryfuje do swojej koi. Nie mam problemu z choroba morska. Nigdy nie mialem. Jedyne co widze, to przerazenie w oczach Wioli. To pewne, trafilismy na sztorm. Tylko jak silny? Staramy sie zartowac, ogladamy TV. Jednak jak tu sie cieszyc gdy buja statkiem we wszystkie strony. Buja tak mocno, ze nie wiem czy bym utrzymal rownowage nawet trzymajac sie poreczy.
 Szczesliwie po pieciogodzinnej, sztormowej walce dobijamy do angielskiego portu Portsmouth. A nie mowilem, ze przyciagam sztormy I panie plastyczki? Jeszcze tylko dwie godziny autostrada I wreszcie w domu. Po kolacji, gdy juz opowiedzielismy Steli wszystkie przygody, wlaczamy wiadomosci BBC. Nadrabiamy trzydniowe zaleglosci, a tam jako temat dnia widnieje: Sztorm na English Channel (Kanal La Manche), tonie kontenerowiec Napoli u wybrzezy Cornwalii. Przez kolejne dni czytalismy o tym, co morze wyrzucilo na plaze I jakie skarby znajduja mieszkancy nadmorskich miejscowosci.
 Chcialem kupic Wioli w prezencie urodzinowym rejs statkiem do Hiszpanii, jednak nie musiala mnie dlugo przekonywac, ze to glupi pomysl...
cdn

Friday, 13 March 2015

Moja bitwa o Anglie cz 66

   Rejs promem trwal 6 godzin w jedna strone. Probowalismy namowic Stele by pojechala z nami, jednak wolala zostac z Ewelina I plotkowac o niedzielnej mszy, ktory to z ministrantow byl najprzystojniejszy.
 Arti nie mial jeszcze skonczonego roku, wiec caly statek zwiedzal w pozycji "na czworakach". Byl wszedzie. Wykozystywal chwile naszej nieuwagi, by znow zniknac tym razem za barem. Prom byl w calkiem przyzwoitym standardzie, a kajuta ktora wynajelismy ze wzgledu na Juniora zdala egzamin. Skosztowalismy pysznej, francuskiej kuchni I poznym wieczorem zacumowalismy w porcie. Nie chcielismy od razu brac sie do pracy, wiec wymyslilem abysmy spedzili noc w hotelu I wyruszyli dnia nastepnego calkowicie wypoczeci. Tak samo zrobimy w drodze powrotnej, dzieki czemu pozwiedzamy kraine pogromcow slimakow.
 Do hotelu dotarlismy po 23. Arti juz twardo chrapal na tylnym siedzeniu. Zbyt czesto nie rozbijam sie po hotelach, a po francuskich tym bardziej, wiec nie znam panujacych tu obyczajow. A wiec ze spiacym dzieckiem na reku, z dwoma ciezkimi torbami, prawie o polnocy, grzecznie I po cichutku, z szacunkiem dla innych, probujemy dostac sie do recepcji. Jednak drzwi solidnie zamkniete na zamek. Dzwonimy wiec domofonem. Pani odebrala, lecz z dobrymi manierami to ostatni raz miala doczynienia na wycieczce w przedszkolu. My probujemy jej wytlumaczyc po angielsku o co nam chodzi, a ona podniesionym glosem odpowiada po francusku. Owszem, nie musi znac angielskiego, ale w takim razie ja nie musze znac francuskiego. Cos burczala, bo przeciez nie mowila, napewno bym zrozumial, tak jak rozumialem Micka na poczatku mojej angielskiej przygody. Do dzis nie wiem o co jej chodzilo. Delikatnie mowiac, obrocilem sie na piecie gotow szukac kolejnego noclegu, gdy ukazala mi sie na scianie magiczna maszyna. Byl to automat, gdzie wpisywalo sie otrzymany numer PIN I maszyna drukowala karnet, ktory otwieral wszystkie drzwi w hotelu. Moze pani o tym mowila, nie wiem. Tylko skad  mamy wziac numer PIN? W emailu potwierdzajacym rezerwacje nic nie bylo napisane na ten temat. Studiujemy dziesiaty raz wydruk rezerwacji, nomen omen po angielsku, ale oprocz stada reklam nie znajdujemy magicznej cyfry. Czyli ponownie telefon do... recepcji. Gdy pani Slimakowa uslyszala ponownie moj glos, to czulem jak zaciska zeby ze zlosci. Grzecznie I z opanowaniem wytlumaczylem o co tym razem nam chodzi. Rece mi juz mdleja, coraz zimniej I wietrzniej na zewnatrz, a my nadal bez kwatery. Pani Slimakowa nic nie odpowiedziala, tylko zeszla z pietra I z impetem otworzyla drzwi wejsciowe, jedna reka przesunela Wiole I wystukala magiczny numer w klawiature automatu. Jeszcze nigdy dzwiek drukarki nie wprawil mnie w stan radosci jak teraz. Pani wcisnela karnet Wioli do kieszeni kurtki I zniknela w milczeniu w ciemnosciach na pietrze, niczym rosyjski okret podwodny. Wszystko bez jednego slowa, bez zbednej mimiki, bez zadnych kompromisow I sentymentow.
 Uffff, najwazniejsze to mamy w kieszeni- Powiedzialem szeptem- Zostaw torby I otwieraj drzwi. Zaraz po nie wroce, tylko poloze Juniora w lozku.
 Trafil nam sie calkiem znosny apartament z wielkim salonem I wyjsciem na ogrod. Jednak... Co jest??? Nie moge wyjsc z pokoju! Nie moge otworzyc drzwi, zablokowaly sie. Chyba nie bylem pierwszy, ktory mial ten problem. Klamka jest juz mocno nadszarpnieta I za chwile sie urwie. Nie ryzykuje. Wyskakuje przez okno I... dzwonie domofonem do pani Slimakowej. Jad jaki na mnie wylala, az kapal z glosnika. Nie znam francuskich przeklenstw, ale mialem wrazenie, ze mi ubliza. Teraz  to juz nie mielsimy wyjscia, musielismy tu zostac za tymi zablokowanymi drzwiami.
 Oczywiscie jak w poprzednich przypadkach, pani udawala, ze nic nie rozumie, jednak stanowczo swterdzilem, ze musi zejsc na dol I to zobaczyc. Zaczekalem na nia w hallu I prawie za reke zaciagnalem do naszego pokoju. Teraz to ja jej wcisnalem karnet w reke I mowie po Polsku, skoro nie zna Angielskiego: Otwieraj I wchodz. Pani zrobila wielkie oczy, duze jak zaba, ale wchodzi. Wyglada na to, ze Polski znala. W pokoju sytuacja bardzo dwuznaczna. Wiola podparta pod boki, gotowa do ataku. Pani jednak nie ma odwrotu, bo wlasnie zatrzasnalem drzwi I znow urzywajac poprawnej polszczyny rozkazuje: Otwieraj! Pani lapie za klamke I... klamka elegancko wpasowuje sie w paryska dlon hotelarska. Czolo rosi zimny pot. Widze te skrzywione usta w grymasie I nagle te usta panicznie krzycza w kilku jezykach: HELP! HILFE!   Oooo, nawet sie angielski I niemiecki pani przypomnial. Probuje osobiscie uspokoic ten akt paniki, pokazuje spiace dziecko I prosze o spokoj.
Jestesmy zmeczeni po calym dniu podrozy I ostatnia rzecza, ktora teraz mam w glowie, to gwalcenie lub kanibalizm. Zreszta nie podobaja mi sie Francuski. Jestes bezpieczna. W tym momencie wbiegl do pokoju szanowny malzonek otwierajac drzwi od zewnatrz, za nim dwoch synow I ktos jeszcze. Na szczescie bez siekier I nie zostalismy daniem glownym wieczoru. Malzonek okazal sie bardziej rozsadny. Byc moze zjadl mniej zab I kierowaly nim ludzkie odruchy. Uspokoil cala sytuacje I poprostu dal nam inny pokoj, ktory to sam osobiscie sprawdzil, a ja potwierdzilem. Zmeczeni po francuskim filmie kryminalnym, w ktorym to odegralismy glowna role, zasypiamy jak harcerze po dlugim marszu...
cdn...

Friday, 6 March 2015

Moja bitwa o Anglie cz 65

    Kolejna zimna jesien, kolejne duze zlecenie. Plan przewidywal rozebranie sciany nosnej od strony ogrodu I wybudowanie przybudowki. Nastepnie rozbudowanie poddasza, czyli loftu. Przy rozbiorce tej sciany musielismy bardzo uwazac by nie zawalil sie dom. Wierzcie lub nie, w nocy przeszedl obok huragan. Mam to szczescie, ze przyciagam huragany, sztormy oraz panie plastyczki. Jednak ostatni, podobnie jak poprzedni, niczym delikatna dlon artystki, tylko musnal policzek mojego projektu. Oprocz wywrocenia taczki do gory brzuchem, nie wyrzadzil zadnych szkod. Ufffff.
 Minal pierwszy miesiac pracy. Zatrudnilem prawdziwego inzyniera, ktory nas nadzorowal I doradzal. Z Ania-inzynierowa, kolezanka ze szkoly jezykowej, nie udalo mi sie nawiazac kontaktu po tej przygodzie u Davida.
 Moja miedzynarodowa brygada, spisywala sie na medal. Pracowali ciezko I dlugo. Dzielnie wykonywali swoje obowiazki I nie mialem najmniejszego powodu, by na nich narzekac.
 W piatek wieczorem, pojawl sie Alan. Po dokladnej kontroli oraz zadaniu tysiaca pytan, przekazal mi czek z pierwsza wyplata. Rozdzielilem pieniadze chlopcom I wszyscy szczesliwie udalismy sie na zasluzony, weekendowy odpoczynek.
 Przemek podsyla mi kolejne zlecenia. Jednym z nich jest remont dziewietnastowiecznej posiadlosci w polnocnofrancuskiej Normandii. Oecnie wielu Anglikow kupuje domy za granica I chetnie wyprowadzaja sie tam po przejsciu na emeryture. Tak bylo I w tym przypadku. Pewna Angielka za £70 tys. zakupila przepiekna rezydencje, lecz bardzo zaniedbana I zniszczona. Pomysl spodobal mi sie I nie powiem, bylem tym podekscytowany. Umowilem sie z pania na 9 stycznia we francuskim porcie Caen. Nie mylic z Lazurowym Wybrzezem. Wymowa podobna, lecz pisownia inna.

 Z "tlustym" czekiem od Alana udajemy sie na swiateczne zakupy. Wreszcie mozemy pozwolic sobie na wiecej. Mamy duze auto, to I bez obawy zmieszcza sie wszystkie prezenty.
 Do Steli klasy dolaczyla kolejna mloda Polka. Od razu zaprzyjaznily sie. Choc to Kamila bardziej zabiegala o znajomosc. Nie znala angielskiego, nie znala tu nikogo. Byla swierzutko upieczona emigrantka razem ze swoimi rodzicami.
 Dziewczyny spedzaly caly wolny czas razem. Stela miala swoj pokoj o calkiem sporym metrazu, wiec Kamila chetnie zostawala na noc.
 Podczas kolejnej wywiadowki u Steli w szkole, wychowaca zwraca nam uwage. Stela bardzo opuscila sie w nauce. Nie nalezala nigdy do grona prymusow, lecz ostanimi czasy radzila sobie dobrze. Musielismy wiec reagowac I rozszyfrowac powod.
 Po klku rozmowach wychodzi na jaw, ze to Kamila jest glowna podejrzana. Jej braki w angielskim spowodowaly, ze o wszystko co bylo mowione na lekcjach, prosila Stele o przetlumaczenie. Do tego Kamila byla slabym uczniem I ponownie prosila Stele o wytlumaczenie prostych rzeczy lub specjalnie odwracala jej uwage, by Stela nie uwazala I dostawala gorsze oceny.
 Pewnego dnia rodzice Kamilii zaproponowali nam spotkanie przy kawie. Jednak nie zaprosili nas do siebie. Wrecz przeciwnie. Wladowali sie do nas. I o dziwo, zamiast kawy I sernika, przywiezli opasla teczke z dokumentami. Podobnie jak Kamila, potrafili tylko powiedziec "senkju" oraz "guten morning". Bylo to stanowczo za malo, by dostac miszkanie socjalne czy pakiet zasilkow zapomogowych. Kamila I jej mama, mrugaly wiec oczami z szybkoscia lotu Concorda  I probowaly przekonac nas, a w szczegolnosci moja krolowa o swojej pryzjazni do nas, oraz jak to sie nm odplaca zaraz po otrzymaniu pierwszego przelewu.
 Bylismy ta postawa I propozycja tak zaskoczeni, ze Wiola dopadla pierwszy lepszy dlugopis I wypelnila te dokumenty. Do konca wieczora juz nic innego nie slyszelismy jak przeslodzone podziekoania oraz proszenie o wybaczenie za bezposredniosc. Jakos to przetrwalismy. W koncu mielismy doswiadczenie w tym temacie. Kamilii rodzice nie byli pierwsi, ktorzy nas tak przyparli do muru. Nie chcielismy tez  wyjsc na gburow, ktorzy zapomnieli o swym pochodzeniu oraz w jakich trudnosciach sami zaczynali, a teraz nie chca pomoc poczatkujacym rodakom-emigrantom. Tylko, ze nam nikt nie pomagal na poczatku. Pozniej tez. Gdy musialem w nocy uciekac ze Slough, nikt mi nie pomogl. Nikt mi tez nie pomogl, gdy moj Angielski byl na poziomie Kamilii rodzicow. Siedzialem wtedy do poznej nocy ze slownikiem I tlumaczylem cale menu w telefonie. Moglem ustawic na opcje w jezyku polskim, jednak chcialem sie nauczyc. Choc nie rozumialem, to codziennie namietnie w drodze do pracy, czytalem bezplatne gazety, by nastepnie poznac Patrycje I wykupic u niej korepetycje. Oczywiscie I dzis mam czesto klopoty ze zrozumieniem pewnych kwestii, jednak potrafie sie samodzielnie komunikowac, ogladam angileskie wiadomosci, czytam angielskie ksiazki. Jestem niezalezny I potrafie sam zalatwic swoje sprawy.
 Niestety sluch po Kamilii rodzicach szybko zaginal. Mam tylko nadzieje, ze sa szczesliwi, a te zasilki naprawde byly im potrzebne. Bo przeciez nie na wakacje na Dominikanie.
 Kamila na szczescie tez rzadziej nas odwiedzala, a Stela zrozumiala kto jest sprawca tych szkolnych niepowodzen. Zaprzyjaznila sie wiec z kolejna dziewczyna. Tym razem rasowa goralka z pod samiuskich Tater. Ewelina byla piekna dziewczyna, o typowych slowianskich rysach twarzy. Zaradna, dobrze prowazaca sie, chetna do pomocy. Idealny matrial na synowa. Od kilku miesiecy mieszkali na Acton. Kolejna polska rodzina, ktora zostawila caly majatek nad Dunajcem I wybrala emigracje.
 Tym razem, ty my wozilismy Stele na cale weekendy do Eweliny. Jej rodzice na szczescie o nic nie prosili.

 Alana budowa, pomimo zimy, na szczescie nie mroznej I bezsnieznej, rosla jak na drozdzach. Postawilismy cala przybudowke, wymurowalismy cala, wielka sciane, naprawilismy dach, postawilismy wszystkie scianki dzialowe, naprawilismy podlogi I przygotowywalismy sie do konstrukcji loftu, czyli przebudowy poddasza na mieszkanie. Zamowilem ciezarowke materialow, droga ciezarowke stalowych belek I w slonczny, styczniowy weekend wybralismy sie na wycieczke do Francji. Jednak nie nad Lazurowa Zatoke czy do smetnego Paryza. Tym razem byla to sluzbowa podroz na polnoc, do spokojnej normandzkiej wsi. Ale o tym juz w kolejnym odcinku. Zapraszam....