Friday, 13 February 2015

Moja bitwa o Anglie cz 62

  Krotkie streszczenie poprzednich odcinkow:
Po nieudanym biznesie I ogolnym rozczarowaniu zyciem w Polsce, wybieram londynska emigracje. Razem z Waldkiem, przyjacielem, wyruszamy autokarem w podroz, by skolonizowac brytyjska wyspe. Niestety Waldi zostaje zatrzymany na granicy w Calais, a ja po przyjezdzie do Londynu, trafiam po trzech dniach do Slough w obiecia "polskiej osmiornicy", prowadzonej przez filigranowa Wioletke. Po dwoch tygodniach wegetacji na fasolce z puszki w sosie pomidorowym, uciekam w nocy by znalezc bezpieczny pokoj we wschodnim Londynie oraz rozpoczac obiecana prace u bosniackiego budowlanca Stojna. Po pewnym czasie wracam do Slough by uwolnic Kazika, poznanego w autokarze starszego pana. Przez kilka lat mieszkamy razem kultywujac fasolkowa diete oraz inne angielskie rarytasy. Zaprzyjazniamy sie. Kilkakrotnie zmieniamy mieszkania oraz menu. Pracujemy jako samozatrudnieni na budowach, a ja dodatkowo znajduje zajecie przy ochronie koncertow I roznych imprez kultulralno-sportowych. Namietnie pisze wiersze I niczym rosyjski lodolamacz, krusze kobiece serca, az trafiam na przyszla zone Wiole. Po pasmie nieszczesc oraz roznych probach na nasza wytrzymalosc, rodzi sie nasz syn Arthur Junior. Powstaje tez firma AAW Services.

  Stela wygladala na zazdrosna. Miala prawo. Dotychczas przez cale swoje nie dlugie zycie miala mame, ktora nie musiala sie z nikim dzielic. Nie miala dotychczas rodzenstwa I byla w centrum zainteresowania calej rodziny. Az tu pojawilem sie ja, a pozniej nasz maly krolewicz o blekitnych oczach. Bylo wiec naturalne, ze bedzie walczyc o swoja pozycje w stadzie. Musielismy duzo I dlugo jej tlumaczyc w jakim jest bledzie.
 Najwiecej czasu Wiola spedzala z dziecmi, gdyz ja musialem na to wszystko zapracowac. Lapalem kazda mozliwa okazje na zarobienie dodatkowych pieniedzy. Nie przepuscilem juz zadnego zlecenia jak to mi sie zdazalo poprzednio. Pracowalem prawie cala dobe. Najpierw 12 godzin w terenie, by nastepnie po powrocie do domu zanurkowac w internecie szukajac to klientow, to nowych pracownikow lub potrzebnych materialow.
 Angielski kontarktor dawal nam nawet duzo zlecen, jednak nadal nie byly one zbyt atrakcyjne finansowo. Jego nowy przedstawiciel, ktory to mnie "obslugiwal", mlody Anglik o imieniu Gareth, byl sympatycznym I konkretnym inzynierem. O wiele bardziej kompetentnym oraz znacznie cieplejszym stosunku do wspolczesnej emigracji. Jego poprzednik Derek, czesto dawal nam do zrozumienia, kto tu jest kolonista, a kto kolonizatorem. Derek uwielbial mowic tak, by nikt go nie zrozumial. Mial wtedy ubaw po pachy. I nie chodzi tu o uzywanie londynskiego slangu Cocney. Derek byl poprostu niechlujnym ignorantem I chamem.
 Wiola w papierach radzila sobie swietnie. Jeszcze w Polsce, przed wyjazdem, zdobyla dyplom z zarzadzania I marketingu. Jest swietna w zaglowaniu cyferkami  I w analizach, a jej charakter doskonale odzwierciedla jej znak zodiaku- Wage. Dobrze prowadzla cala nasza dokumentacje. Wszystko poukladane I przejrzyste. Wiola prowadzila wstepna ksiegowosc, nawet zrobila kurs w Londynie, natomiast ta koncowa, najwazniejsza ksiegowoscia, zajmowal sie wspomniany wczesniej Jaroslaw, samozwanczy mistrz kalkulatora I pogromca podatkowych paragrafow. Osobnik ten dysponowal skromnym biurem rachunkowym w polnocno-zachodnim Londynie, zatrudniajac narzeczona oraz jakas mloda sikoreczke. Moja wiedza na temat rachunkowosci ogranicza sie do rozroznienia rachunku za obiad od faktury za palate cegiel, wiec jestem zdany na doswiadczenie I uczciwosc innych. Dowozilismy wiec naszym wyklepanym fordem Mondeo  kolejne segregatory pelne roznych dokumentow I rachunkow, a pan P. wystawial nam kolejne faktury za swoje uslugi. Placilismy ile sie nalezy, przekonani o geniuszu Polaka ksiegowego.

 Przejezdzajac dzielnica Hammersmith, zauwazam na rusztowaniu Mariusza, mojego bylego wspolnika. "A jednak wrocil z Dominikany?"- zapytalem sam siebie. Zdecydowalem sie porozmawiac z nim I dowiedziec dlaczego zostawil mnie z rozgrzebanym loftem oraz rachunkiem na £4700 do zaplacenia. Po krotkiej rozmowie podajemy sobie dlonie. Wiele nie oczekuje od niego. Wystarczy, ze odda mi polowe z tej kwoty I moze wracac na Dominikane. Lub na rusztowanie. O dziwo zgadza sie I placi od reki £500. Kolejne pieniadze obiecuje oddawac w miesiecznych ratach. Niestety szybko sluch po nim ginie ponownie. Nie odbiera moich telefonow, nie odpisuje na wiadomosci, unika mnie. Odnalazlem wiec Slawka., kiedys pracowalismy razem dla Mariusza. Slawek w skrocie opowiedzial, jak Mariusz rozstal sie z Leszkiem I pracuje na wlasny rachunek. Wynajmuje teraz tez mieszkania dla Polakow I ma spore problemy finansowe. No tak, to doszedl mu kolejny problem.
 Mariusza juz nigdy wiecej niespotkalem, nie rozmawialem z nim. Kilka lat pozniej odnajduje go na Naszej Klasie. W kilku zdaniach powiem mu co o nim mysle I nie zycze powodzenia w przyszlosci.
 Po tej niespodziance, jaka zgotowal nam Sebastian I spolka, zastanawiamy sie nad przeprowadzka. Chcemy wynajac jakis skromny domek gdzies na przedmiesciach Londynu. Mamy juz dosyc centrum I tego zgielku. Obawiamy sie tez Sebastiana. Nie wiem do czego on jest zdolny? Skoro zdemolowal nasz samochod, to nie wiem, czy nastepnym razem nie odwazy sie na cos gorszego. Niemoge ryzykowac. Czesto pracuje daleko od domu I Wiola zostaje sama z dziecmi, calkowicie bezbronna.
cdn

1 comment:

krystynar.bloog.pl said...

Takie doświadczenia wzbogacają . świetny materiał dla poety i pisarza. - Krystyna