Saturday, 7 February 2015

Moj bitwa o Anglie cz61

   W takim razie nie widze mozliwosci na dalsza wspolprace. Teraz to ja burknalem I odejechalem z piskiem opon wyklepanym Mondeo.

 Z "Marcinami" spotykamy sie coraz czesciej. Spedzamy wspolnie sobotnia noc. Najpierw w jakims pubie na Soho do 23, by nastepnie udac na calonocne szalenstwo do najslynniejszego w Europie klubu Ministry Of Sound. Nie jestem zwolennikiem clubbingu, jednak uleglem wiekszosci.
 Ministry Of Sound jest bardzo popularnym klubem I cieszy sie znakomita renoma. Lezy na poludniowym brzegu Tamizy w dzielnicy Elephant and Castle. Otwieraja go dopiero o 23.00 I zamykaja o swicie. Wstep tylko dla osob powyzej 21 roku zycia jest scisle przestrzegany. Maja swoje pasmo radiowe, kanal na YouTube oraz wydaja plyty ze swoimi mixami.
 Musimy odczekac godzine w kolejce, by dostac sie do srodka. Jest tez wejscie dla VIP-ow, jednak do Davida Beckhama nie jestem podobny I cierpliwie czekamy na swoja kolej. W srodku kupujemy po kolorowym drinku I udajemy sie do pomieszczenia, gdzie przed wejsciem czytamy napisy: "Uwaga! Glosna muzyka!".  Bardzo glosna. Impreza dopiero sie rozkreca, lecz ludzi jest juz cala masa. Wysoko pod sufitem zawieszone wielkie glosniki, na nich tancza skapo urbane azjatyckie pieknosci plci obojga. Przed nimi, na wysokiej scenie osmiu DJ-ow w najlepszym stylu czestuje nas soczysta I dynamiczna dawka muzyki z roznych gatunkow. Dwoch z nich na codzien pracuje w londynskim radio. Robia to po mistrzowsku I az mi sie wierzyc nie chce, ze graja nawet rockowe kawalki. Ponoc sam Carl Cox tez czasem kreci tu vinylami. Dla mniej wtajemniczonych podpowiem, ze Cox jest najlepszym DJ-em na swiecie, wydaje swoje plyty oraz ma stale programy w radio.
 Muzyka jest naprawde glosna I czuje, ze za chwile zmieni rytm bicia mego serca. Wlasciwie jedyne co mi sie tu niepodoba, to spora ilosc dilerow I latwosc nabycia kazdego narkotyku. Dilerzy sa widoczni wszedzie. W ciagu pol godziny  tylko trzech mnie zaczepilo z oferta nie do odrzucenia. Nam jednak do wysmienitej zabawy wystarczylo kilka drinkow.
 Wytrzymujemy do 4. Marciny zostaja dluzej. Oni to dlugodystansowcy. Po dzis dzien slysze z tylu glowy ta glasna muzyke. Nie wiem czy to byl dobry pomysl, by Marcin, zawodowy stroiciel fortepianow, niszczyl swoj sluch w tym klubie?

 Jak na ciazowa diete gofrowa, nasz Junior rosnie szybko. Ma wspaniale oczy o kolorze pogodnego nieba I najslodszy usmiech w Unii Europejskiej. Odwiedzaja nas znajomi, przynoszac rozne zabawki, prezenty zyczac zdrowia. Niestety nasze noce sa zarwane. Szczegolnie Wioli, ktora pozwala mi wyspac sie do pracy. Ciezko jednak spac spokojnie, gdy obok w lozeczku maly truten gra swoja melodie. Doszukiwalismy sie roznych przyczyn, lecz zostalismy przy wspomnianym stresie podczas ciazy.
 Arti mial jeszcze oryginalniejsze zachciewajki od swojej matki. Uwielbial jezdzic naszym Mondeo. Wlasciwie w nim czul sie chyba spokojny I bezpieczny, poniewaz gdy tylko umiescilem go w srodku, w tym swoim nosidelku, to od razu zamienial sie w slodkiego amorka. Lecz gdy tylko probowalem zatrzymac sie, nawet na czerwonym swietle, to wlaczal swoja syrene alarmowa I musialem kontynuowac podroz, az krolewicz zasnie twardym snem. Napewno ma to po mamie I jej gofrowych wyprawach.
 Staropolskim zwyczajem organizuje "pepkowe", czyli podlewanie noworodka duza iloscia srodkow wyskokowych przez tatusia I jego kolegow. Umawiamy sie w POSK-u. Zamawiam trzy stoliki piwa I kilka butelek whisky. Musimy pozadnie to uczcic. Musze odbic sobie te gofry I pizze.
 Coraz czesciej dochodza do mnie sluchy, ze nie najlepiej powodzi sie Leszkowi, mojemu ostatniemu pracodawcy. Kilku z jego bylych pracownikow nawet szuka zatrudnienia w szeregach AAW Services. Ostatecznie zatrudniam dwoch.
 Po calkowitym rozstaniu sie z Davidem I wczesniejszym rozwodzie z Mariuszem, zupelnie samodzielnie prowadze firme. Wiola dostala stanowisko przy komputerze oraz cala papierkowa robote. Kozystalem tez z uslug ksiegowosci niejakiego Jaroslawa P., majacego swoje biuro na Park Royal. P. pomogl nam zarejestrowac w urzedzie moja firme jako Limited Company I zareklamowal sie jako doswiadczony ksiegowy. Skorzystalismy z tej oferty I Wiola rozpoczela  wspolprace z nim.
 Powoli nabieralismy wiatru w zagle, choc nadal splacalismy polskie dlugi.
 Derek zostal karnie przeniesiony w inny rejon Londynu, a w zamian dostalismy mlodego Anglika, dobrze zorganizowanego inzyniera, z ktorym wspolpraca zapowiadala sie wysmienicie. Ale o tym juz  w kolejnym odcinku. Zapraszam!

3 comments:

1beam said...

Myślę,że muzyka,kontakty z ludźmi,koncerty i dobrzy znajomi,to to,co pozwalało Tobie/Wam/ czerpać energię i zbierać nowe siły.
Tak czy owak szacun:)-jak mówi wnuk mojej koleżanki.:))Pozdrawiam serdecznie z zaśnieżonego mocno Buska.

pan nikt said...

Serdecznie pozdrawiam ze slonecznego Londynu :)

krystynar.bloog.pl said...

A może Malutkiemu kupić kołyskę ? Przynajmniej wiecie, że macie dziecko. Może zostanie muzykiem albo kierowcą rajdowym? - Krystyna