Saturday, 28 February 2015

Moja bitwa o Anglie cz 64

     Jaroslaw, pogromca podatkowy, byl typowym "krawaciarzem". Otoczony przez sterty segregatorow sprawial wrazenie doswiadczonego, wrazliwego na los swoich klientow, wykorzystywanych przez  krwiopijczy system.
 Wiola dopiero poznwala wszystkie zakamarki miejscowej skarbowki, do tego dochodzilo permanentne rozkojarzenie spowodowane aktywnoscia Juniora. Arti potrafil skutecznie przeszkadzac jej w pracy. Tylko sobie znanymi sposobami doprowadzal Wiole do ostatecznosci. Raz domagal sie picia, innym razem misia, to znow nauczyl sie chodzic samodzielnie I nosilo go wszedzie. Totalnie aktywny I od oddania go do domu dziecka ratowal go tylko urok osobisty, bo przeciez kazda kobieta ulegnie blondynowi o oczach w kolorze nieba.
 Pewnego dnia doszlismy do wniosku, ze poprosimy o pomoc moja matke. Zaproponowalismy jej wspolne mieszkanie I zapytalismy o pomoc przy obsludze Juniora. Dostala swoj pokoj, odswierzony I umeblowany oraz co tydzien wyplate za wykonana usluge. Tak, nalezala do tych babc, co biora pieniadze za wychowywanie wnuczat. Ale nie mielismy z tym problemu I dorzucilismy jej jeszcze wyzywienie w pakiecie. Obie strony byly zadowolone I Wiola wreszcie moze w 100% poswiecic sie pracy, gdy babcia z wozkiem nabija kilometry po Londynie.
 Gdy wyszkolony pan Jaroslaw naliczal nasze podatki, nasz nowy wspolpracownik Przemek, preznie szukal dla nas zlecen. Od teraz polegam tylko na nim oraz na sobie. Od kiedy Kazik wrocil do Polski, stracilem nie tyle przyjaciela, co mentora I doradce. Teraz przyszla pora na wystepy solowe przy akompaniamencie Wioli.
 Jednym ze zlecen od Przemka, byla dosyc spora budowa na Ealing Common. Operator kamery z BBC, niejaki Alan, wynajal AAW Services do przerobienia domu na cztery osobne mieszkania, ktory to wlasnie zakupil celem inwestycji. Zlecenie duze I trudne. Dom bardzo zaniedbany I zniszczony. Opracowalem wiec cene I uroczyscie w pubie przy kolacji oboje podpisujemy kontrakt.
 Alan z wygladu przypominal mlodszego brata Einstaina. Z zachowania mysle, ze tez. Zachowywal sie jakby porazil go prad wysokiego napiecia podczas kolejnego doswiadczenia. Jezdzil malutkim Peugeotem 106 i robil zdjecia wszystkim I wszystkiemu. Zauroczony potega deweloperow I landlordow, postanowil sam zasmakowac tego chleba. Niestety, oprocz dobrych checi I einstanowskiej fryzury, nie posiadal nic, co by mu pomoglo w tym biznesie. Niby mial pomysl, zarys jakby to mialo wygladac, niby mial plany, lecz to wszystko bylo nie pewne I z tygodnia na tydzien sie zmienialo.
 Rozpoczelismy ten projekt  od demolition party, czyli tzw. posprzatania po poprzednich budowlancach. Musielismy rozebrac czesc konstrukcji, posprzatac I zabezpieczc kilka miejsc, by mozna bylo pracowac bezpiecznie.
 Alan od pierwszej naszej przepracowanej godziny, probowal ingerowac w nasz system pracy I musialem tlumaczyc mu, ze pracownicy potrzebuja przerwe na lunch, lub od czasu do czasu maly brejk na kawe lub papierosa. Podczas takich przerw dyskutuje sie I obmawia plan dzialania. Ale co to fotograf moze wiedziec na temat konstrukcji dachu czy uzbrojenia betonu?  Grzecznie porosilem, by nam zaufal I najlepiej niech przyjezdza na kontrole w kazdy piatek. Wtedy bedzie mial pelen obraz tego co zrobilismy przez caly tydzien.
 Alan byl nieco spanikowany I zestresowany. Ponoc nasi poprzednicy konkretnie zniechecili bank, z ktorego  dostal kredyt na ten dom. Duzo nie brakowalo, a bank przejalby ta nieruchomosc bez zwrotu zainwestowanego kapitalu. Nie wiem ile juz tam mlody Einstain wplacil pieniedzy, ale spocil sie podczas opowiadania, niczym podczas plodzenia teorii wzglednosci. Wlasciwie, dzis smialo moge stwierdzic, ze ta teorie mozna wykozystac wzgledem naszej umowy, ale o tym w dalszej czesci...
cdn

Saturday, 21 February 2015

Moja bitwa o Anglie cz 63

    Jeszcze na starym mieszkaniu, odwiedza nas moja mama, z ktora wlasnie sie pogodzilem. Bardzo sie cieszy z poznania Wioli, Steli oraz wnuczka. Wyjasniamy sobie wszystko, spedzamy rodzinny tydzien pokazujac jej piekno Londynu. Rozstajemy sie usmiechnieci z nadzieja na kolejne spotkanie.
 Chwile pozniej odwiedzaja nas rodzice Wioli. Wygladaja na zniesmaczonych I rozczarowanych tym co tu zobaczyli. Odnosimy wrazenie, ze spodziewali sie, iz mieszkamy w penthausie nad Tamiza lub w wielkim domu z ogrodem gdzies na Richmond. Niestety trafili do malego mieszkania poczatkujacych emigrantow z ciagnacym sie ogonem pt. DLUG.
 Udaje nam sie wynajac piekny I skromny domek w dzielnicy Northolt. 3 sypialnie, 2 lazienki, salon, jadalnia z kuchnia I calkiem przyzwoity ogrodek. Do tego bezplatne miejsce parkingowe I nieograniczona cisza. Wreszcie spokoj. Jest to zamkniete osiedle, bez ulicy przelotowej, na uboczu. Krotkim spacerem mozemy dojsc do wielu sklepow I duzego parku, gdzie po kanale plywaja barki. Wysmienite miejsce na przechadzke z dziecmi.
 Wioli rodzice pomagaja nam w przeprowadzce. Niestety Arti rozchorowal sie. Ma wysoka temperature, duzo placze, jest niespokojny I marudny. Wiola denerwuje sie, nie moze sie skupic przy pracy. Udziela sie to jej rodzicom. Sa oburzeni zachowaniem Juniora I daja nam to zrozumiec. Nasz maly truten jest chory I dopiero skonczyl rok, wiec ma prawo byc kaprysny. Skoro dorosli nie potrafia tego zrozumiec, to problem jest z doroslymi.
 Pewnego dnia, gdy juz nasi rodzice wrocili do Polski, jadac moim ukochanym, odrestaurowanym fordem Mondeo przez dzielnice Chiswick, na srodku skrzyzowania taksowka Mini Cab, z calym impetem wjezdza w moj tyl. Udezenie jest powazne. Na szczescie nikt w  tym nie ucierpial. Oprocz mojego fordzika. Stojac w korku, calkowicie poprawnie, pan taksowkarz, rasowy Afganczyk, prawdopodobnie zagadany przez telefon, miazdzy moje auto. Tlumaczy sie mocno I przeprasza. Prosi by nie wywac policji. Tlumaczy, ze ma pasazera I boi sie utraty pracy. Daje mi swoje dane I obiecuje wszystko uregulowac. W zaprzyjaznionym garazu, mechanik prowizorycznie przklepal tyl mojego auta. Nie moglem go wyremontowac ani zostawic w warsztacie do momentu wyjasnienia sprawy z ubezpieczycielem. Potrzebowalem transportu kazdego dnia od rana do nocy.
 Mija kilka miesiecy, a firma ubezpieczeniowa, ktora mnie reprezentowala nadal milczy. Nawet nie skontaktowali sie ze mna po zgloszeniu kolizji. W koncu trace cierpliwosc  I zrywam z nimi umowe. Wynajmuje prywatne biuro do odzyskiwania odszkodowan I ostro biora sie do roboty. Juz po kilku dniach dzwonia do mnie z wiadomoscia, iz pan rasowy Afganczyk, czyli kierowca taksowki, zglosil u swojego ubezpieczyciela, ze to ja spowodowalem ta stluczke cofajac na skrzyzowaniu. Przedstawil nawet jakiegos swiadka- kolege po fachu. Sadzac po nazwisku- ziomka. Zskoczyl mnie ten obrot sprawy. Koles zwalil cala wine na mnie I do tego podstawil falszywego swiadka. To smierdzialo kryminalem. Powiedzialem krotko do mojego adwokata: jesli on tego natychmiast nie odwola, to skladam powiadomienie do prokuratury. Jednak ten pastuch wielbladow nie odpuszczal I szedl w zaparte proponujac podzial winy 50/50. Malo nie zwariowalem gdy dowiedzialem sie o tej propozycji. Odpowiedz byla krotka: zawiadomic odpowiednie sluzby! Jednak moj adwokat dal mu trzecia szanse I pan Beduin odwolal wszystko co mu sie przysnilo. Wkrotce pojawil sie likwidator szkod I w oswiadczeniu uznal auto za nieekonomiczne do naprawy, przy czym nie wymagal bym je zezlomowal. Dostaje tez wezwanie na komisje lekarska oraz pobieram serie sesji fizjoterapeutycznych. Wszystkie koszta pokrywa taksowkarz. Forda udaje mi sie szybko sprzedac I za uzyskany zwrot kosztow kupujemy Vouxhala Frontere, duze terenowe auto. Dodam tylko ze marka Vouxhall znana jest na calym swiecie jako Opel. Tylko tu w UK inaczej sie nazywa.
 Po otrzymanych kolejnych propozycjach od angielskiego zleceniodawcy, przestaje z nim wspopracowac. Niestety jego ceny byly nie do zaakceptowania. Nawiazuje nowe kontakty zawodowe. Jednym z nich jest Przemek. Mlody wilk, manager w firmie polonijnej. Przemek zajmowal sie rekrutacja polskiej sily roboczej, mial wiele znajomosci posrod lokalnych firm oraz osob prywatnych. Wypijamy wspolnie kilka piw I nawiazujemy znajomosc. Wkrotce dolacza do niego narzeczona I razem cala czworka czesto sie spotykamy rowniez pywatnie.
 Do Przeka zglaszaja sie Anglicy, I nie tylko, rzadni wyremontowania swojego gniazdka. Niestety zlecenia sa porozrzucane po calej Anglii I znow duzo czasu spedzam poza domem jezdzac na wyceny.
 W naszym nowym domu odswierzylem sciany I kazdy dostal swoj pokoj. Wreszcie mielismy swoja sypialnie, duza z king size lozkiem, przestronny salon, w ktorym urzadzilismy tez w kacie biuro AAW Services.
 Nasza firma powoli rozwijala sie. Zlecenia naplywaly regularnie I mielismy ciaglosc pracy. Moze nie zawsze zatrudnialem 20 osob, lecz zawsze bylo cos do zrobienia. Raz przerabialem fabryke z 20 murarzami,innym razem malowalem plot we dwoch.
 Stela pokochala brata na dobre. Teraz juz nie mogla doczekac sie powrotu ze szkoly by z nim spedzac czas. Oraz z nowa przyjaciolka. Ale o tym juz w kolejnym odcinku. Zapraszam...

Friday, 13 February 2015

Moja bitwa o Anglie cz 62

  Krotkie streszczenie poprzednich odcinkow:
Po nieudanym biznesie I ogolnym rozczarowaniu zyciem w Polsce, wybieram londynska emigracje. Razem z Waldkiem, przyjacielem, wyruszamy autokarem w podroz, by skolonizowac brytyjska wyspe. Niestety Waldi zostaje zatrzymany na granicy w Calais, a ja po przyjezdzie do Londynu, trafiam po trzech dniach do Slough w obiecia "polskiej osmiornicy", prowadzonej przez filigranowa Wioletke. Po dwoch tygodniach wegetacji na fasolce z puszki w sosie pomidorowym, uciekam w nocy by znalezc bezpieczny pokoj we wschodnim Londynie oraz rozpoczac obiecana prace u bosniackiego budowlanca Stojna. Po pewnym czasie wracam do Slough by uwolnic Kazika, poznanego w autokarze starszego pana. Przez kilka lat mieszkamy razem kultywujac fasolkowa diete oraz inne angielskie rarytasy. Zaprzyjazniamy sie. Kilkakrotnie zmieniamy mieszkania oraz menu. Pracujemy jako samozatrudnieni na budowach, a ja dodatkowo znajduje zajecie przy ochronie koncertow I roznych imprez kultulralno-sportowych. Namietnie pisze wiersze I niczym rosyjski lodolamacz, krusze kobiece serca, az trafiam na przyszla zone Wiole. Po pasmie nieszczesc oraz roznych probach na nasza wytrzymalosc, rodzi sie nasz syn Arthur Junior. Powstaje tez firma AAW Services.

  Stela wygladala na zazdrosna. Miala prawo. Dotychczas przez cale swoje nie dlugie zycie miala mame, ktora nie musiala sie z nikim dzielic. Nie miala dotychczas rodzenstwa I byla w centrum zainteresowania calej rodziny. Az tu pojawilem sie ja, a pozniej nasz maly krolewicz o blekitnych oczach. Bylo wiec naturalne, ze bedzie walczyc o swoja pozycje w stadzie. Musielismy duzo I dlugo jej tlumaczyc w jakim jest bledzie.
 Najwiecej czasu Wiola spedzala z dziecmi, gdyz ja musialem na to wszystko zapracowac. Lapalem kazda mozliwa okazje na zarobienie dodatkowych pieniedzy. Nie przepuscilem juz zadnego zlecenia jak to mi sie zdazalo poprzednio. Pracowalem prawie cala dobe. Najpierw 12 godzin w terenie, by nastepnie po powrocie do domu zanurkowac w internecie szukajac to klientow, to nowych pracownikow lub potrzebnych materialow.
 Angielski kontarktor dawal nam nawet duzo zlecen, jednak nadal nie byly one zbyt atrakcyjne finansowo. Jego nowy przedstawiciel, ktory to mnie "obslugiwal", mlody Anglik o imieniu Gareth, byl sympatycznym I konkretnym inzynierem. O wiele bardziej kompetentnym oraz znacznie cieplejszym stosunku do wspolczesnej emigracji. Jego poprzednik Derek, czesto dawal nam do zrozumienia, kto tu jest kolonista, a kto kolonizatorem. Derek uwielbial mowic tak, by nikt go nie zrozumial. Mial wtedy ubaw po pachy. I nie chodzi tu o uzywanie londynskiego slangu Cocney. Derek byl poprostu niechlujnym ignorantem I chamem.
 Wiola w papierach radzila sobie swietnie. Jeszcze w Polsce, przed wyjazdem, zdobyla dyplom z zarzadzania I marketingu. Jest swietna w zaglowaniu cyferkami  I w analizach, a jej charakter doskonale odzwierciedla jej znak zodiaku- Wage. Dobrze prowadzla cala nasza dokumentacje. Wszystko poukladane I przejrzyste. Wiola prowadzila wstepna ksiegowosc, nawet zrobila kurs w Londynie, natomiast ta koncowa, najwazniejsza ksiegowoscia, zajmowal sie wspomniany wczesniej Jaroslaw, samozwanczy mistrz kalkulatora I pogromca podatkowych paragrafow. Osobnik ten dysponowal skromnym biurem rachunkowym w polnocno-zachodnim Londynie, zatrudniajac narzeczona oraz jakas mloda sikoreczke. Moja wiedza na temat rachunkowosci ogranicza sie do rozroznienia rachunku za obiad od faktury za palate cegiel, wiec jestem zdany na doswiadczenie I uczciwosc innych. Dowozilismy wiec naszym wyklepanym fordem Mondeo  kolejne segregatory pelne roznych dokumentow I rachunkow, a pan P. wystawial nam kolejne faktury za swoje uslugi. Placilismy ile sie nalezy, przekonani o geniuszu Polaka ksiegowego.

 Przejezdzajac dzielnica Hammersmith, zauwazam na rusztowaniu Mariusza, mojego bylego wspolnika. "A jednak wrocil z Dominikany?"- zapytalem sam siebie. Zdecydowalem sie porozmawiac z nim I dowiedziec dlaczego zostawil mnie z rozgrzebanym loftem oraz rachunkiem na £4700 do zaplacenia. Po krotkiej rozmowie podajemy sobie dlonie. Wiele nie oczekuje od niego. Wystarczy, ze odda mi polowe z tej kwoty I moze wracac na Dominikane. Lub na rusztowanie. O dziwo zgadza sie I placi od reki £500. Kolejne pieniadze obiecuje oddawac w miesiecznych ratach. Niestety szybko sluch po nim ginie ponownie. Nie odbiera moich telefonow, nie odpisuje na wiadomosci, unika mnie. Odnalazlem wiec Slawka., kiedys pracowalismy razem dla Mariusza. Slawek w skrocie opowiedzial, jak Mariusz rozstal sie z Leszkiem I pracuje na wlasny rachunek. Wynajmuje teraz tez mieszkania dla Polakow I ma spore problemy finansowe. No tak, to doszedl mu kolejny problem.
 Mariusza juz nigdy wiecej niespotkalem, nie rozmawialem z nim. Kilka lat pozniej odnajduje go na Naszej Klasie. W kilku zdaniach powiem mu co o nim mysle I nie zycze powodzenia w przyszlosci.
 Po tej niespodziance, jaka zgotowal nam Sebastian I spolka, zastanawiamy sie nad przeprowadzka. Chcemy wynajac jakis skromny domek gdzies na przedmiesciach Londynu. Mamy juz dosyc centrum I tego zgielku. Obawiamy sie tez Sebastiana. Nie wiem do czego on jest zdolny? Skoro zdemolowal nasz samochod, to nie wiem, czy nastepnym razem nie odwazy sie na cos gorszego. Niemoge ryzykowac. Czesto pracuje daleko od domu I Wiola zostaje sama z dziecmi, calkowicie bezbronna.
cdn

Saturday, 7 February 2015

Moj bitwa o Anglie cz61

   W takim razie nie widze mozliwosci na dalsza wspolprace. Teraz to ja burknalem I odejechalem z piskiem opon wyklepanym Mondeo.

 Z "Marcinami" spotykamy sie coraz czesciej. Spedzamy wspolnie sobotnia noc. Najpierw w jakims pubie na Soho do 23, by nastepnie udac na calonocne szalenstwo do najslynniejszego w Europie klubu Ministry Of Sound. Nie jestem zwolennikiem clubbingu, jednak uleglem wiekszosci.
 Ministry Of Sound jest bardzo popularnym klubem I cieszy sie znakomita renoma. Lezy na poludniowym brzegu Tamizy w dzielnicy Elephant and Castle. Otwieraja go dopiero o 23.00 I zamykaja o swicie. Wstep tylko dla osob powyzej 21 roku zycia jest scisle przestrzegany. Maja swoje pasmo radiowe, kanal na YouTube oraz wydaja plyty ze swoimi mixami.
 Musimy odczekac godzine w kolejce, by dostac sie do srodka. Jest tez wejscie dla VIP-ow, jednak do Davida Beckhama nie jestem podobny I cierpliwie czekamy na swoja kolej. W srodku kupujemy po kolorowym drinku I udajemy sie do pomieszczenia, gdzie przed wejsciem czytamy napisy: "Uwaga! Glosna muzyka!".  Bardzo glosna. Impreza dopiero sie rozkreca, lecz ludzi jest juz cala masa. Wysoko pod sufitem zawieszone wielkie glosniki, na nich tancza skapo urbane azjatyckie pieknosci plci obojga. Przed nimi, na wysokiej scenie osmiu DJ-ow w najlepszym stylu czestuje nas soczysta I dynamiczna dawka muzyki z roznych gatunkow. Dwoch z nich na codzien pracuje w londynskim radio. Robia to po mistrzowsku I az mi sie wierzyc nie chce, ze graja nawet rockowe kawalki. Ponoc sam Carl Cox tez czasem kreci tu vinylami. Dla mniej wtajemniczonych podpowiem, ze Cox jest najlepszym DJ-em na swiecie, wydaje swoje plyty oraz ma stale programy w radio.
 Muzyka jest naprawde glosna I czuje, ze za chwile zmieni rytm bicia mego serca. Wlasciwie jedyne co mi sie tu niepodoba, to spora ilosc dilerow I latwosc nabycia kazdego narkotyku. Dilerzy sa widoczni wszedzie. W ciagu pol godziny  tylko trzech mnie zaczepilo z oferta nie do odrzucenia. Nam jednak do wysmienitej zabawy wystarczylo kilka drinkow.
 Wytrzymujemy do 4. Marciny zostaja dluzej. Oni to dlugodystansowcy. Po dzis dzien slysze z tylu glowy ta glasna muzyke. Nie wiem czy to byl dobry pomysl, by Marcin, zawodowy stroiciel fortepianow, niszczyl swoj sluch w tym klubie?

 Jak na ciazowa diete gofrowa, nasz Junior rosnie szybko. Ma wspaniale oczy o kolorze pogodnego nieba I najslodszy usmiech w Unii Europejskiej. Odwiedzaja nas znajomi, przynoszac rozne zabawki, prezenty zyczac zdrowia. Niestety nasze noce sa zarwane. Szczegolnie Wioli, ktora pozwala mi wyspac sie do pracy. Ciezko jednak spac spokojnie, gdy obok w lozeczku maly truten gra swoja melodie. Doszukiwalismy sie roznych przyczyn, lecz zostalismy przy wspomnianym stresie podczas ciazy.
 Arti mial jeszcze oryginalniejsze zachciewajki od swojej matki. Uwielbial jezdzic naszym Mondeo. Wlasciwie w nim czul sie chyba spokojny I bezpieczny, poniewaz gdy tylko umiescilem go w srodku, w tym swoim nosidelku, to od razu zamienial sie w slodkiego amorka. Lecz gdy tylko probowalem zatrzymac sie, nawet na czerwonym swietle, to wlaczal swoja syrene alarmowa I musialem kontynuowac podroz, az krolewicz zasnie twardym snem. Napewno ma to po mamie I jej gofrowych wyprawach.
 Staropolskim zwyczajem organizuje "pepkowe", czyli podlewanie noworodka duza iloscia srodkow wyskokowych przez tatusia I jego kolegow. Umawiamy sie w POSK-u. Zamawiam trzy stoliki piwa I kilka butelek whisky. Musimy pozadnie to uczcic. Musze odbic sobie te gofry I pizze.
 Coraz czesciej dochodza do mnie sluchy, ze nie najlepiej powodzi sie Leszkowi, mojemu ostatniemu pracodawcy. Kilku z jego bylych pracownikow nawet szuka zatrudnienia w szeregach AAW Services. Ostatecznie zatrudniam dwoch.
 Po calkowitym rozstaniu sie z Davidem I wczesniejszym rozwodzie z Mariuszem, zupelnie samodzielnie prowadze firme. Wiola dostala stanowisko przy komputerze oraz cala papierkowa robote. Kozystalem tez z uslug ksiegowosci niejakiego Jaroslawa P., majacego swoje biuro na Park Royal. P. pomogl nam zarejestrowac w urzedzie moja firme jako Limited Company I zareklamowal sie jako doswiadczony ksiegowy. Skorzystalismy z tej oferty I Wiola rozpoczela  wspolprace z nim.
 Powoli nabieralismy wiatru w zagle, choc nadal splacalismy polskie dlugi.
 Derek zostal karnie przeniesiony w inny rejon Londynu, a w zamian dostalismy mlodego Anglika, dobrze zorganizowanego inzyniera, z ktorym wspolpraca zapowiadala sie wysmienicie. Ale o tym juz  w kolejnym odcinku. Zapraszam!

Sunday, 1 February 2015

Moja bitwa o Anglie cz 60

       Styczen, czyli budowlany sezon ogorkowy wreszcie sie zakonczyl. Po drodze z Waldkiem zaliczamy akustyczny koncert Macka Malenczuka. Wedlug mnie rewelacja. Bez zbednego gwiazdorzenia, z typowa maniera I niebanalnym tekstem, czyli to co uwielbiam u Macka. Koncert odbyl sie w slynnym Rhythm and Factory na White Chappel, w Londynie.  Przyciagnal tlumy I cala sala byla wypelniona po brzegi. Jako support wystapil malo znany Julian Tusk, Angielski trubadur z zespolem. Ciekawa I ambitna muzyka, godna polecenia. Waldkowi jednak poza piwem nic wiecej tam nie odpowiadalo. Mialem wrazenie, ze przechwala sie, by mi zaimponowac. Po raz kolejny dochodzi do zgrzytow pomiedzy nami I ponownie nasze drogi rozchodza sie. Tym razem na dluzej.
 Nasza przyjazn z Davidem tez ma coraz bardziej gorzki smak. David robi mi jakies dziwne wyklady, czepia sie o byle co I rozlicza z kazdej przepracowanej godziny. Zastanawialem sie, co moze byc tego powodem? Przeciez bylo tak dobrze, spedzalismy mnostwo czasu razem, wypilismy cysterne Guinessa, jadalismy wspolnie kolacje I chodzilismy na dlugie spacery po lesie z jego psami, lub po prostu siadalismy wieczorem przy kominku z butelka wina I rozmawialismy do nocy o tym jak Anglicy przesladowali Irlandczykow, lub kim naprawde byl Agent Bolek.
 Doszukiwalem sie w tym drugiego dna. Oczywiscie w zachowaniu Davida, nie w agenicie Bolku. David  w firmie sprzatajacej, w ktorej na codzien pracowal jako manager, mial partnera w biznesie, Iana, tez Irlandczyka. Doszly do mnie plotki, ze Ian jest bardzo zazdrosny o nasza znajomosc I to on buntuje Davida. Doszla do tego sprawa loftu. Zakonczylem ten projekt . Dolozylem ze swojego portwela tyle le bylo potrzeba I juz nie jestem mu potrzebny.
 Nagle David zaczal upominac sie o pieniadze z kontraktu z Derkiem. Oczywiscie miesiac wczesniej wspomnialem jak sprawa sie przedstawia, lecz on nagle dostal amnezji.
 Pewnego dnia pozyczyl ode mnie £20 na obiad. Akurat zaponial portwela. Poszlismny razem. Zjedlismy wspolnie I duzo rozmawialismy. Ja zaplacilem caly rachunek. Po kilku dniach zaniemowilem, gdy David zapytal kiedy oddam mu pozyczone £20 , bo znow zapomnial portwela I potrzebuje na obiad. Wyciagnalem I dalem mu, po czym obracajac cala sprawe w zart, przypomnialem jak to naprawde bylo. Nieodpowiadajac nic, wysiadl z auta trzaskajac drzwiami. Przez nastepnych kilka tygodni bylo lepiej. Mysle, ze to z powodu przygotowan do narodzin naszego synka. Wiola ostatnie dni spedzala juz tylko w domu, lezakujac na sofie w oczekiwaniu na rozwiazanie.
 Samochod naprawiony I wyszorowany oczekiwal na sygnal do boju. Wszyscy nasi znajomi oraz cala rodzina, bardzo nas wspierali. Nawet doczekalismy sie pierwszych zarobionych pieniedzy od Derka firmy. Teraz moglismy udac sie na porodowke.
 Wiola miala taka mozliwosc I wybrala porod przez cesarskie ciecie. Dnia 21 marca 2006 roku przychodzi na swiat nasz syn- Arthur Junior. Jest duzy, wazy ponad 5kg I ma 53 cm. Jest silny I wyglada na zdrowego. Opieka w angielskim szpitalu byla profesjonalna I bardzo mila. Otrzymalismy fantastyczny serwis porodowy. Mialem okazje byc przy narodzinach. Trzymalem odwaznie Wiole za reke, jednak moja poetycka wrazliwosc nie pozwolila mi przeciac pepowiny. Moze dlatego do dzis dzien moj syn jest tak do mnie przywiazany? Po dwoch dniach zawiozlem moja krolowa oraz naszego krolwewicza do naszego palacu w Shepherds Bush. A po pracy, dumie spacerowalem z wozkiem po okolicy.
 Arti usmiechal sie za dnia, a w nocy cwiczyl partie wokalne, budzac cala okolice. Ogolnie byl spokojnym bobaskiem, tylko niepokoilo  nas jego zachowanie podczas snu. Bardzo sie denerwowal, duzo plakal I mial jakies drgawki. Myslimy, ze to ten stress, przez ktory przeszla Wiola tak wplynal na jego stan. No bo jakie to koszmary moze miec miesieczne dziecko? Co takiemu maluszkowi moze sie przysnic oprocz wielkiego cycka pelnego mleka? Jakie to nocne mary dreczyly mojego krolewicza? Moze we snie nie mogl sie dostac przez stanik do ulubionego, cieplego cycuszka? A moze poprostu przysnil mu sie zupelnie pusty cycek bez mleka? Mam nadzieje, ze kiedys to wyjasnimy.
 Przyszla pora na kolejna wyplate od Davida za prace w przerabianej fabryce. Lecz na przedstawionym mi rozliczeniu brakowalo 200 przepracowanych godzin przeze mnie. Jedynym sensownym tlumaczeniem jakie otrzymalem od Davida, bylo to , ze nie poswiecilem tam wystarczajaco duzo czau, tak jak oni tego oczekiwali. Tylko, ze nas nie laczyla zadna umowa na temat mojej osobistej pracy czy przepracowanych tam godzin. Ja mialem tylko zapewnic fachowcow, przygotowac ich do tej pracy I dopilnowac by wszystko bylo zrobione zgodnie z planem. Wspomniane rozliczenie przyszlo do mnie poczta, wiec wsiadlem do wyklepanego Mondeo I postanowilem odwiedzic Davida. Tym razem juz mnie nie zaprosil do domu. Rozmawialismy na progu. Wlasciwie to ja mowilem I prosilem o wyjasnienie, lecz moj irlandzki przyjaciel w szkocka krate tylko wzruszyl ramionami I burknal, ze tak wyszlo z rozliczen...
cdn