Sunday, 18 January 2015

Moja bitwa o Anglie cz58

     Wiola bardzo przezywala oba te zlecenia. Loft- poniewaz tam nie bylo dnia, nie bylo rzeczy, ktora by nie byla do poprawienia po Sebastianie  I jego wspopracownikach. Fabryka- poniewaz juz tam zatrudnialem 20 osob I nie kazdy z nich blyszczal, ze tak powiem intelektualnie. Nie, nie rozliczalem ich z przeczytanych ksiazek, jednak dwoje z nich zachowywalo sie bardzo dziwnie. Niczym z innej planety.
 Wioli juz nie pomagaly gofry na uspokojenie, nie pomagala tez oryginalna, wloska pizza, a kolejne dni byly tylko gorsze. Owszem, zarabialismy spore pieniadze na przerobieniu tej fabryki, jednak wszystkie wydawalismy na poprawki loftu u Davida. Tylko na korekte instalacji wodnej I elektrycznej oraz schodow, wydalismy ponad £4000. Budzet na ten loft juz dawno sie skonczyl , a my nadal w lesie. Musialem dodatkowo zatrudnic fachowca, ktory to wszystko pouklada w calosc, oraz dwoch sprytnych stolarzy, by szybko dokonczyc I postawic scianki dzialowe. Sam oczywiscie tez tam pracowalem, jednak nie mialem zamiaru ani kwalifikacji, by brac sie za te powazniejsze sprawy.
 Jak wspomnialem poprzednio, w sobote otrzymalem dziwny telefon. Prawdopodobnie od Macka, z niezbyt milym pozdrowieniem noworocznym. Zaskoczylo mnie to bardzo. Powierzone zadanie, klasycznie spieprzyli narazajac mnie na duze, dodatkowe koszty, to jeszcze wyplacilem im wieksza niz powinienem zaliczke. Bylo to bardzo dziwne I podejrzane.
 W nocy Stela dostala temperatury I rozchorowala sie mocno. Bylo z nia tak zle, ze postanowilismy pojechac na pogotowie, aby lekarz ja zbadal. Nie bylo to jednak takie proste jakby sie wydawalo. Moj samochod, moj bialy, ukochany Ford Mondeo, przypominal zdeptana puszke po coca-coli. Ktos w nocy trenowal rzuty ceglowka oraz badal oddzialywanie kija bejsbolowego na lakier samochodowy. Jakos mnie ta scena nie zaskoczyla. Wlasciwie czekalem tylko na to. Od samego poczatku, zatrudniajac Sebastiana mialem takie przeczucia. Tylko dlaczego to zrobil??? Moj ukochany, dlugo wyczekiwany samochod, na ktory harowalem po godzinach, ktory sluzyl mi w pracy oraz w domu, ktory mial teraz zawiezc Stele do lekarza, byl totalnie zdewastowany. Zniszczona karoseria, wybite wszystkie szyby, urwane lusterka, zbite reflektory, porysowany lakier. Najpierw zamowilem taksowke I zawiezlismy chora Stele do przegladu. Po powrocie udalem sie na posterunek policji I pokazalem zdjecia . Wiedzielismy kto to zrobil, jednak nie mielismy zadnych dowodow. Nie bylo na naszej ulicy kamer CCTV, nie bylo swiadkow. Sprawa umarla smiercia naturalna. Jedak nie dla mnie. Na wlasna reke przeprowadzilem sledztwo. Okazalo sie , ze doslownie za rogiem, wynajela mieszkanie nasza wspolna kolezanka. Razem z Wiola, oraz zona Seby pracowaly w szkole. Ubieglej nocy "parapetowke". My tez bylismy zaproszeni, jednak Wioli stan odmienno-zdenerwowany oraz sytuacja z budowa nie byly zbyt dobrym momentum na swietowanie. Jednak na tej imprezie, bogato zakrapianej, pojawil sie nasz bohater. W nocy, gdy towarzystwo mialo juz ostro w czubie, wyszedl na 10 minut na papierosa. Tam juz czekali na niego wspolnicy- Tomek I Maciek. Pokrzywdzeni przez polskiego prywaciarza, zrozpaczeni, zdruzgotani, bez wizji na przyszlosc, bez szans na lepsze jutro, zniszczyli mu auto. Dali mu nauczke. Ale to tylko moje prywatne domniemania, na pdstawie rozmow ze wspolnymi znajomymi. Lecz jak mawial polski James Bond, pogromca cinkciarzy I lowca utalentowanych dziwek, porucznik Borewicz: "Morderca zawsze wraca na miejsce przestepstwa". Czekalem wiec na sygnal. Nie musialem dlugo. Juz nastepnego dnia, w poniedzialek zadzwonil Sebastian, pytajac co u mnie I czy moze odebrac swoje narzedzia. Rozmawialem z nim tak, jakby nigdy nic sie nie wydazylo. Pytalem o jego zdrowie, samopoczucie, czy pracuje. Umowilismy sie jeszcze tego samego dnia. Nie pojawil sie do dzis. Nadal mam Twoje narzedzia. Nie wszystkie, jednak sa, jakbys chcial je odebrac. Mialem jeszcze kilka gluchych telefonow.
 Wiola coraz bardziej psychycznie to znosila. Zblizal sie termin porodu. Martwilem sie o nia. Juz raz przeciez stracilismy dziecko...
cdn

3 comments:

Krystyna Bożenna Borawska said...

No to ładne kwiatki ...Co za ludzie....

Agnieszka Mycaffetime said...

To się kurna w głowie nie mieści. Przepraszam za wyrażenie, ale nie mogłam się oprzeć - przecież to jakieś kompletne szaleństwo!

1beam said...

Trzeba mieć mocne nerwy.Biedna Wiola,stres w ciąży,to również stres dla maluszka:(
Pozdrawiam serdecznie.