Saturday, 10 January 2015

Moja bitwa o Anglie cz57

 Powoli mialem dosc tego projektu. Probowalem jeszcze tylko przed samym wyjazdem zalatwic od Mariusza duza drabine. Jednak jego telefon milczal. Dowiedzialem sie, ze swieta postanowil spedzic na Dominikanie. Zapomnial tylko mnie uprzedzic o tym. Jak na zlosc, przed samym wyjazdem na lotnisko mialem stluczke. Pani cofajac, nie zwrocila uwagi w lusterko I zdemolowala moj przedni zderzak.
 Nasz pobyt w Polsce tez nie zaliczam do udanych. Wiola tradycyjnie jak przystalo na krolowa, domagala sie gofrow z ulubionej smazalni, ja natomiast nie moglem spac myslac namietnie co poplynie w Davidowych rurach. Doszla do tego sroga, polska zima oraz opoznienia w komunikacji oraz na lotnisku. Sporym zaskoczeniem byly dla nas ceny biletow lotniczych. Po kalkulacji wyszlo nam, ze taniej I bez duzej straty czasu, polecimy skandynawskimi liniami SAS z przesiadka w Kopenhadze. Koszt podrozy LOT-em byl prawie trzy razy drozszy I musielibysmy czekac w Warszawie kilka godzin na lot do Gdanska.
 Po powrocie do Londynu dostaje wiadomosc, ze Sebastian wyladowal w szpitalu. Ponoc chory na cukrzyce. Jego wspolpracownicy tez odezwali sie duzo pozniej niz ustalilismy. Przyslali mi tylko dziwnego smsa z pytaniem, czy mam dla nich prace. Jakby swiadomi popelnionych bledow. Oczywiscie, odpisalem. Oczywiscie, ze tak. Jest jeszcze loft nie skonczony I chetnie zobacze ich tam z powrotem. Do tego David dal mi kolejna duza prace, ale o tym za chwile. Umowilismy sie wiec z chlopakami na srode.
 Bezskutecznie probowalem skomunikowac sie z Mariuszem. Nie wiem czy wrocil? Nie odbieral telefonow, nie odpisywal na smsy. Pani inzynierowa tez przedluzyla pobyt w ojczyznie. Ponownie zostalem sam z problemami.
 Zanim przystapilem do tej spolki z Mariuszem, opowiedzialem mu swoja historie z Polski z nieudanym biznesem oraz wspolnikiem, ktory mial dobre checi. Do pytania o zysk. Niestety nie bylo go wtedy, gdy pojawily sie problemy, gdy potrzebowalem pomocy I doradzenia. Bardzo to wtedy przezylem I obiecalem sobie: Nigdy wiecej spolek! Jednak Mariusz wydawal sie inny. Sprawial wrazenie odpowiedzialnego I rozsadnego partnera. Poza tym laczyly nas te same uniesienia muzyczne.
 W tym przypadku, to Mariusz zabiegal o moje wzgledy, znajac moje umiejetnosci. Udalo mu sie mnie zaczarowac swoimi przekonaniami. Obiecal, ze nigdy nie dopusci do podobnej sytuacji, ze jestesmy na dobre I na zle. Stuknelismy sie wtedy szklankami wypelnionymi Guinessem I uscisnelismy sobie rece. Jak widac, nie wiele to dla niego znaczylo I szybko zniknal na tropikalnej wyspie, zapominajac o krzywych schodach, strajkujacych stolarzach I szalejacych po Londynie huraganach.
 Wiedzialem, ze teraz wszystko jest juz zalezne ode mnie. Jedyna osoba n ktora moge jest moja Wiola. Postawilem sobie za punkt honoru dokonczenie tej budowy. Niezaleznie od kosztow. Przeciez przyjaznilem sie z Davidem. Nie mogelm go ot tak zostawic. Jak Mariusz.
 Na moje szczescie, David zalatwil nam kolejny duzy kontrakt. Trwalo to kilka miesiecy I na szczescie ruszylo teraz. Calkiem w odpowiednim momencie. Byl to kontrakt na przebudowe starej fabryki odziezowej na biurowiec. Wielki gmach o pieciu kondygnacjach. Kazda ponad 1200mkw. Do nas nalezalo wszystko w temacie "murowanie" oraz "dach". Mielismy przerobic kilkadziesiat otworow okiennych, zlikwidowac wszystkie drzwi I futryny zostawiajac otwarte pomieszczenia z powiekszonymi wejsciami. Wszystko z "arch effect" czyli luki. Do tego dochodzilo przebudowanie szybu windowego oraz wstawienie stalowych pretow w kazdej popekanej scianie. Na dach mielismy polozyc nowa pape- 1200 mkw. Zlecenie bardzo duze, ale nie tak trudne jak Davidowy loft. Uruchomilem ponownie "goraca linie" telefoniczna, zatudnilem 15 murarzy I 3 pomocnikow. Praca szla idealnie, bez najmniejszych problemow I duza czesc zarobionych tu pieniedzy moglem przeznaczyc na dokonczenie loftu.
 Minela umowiona sroda, a chlopcy nie pojawili sie w umowionym miejscu, by dokonczyc swoje dzielo. Minal czwartek I piatek. Nadal cisza. Dopiero w sobote rano dostalem dziwny telefon. Ktos mnie sympatycznie przywital: "Ty parowo jebana!" I odlozyl sluchawke. Po glosie poznalem, ze to Maciek, ktory mial pojawic sie wsrode na lofcie. Jakie mial powody, by tak sie zachowac? Nie rozmawialem jeszcze z nikim na temat tych bledow. Wszystko trzymalem w calkowitej tajemnicy, by wlasnie uniknac takiej sytuacji. Tylko ja I Wiola wiedzielismy co sie dzieje.Nawet David nic nie wiedzial. Niczego przeciez im nie obiecywalem, nie zwodzilem. Szczerze I uczciwie powiedzialem, gdy pytali, ze trzeba dokonczyc loft.
 Jednak pomyslowosc, spryt I odwaga Polakow na emigracji przekracza wszelkie granice. Dopiero tu czujemy sie silni, jak zerwany Rottweiler ze smyczy. Jednak o tym co wydazylo sie pozniej, przecztacie w koljnym odcinku. Zapraszam.
cdn

5 comments:

1beam said...

Pamiętam początki mojego syna w Londynie,gdy potrzebował pomocy,bo nagle zachorował,to nie Polak mu pomógł a Litwin,a gdy go okradziono,to okazało się,że to Polacy.
Pozdrawiam:)

Agnieszka Mycaffetime said...

no właśnie... polak polakowi wilkiem... nie tylko na emigracji niestety...

sia said...

Nie chcę się powielać, ale przebywając w Londynie było mi wstyd za Polaków, którzy w ramach pomocy przyjacielskiej, byli w stanie odgryźć rękę.. Swoją drogą masz złoty fach w dłoniach Artur!!!

dobrycoach said...

Zawsze podziwiam Polaków, którzy dają sobie radę w obcym kraju i prowadzą tam biznes.
Trzymam kciuki za siłę, odwagę i determinację
pozdrawiam
dobrycoach.bloog.pl

Beata said...

Witaj Artur, no to "niezła" historia, z tymi pracownikami... ciekawe jak to się rozwiąże. Poważne projekty realizujesz, podziwiam, naprawdę podziwiam. P.S. A noworocznie wszystkiego dobrego życzę, Tobie i Twojej rodzinie. Pozdrawiam