Friday, 28 November 2014

Moja bitwa o Anglie cz 51

 Jest 6 lipca 2005 roku. Cieple I sloneczne lato. Miedzynarodowy Komitet Olimpijski oglosil dzis laureata konkursu na organizacje igrzysk olimpijskich w 2012 roku. Konkurencja byla  bardzo silna, jednak to Londyn zostanie gospodarzem tej imprezy. Wszyscy sie ciesza I swietuja. Ludzie koncza wczesniej prace, spotykaja sie w pubach, panuje odswietna atmosfera. Wszedzie pelno brytyjskich flag oraz tysiace trojkolorowych balonow. Nad glowami lataja wojskowe mysliwce rozpylajac kolorowy dym. Radosc I szczescie widac na twarzy kazdego londynczyka. My tez po pracy z Waldkiem oraz reszta zalogi udajemy sie do pobliskiego pubu I dolaczamy do imprezowiczow.
 Nastepnego dnia wszystko mialo wrocic do normy. Wysiadamy z Waldkiem na stacji metra Tottenham Court Road I spokojnie, spacerkiem, popijajac kawe idziemy liczac poranne promienie slonca. Londyn jeszcze polprzytomny po wczorajszej popijawie. Ludzie leniwie I ospale probuja dotrzec do pracy.
 Na miejscu czekal juz na nas Leszek z dostawa farby. Rozmawiamy z nim jeszcze chwile, po czym znika  za rogiem, a my rozpoczynamy kolejny dzien w zyciu emigranta, czli kolejny dzien na rusztowaniu Kylie Minogue. Dobrze, ze chociaz to rusztowanie nie jest plastikowe jak jej muzyka

 Wiola rozpoczynala dzien pracy o 6.00 rano, by o 8.00 szkola byla czysta I gotowa dla dzieci. Nie widywalismy sie wiec rano. Wychodzila, gdy jeszcze spalem. Jednak zawsze dzwonilimy do siebie po osmej, jak juz skonczyla pierwsza zmiane. Tego poranka jednak nie moglem sie dodzwonic do niej. Moj telefon nie dzialal. Waldkowy tez. Nie dzialal tez innego kolegi. Hmm, co jest?- pomyslalem- jakas awaria? I wrocilem do pracy. Bylo juz po 10, wszystkie studia rozpoczely prace, wiec siedzimy cicho wykonujac jakies lekkie I nieskomplikowane zadania. Na korytarzu pusto, tylko pani recepcjonistka bez przerwy rozmawia przez telefon. Po chwili zwrocilismy uage na syreny ambulansow. Bylo ich wiecej niz zwykle I wogole nie milkly. Nie wiem jak wygladala sytuacja na ulicy, poniewaz  wszyscy bylismy od strony podworka, w takiej "polotwartej piwnicy" calkowicie odcieci od swiata zewnetrznego. Widzielismy tylko niebo oraz dochodzily do nas co glosniejsze odglosy. W pewnym momencie zdzwonil moj telefon. To Wiola. Spanikowana, roztrzesiona, chaotycznie mowi, ze byl zamach na londynskie metro, ze wylaczona jest siec telefononii komorkowej I cieszy sie, ze zyje. Ponoc jeden z wybuchow byl blisko mnie. Nie zdazylem dokonczyc zdania, a rozmowa zostala ucieta I telefon ponownie zamilkl. Nie zdazylem sie zastanowic co z tym fantem zrobic, a pojawil sie nasz angielski manager z oswiadczeniem, abysmy wszystko zabezpieczyli I wrocili do domu. Minelo 10 min I znow dzwoni Wiola. Dostaje tez smsy od znajomych. Wiola zdaje mi relacje z TV co sie dzieje w Londynie. Jestesmy w szoku. Wychodzimy na ulice. Ludzi prawie nie widac. Nie kursuje komunikacja miejska, nie kursuja taksowki, nie jezdza samochody. Czasem tylko szybko przejedzie ktos na rowerze. Srodkiem ulic ludzie szybkim krokiem wracaja do domow. Wszystkie sklepy I biura pozamykane. My tez maszerujemy w milczeniu, niepewni co nas spotka po drodze.
 Podczas naszego spaceru dostajemy bezplatna gazete. Dzis wyjatkowo sa rozdawane za darmo. Ogladamy zdjecia z zamachu I czytamy pierwsze informacje. Wyglada to wszystko przerazajaco. Jednak zadnych konkretow I szczegolow.
 Po trzygodzinnej pielgrzymce docieramy do domu. Wiola rzuca mi sie na szyje I caluje jakbym wrocil z wojny. Caluje mnie I placze. Opowiada ze zlami  w oczach co sie wydazylo. W trzech pociagach metra oraz w jednym autobusie zostaly podlozone bomby. Jednym z tych pociagow jezdzilismy z Waldkiem codziennie do pracy. Codziennie o 7 rano. Mialem szczescie. Bomba wybuchla w nim o 8.20. Nie powiem, spocilem sie. Po obiedzie wychodzimy z Waldim poszukac jakiegos otwartego sklepu. Chcemy kupic odstresowujaca flaszke whisky. Mielismy szczescie. Niektore sklepy postanowily juz sie otworzyc. Nadal jednak ruch na ulicach byl praktycznie wstrzymany. Wszedzie pelno policji, a grobowa cisze przeszywa tylko co jakis czas nieoznakowany radiowoz tajniakow pedzacy na sygnale. Co ciekawe, znikneli wszyscy Muzulmanie z widoku. Niecodzienne zjawisko w Londynie, a szczegolnie na Shepherds Bush.
cdn

3 comments:

Andrzej Rawicz said...

Tak się zastanawiam, czy ten zamach nie był skierowany właśnie w stronę emigrantów. Może zauważono kto jeździ metrem?

pan nikt said...

Andrzeju,nie bede uprzedzal faktow.W dalszej czesci bedzie wytlumaczone kto I dlaczego :)
Pozdrawiam serdecznie.

1beam said...

Boże co ja wtedy przeżyłam,nie zapomnę tego dnia do końca życia.Mój syn się nie odzywał,a w TV tyle okropnych wiadomości,wiedziałam,że on tym metrem jeździł do pracy.Wreszcie zadzwonił;mamo ja żyję!-przez chwilę,jakbym nie rozumiała co mówi tak miałam ściśniętą klatkę piersiową,że nie mogłam nic powiedzieć,o nic zapytać.Kiedy ochłonęłam,powiedziałam;to dobrze!ale tam tyle ofiar,uważaj.Potem coś jeszcze mówiłam bez sensu,a on mnie uspakajał.Parę miesięcy wcześniej,gdy jechaliśmy razem z synem tym metrem powiedziałam;tu nie jest tak całkiem bezpiecznie,gdyby coś się stało,to na niektórych odcinkach nie ma możliwości wyjścia,jakiejkolwiek ucieczki" Syn się tylko zaśmiał i rzekł;mamo ty masz jakieś czarne myśli.To mi się wtedy przypomniało i dlatego tak strasznie się o niego bałam.
Pozdrawiam serdecznie.