Saturday, 22 November 2014

Moja bitwa o Anglie cz 50

   Udalo nam sie skonczyc o czasie to zlecenie. Jednak z kilkoma malymi wybrykami wspomnianych chlopcow. David oraz dyrektor szkoly byli bardzo zadowoleni z naszej pracy I od razu umowilismy sie na kolejne. Tym razem odswierzenie nieduzego biurowca w podlondynskim Guliford. Tym razem praca tylko w weekend oraz w nocy, wtedy gdy ludzie nie pracuja. Zabralem wiec ze soba dwoch ochotnikow I przez piatek, sobote I niedziele pokolorowalismy cale biuro rachunkowe. Ponownie zarobilismy dobre pieniadze I moglismy wreszcie zrobic zakupy w Tesco zamiast w Netto. Udalo nam sie nawet kupic pierwszy nasz samochod, Forda Mondeo- Kombi. Wyruszylismy nim w dziewicza podroz nad morze. Zostalismy tam na noc relaksujac sie w hotelu z widokiem na fale. Zasluzony odpoczynek.
  Odwiedzil nas moj przyjaciel Waldek. Dopiero teraz, gdy granice zostaly otwarte, mogl ponownie przyjechac do UK. Poprzednio probowal dwukrotnie na moje zaproszenie. Niestety pieczatka "misia" w paszporcie skutecznie odstraszala straznikow na angielskiej granicy.
 Staropolskim zwyczajem zalatwilem mu prace w naszej firmie, a nawet w mojej brygadzie. Rozpoczelismy nowy projekt w centrum Londynu w slynnym Soho. Byl to duzy dwupietrowy budynek, w ktorym miescilo sie kilka agencji reklamowych, ktore to nagrywaly reklamy na potrzeby radiowe. Wspolwlascicielka jednej z tych agencji byla niejaka Kyle Minogue, australisjka gwiazdka pop. Naszym zadaniem bylo naprawic I pomalowac elewacje, naprawic pointing, czyli fuge pomiedzy ceglami, wymienic caly system rynien, ulozyc specjalny chodnik na plaskim dachu, przerobic dwie toalety dla niepelnosprawnych oraz umyc wszystkie 50 okien. Awansowalem na brygadziste I rzadzilem Waldkiem I reszta zalogi. Oczywiscie "rzadzilem", to okreslenie na wyrost I z przekasem. Warunki pracy mielismy smieszno-normalne. Praktycznie od 10 rano do 15 nie moglismy wogole halasowac. moglismy wykonywac tylko lekkie prace, by nie zaklocac pracy w studiach nagran. Mielismy Toi Toia, moglismy korzystac ze studyjnej kantyny, mielismy zaplecze, gdzie moglismy trzymac nasz sprzet I schowac sie przed deszczem.
 Codziennie rano, jako odpowiedzialny brygadzista robilem obchod calej budowy I sprawdzalem czy rusztowanie  jest w calosci I czy wszystko sie zgadza. Po kilku dniach zrezygnowalismy z uzywania Toi Toia I nakazalem go zabrac. Lokalne cpuny urzadzily sobie w nim meline  I nie baczac na nas, ladowali po "kablach" rozne swinstwa. Zuzyte strzykawki zucali gdzie popadnie, a sami czesto na czworakach wychodzili z naszego przybytku rozkoszy. Gdy w koncu firma zabrala ta toalete, to problem I tak sie nie skonczyl. Tym razem upatrzyli sobie wyjscie przeciwpozarowe I tam kontynuowali swa destrukcje. Nie moglismy ich sie pozbyc. Na przeciwko naszego budynku byla przychodnia lekarska dla uzaleznionych. Niektorzy wychodzili stamtd  z porcja swierzutkich, pelnowartosciowych, legalnych dragow. Inni wychodzili z wbitym wenflonem w zniszczona reke  I zaraz w bramie aplikowali caly ladunek. Niestety problem strzykawek nie zniknal, a wrecz pogorszyl sie. Tym razem wszystkie narkomanskie odpady wzucali nam za plot lub na rusztowanie. Nie wygladalo to bezpiecznie I nie moglismy znalezc sposobu jak temu zaradzic. Sytuacja nawet sie pogorszyla. Zaczelo pojawiac sie w naszej alejce coraz wiecej dilerow. Widzialem obrazy rozpaczy I blagania. Ludzie o wode czy jedzenie tak nie zebrza jak o dzialke ulubionego narkotyku. Dochodzilo do zalosnych scen,gdy taki uzalezniony nieszczesnik ukradl lub w inny sposob znalazl pieniadze na zbawienna dzialke, gdy odnalazl zbawiciela ze zlotym srodkiem, czasto padal na kolana, gdy mu braklo kilku pensow I calowal buty pana dilera. Ten czesto w akcie pogardy odpychal I kopal zgnilego cpuna zucajac na brudny chodnik drogocenny narkotyk. Widzialem jak handlarz zyciem zucil tabletke, moze LSD? Spragniony narkoman blagal o lyk wody by popic. Nie doczekal sie. Wszechmogacy diler polal dlon woda z butelki, w ktorej trzymal tabletke I na tym skonczyla sie dobroc.
 Bylismy w polowie projektu, gdy pewnego dnia policyjne syreny wyly inaczej niz zwykle. Bylo ich wiecej. Duzo wiecej. Cos sie wydazylo. Cos sie stalo w okolicy, jednak nie wiemy co. Nasze telefony nie dzialaja, nie mamy radia by posluchac wiadomosci, w studio cisza. Wszyscy nagrywaja. Wszedlem na dach, jednak poza para ekshibicjonistow na balkonie nic ciekawego nie zauwazylem. Po kilkunastu minutach pojawil sie jeden z angielskich menagerow z komunikatem, abysmy natychmiast przerwali prace, zabezpieczyli wszystko I jak najszybciej wracali do domow.
 Jaki byl tego powod? To juz w nastepnym odcinku. Zapraszam!

1 comment:

Krystyna Bożenna Borawska said...

Patrz , na tym szczęśliwym Zachodzie są narkomani ?? Ciekawe od czego to zależy ,że jedni ćpają a inni nie...