Sunday, 12 October 2014

Moja bitwa o Anglie cz 44

   Najpierw usmiech, radosc, przytulanki, by nastepnie przelknac sline I: Jak to w ciazy?? Przeciez... Przeciez... nie damy rady w tym mieszkaniu I na majonezie z Netto. Sama miloscia nie wyzywimy sie. Jedna nasza polowa myslala realnie, natomiast druga byla wniebowzieta. Kochalismy sie bardzo I planowalismy potomka, lecz jeszcze nie teraz. Atmosfera zrobila sie "gesta". Nie moglismy spac w nocy, myslac, jak zaradzic. Po dwoch dniach pogodzilismy sie z losem I z nastawieniem pozytywnym wrocilismy do pozadku dziennego. Kazalem Wioli uwazac na siebie, absolutnie nic nie dzwigac I nie przemeczac sie. Bylismy bardzo szczesliwi I pelni nadzei. Az do dnia, gdy niespodziewanie zostalem zwolniony z pracy za... sikanie. Rozpoczelismy z Mariuszem I Lukaszem nowa budowe. Remont elewacji I dachu w duzym budynku na Kings Cross, w centrum Londynu. Postawili nam wielkie rusztowanie I mielismy pokazac co potrafimy. Niestety nie postawili nam Toi Toia. Ja calkowicie przekonany, ze remontujemy kolejny hostel ze wspolnymi toaletami na korytarzach, po porannej kawie, przez otwarte okno, prosto z rusztowania wskoczylem do srodka toalety niczym rasowy wlamywacz. Oproznilem swoje zbiorniki, umylem rece jak mama przykazala I wrocilem do pracy. Po niespelna pol godzinie podszedl do mnie Lukasz I pytajac spokojnie czy mi lepiej po skorzystaniu z toalety, kazal isc do domu. Okazalo sie, ze byl to blok z mieszkaniami prywatnymi I wlascicielka tej toalety zadzwonila do naszego angielskiego zleceniodawcy- menagera I narobila rabanu. Zalamany wrocilem do domu, dzwoniac po drodze do szefostwa, by wyjasnic cale nieporozumienie. Tlumaczylem sie tak intensywnie, az bateria w telefonie mi sie rozladowala I nie moglem dokonczyc rozmowy. Obawialem sie, by ta informacja nie wplynela zle na zdrowie Wioli lub dziecka. Na szczescie po powrocie do domu oraz naladowaniu telefonu, sam do mnie zadzwonil Lukasz, uspokajajac, ze wracam od jutra, lecz na inna budowe. Angielski manager upieral sie, by mnie zwolnic w trybie natychmiastowym lacznie z postepowaniem dyscyplinarnym, jednak silna solidarnosc patryiotyczna przycmila angielskie zapedy nacjonalistyczne.
 Ponownie bylismy szczesliwi I bezpieczni. Znow bylo nas stac na majonez z Netto. Dodatkowo nadal chalturzylem na prywatnych fuchach, remontujac hinduskie domy I restauracje oraz chroniac wlasnym cialem kolejne gwiazdy angielskiej estrady.
 Nim zakonczy sie sezon letni, zalicze wspanialy gig w Hyde Parku p.t. "Party in the park" zorganizowane przez Ksiecia Karola. Zaprosil wielu wspanialych artystow, m. inn. Lenego Kravitza I Bassement Jaxx, a ja osobiscie mialem okazje byc w grupie zabezpieczajacej droge, ktora przechodzil. Niestety reszte koncertu spedzilem gdzies z tylu, pilnujac jakiegos namiotu I nie wiele widzialem z wystepu. Po zakonczeniu imprezy wracamy do naszej obwoznej przebieralni, ktora to wladala mloda dziewczyna z afrykanskiej prowincji. To urocze dziewcze, bardzo mlode, o slicznej buzi I powalajacym usmiechu, oczarowalo jednego z naszych angielskich menagerow ochrony I zostalo zaplodnione przez niego. Ow manager byl na tyle ludzki I czuly, ze przeniosl ja do pracy w naszej "kanciapie". Natomiast Ona w akcie wdziecznosci, dziekowala mu na rozne sposoby gdy my stalismy na posterunkach oraz sprzatala nasz balagan. Nawet sama oglosila akcje protestacyjna przeciw balaganiarzom I wszystkie rzeczy, ktore spadly z wieszaka na podloge, ladowaly w koszu na smieci. W ten sposob podkreslila swoja waznosc, swoja powage oraz oddanie do powierzonych obowiazkow. Nawet I ja mialem okazje posmakowac jej lojalnosci wobec pracodawcy, gdy moj ulubiony, czarny sweter, zakupiony niegdys za spora kwote na Camden Market, wyladowal w koszu razem z pozostalosciami po hamburgerach. Bylem okropnie zly I rozczarowany brakiem zainteresowania ze strony menagera rozplodowego, a ta afrykanska antylopa szla w zaparte, ze tego dnia przyszedlem do pracy tylko w koszulce. Ze lzami w oczach wrocilem nad ranem do domu. Cala dobe wyklinalem ta pare mieszana. Moja kochana kobieta, czujac ma rozpacz I przygnebienie, po raz kolejny wykazala sie mistrzowskim talentem w organizacji I zarzadzaniu domowym budzetem. Zacisnelismy pasa, zaoszczedzilismy kilka funtow na majonezie I robiac mi imienionowa niespodzianke, kupuje podobny sweter w lokalnym Primarku. Juz mi lepiej. I cieplej.
 Chwilowo nasze troski finansowe rozwiewa dodatkowa praca przy remoncie restauracji na Shepherds Bush. Poznany przed wyjazdem pakistanczyk, zaakceptowal moja cene na kompleksowy remont I dobilismy targu. Zaoferowalem Kazikowi prace I razem zabralismy sie do roboty. Kaziu pracowal w ciagu dnia, natomiast ja wieczorami po "panszczyznie". Po dwoch tygodniach, bez zadnych nieprzyjemnych niespodzianek, udaje nam sie zakonczyc ten projekt. Jednak pan Pakistanczyk nie ma ochoty wyplacic mi calej kwoty. Dochodzi miedzy nami do klotni I rozstajemy sie w zlych humorach nie dzwoniac wiecej do siebie. Na odchodne zaoferowal nam bezplatne posilki tak dlugo, jak tylko bedzie istniala ta knajpa. Nie skusilem sie jednak na ta jesienna promocje I honorowo go olalem. Jednak zarobione tu kilka stow znacznie reperuja dziure budzetowa panstwa Kepke-Wysockich, co owocuje wypadem na piwo do pubu z nowymi znajomymi. Ale o tym w kolejnym odcinku...
cdn

3 comments:

Krystyna Bożenna Borawska said...

Praca i praca , co za zycie, tam i tu praca....ech...a gdzie te przyjemne dostatnie i spokojne życie ??

sia said...

Zawsze znajdzie się kolejna furtka, po której przekroczeniu zapominamy o codzienności i doczesnych problemach...
Pozdrawiam Artur:)
eksperyment-przemijania.blog.onet.pl

1beam said...

Samo życie:)
Pozdrawiam