Friday, 3 October 2014

Moja bitwa o Anglie cz 43

          Niestety nie ukladalo nam sie dobrze mieszkanie z naszymi wspolokatorami I czesto dochodzilo do spiec. Szczegolnie Wiola I Ewa w kuchni nie potrafily sie dogadac, a my przez to chodzilismy glodni. Jak mowi starozytne rosyjskie przyslowie: Gdzie kucharki dwie, tam rodzina wlosy rwie.
 Wiola w pracy radzila sobie dobrze, nawiazywala nowe znajomosci z nauczycielami I nie tylko. Zreszta jak tu sobie nie radzic przy obsludze odkurzacza czy sciery? Wiekszosc nauczycieli mocno sie dziwila, ze mloda kobieta po studiach szoruje kible. Jednak taka kolej wydarzen w zyciu emigranta. Od zera, do bohatera. Wiola dzielnie znosila upokorzenia oraz namietnie piescila kazdy pisuar napotkany na swej drodze.
 Menagerem agencji sprzatajacej, ktora zatrudniala moja krolowa wszystkich odkurzaczy, byl Irlandczyk David, blizniaczy brat Kennego Rogersa. Bardzo zyczliwy, uprzejmy, prawdziwy gentleman o fantastycznym podejsciu do ludzi. Duzo rozmawialismy. Czulem, ze rozumiemy sie swietnie I nawiazuje sie pryjazn.
 W najgorszej pozycji byla Stela. Nie znala jezyka I ciezko bylo jej sie przez te pierwsze tygodnie komunikowac. Czesto przychodzila zalamana do Wioli w szkole I plakala, ze nic nie rozumie. Byla w bardzo zlym stanie emocjonalnym. Musiala rozstac sie ze swymi polskimi przyjaciolmi, z rodzina, z ukochanym podworkiem. Rozumielismy jej stan I staralismy sie ja pocieszyc I tlumaczyc. Niestety nasza sytuacja finansowa byla gorzej niz fatalna, wiec ciezko bylo Steli znalezc jakies zajecie po lekcjach by zabic czas I rozterke. Jedyne co moglismy jej teraz zaoferowac, to spacery po Londynie I milosc. Bylo ciezko. Bylo ekstremalnie ciezko. Pracowalismy duzo, jednak polski dlug ciagnal sie za mna z wielkim smrodem I zamiast go ubywac, to w kolejnych miesiacach pojawialy sie nastepne naleznosci do zaplacenia. Jakby tego bylo malo, doszlo zadluzenie w UK za rachunki biezace, ktore powstaly na skutek pobytu na Sluzewcu.
 Oszczednosci szukalisy wszedzie. Potrafilismy jechac autobusem na druga dzielnice, poniewaz tam byl sklep Netto, o stokroc tanszy od Tesco, tego pod domem. Wracalismy obladowani tobolami, a ja przybralem pseudonym "Dromader". Kazdy funt byl na miare zycia I smierci. Kazdy funt mial wartosc o wiele wieksza od oficjalnej. Kazdy funt byl dokladnie obejrzany I przemyslany zanim spadl na sklepowa lade. Nie, nie musielim jesc na szczescie fasoli z puszki I zupy z gwozdzia, jednak wybieralismy w sklepie produkty tansze lub przecenione. Nauczylismy sie, o ktorej godzinie pani w sklepie podjezdza wozkiem z towarem do przeceny I przy uzyciu twardych lokci walczylismy o pokarm na przetrwanie kolejnego dnia.
 Dosyc sporym wyzwaniem bylo dla nas ubranie Steli do szkoly. Wedlug nakazu ministra od szkolnictwa, wszystkie dzieci  szole podstawowej, czyli Primary School, oraz gimnazjum, czyli Secondary School, musza przychodzic w mundurkach obowiazujacych w danej szkole. Niestety ten wymog jest dosyc kosztowny I pociagnal nas po kieszeni bardzo bolesnie. Doszlo do tego, ze na szkolne skarpetki braklo nam jednego funta I musielismy z nich zrezygnowac ukrywajac kolorowe pod spodniami w obawie, ze zimnokriwsty pan dyrektor wykryje intryge szyta grubymi nicmi.
 Nauka jezyka przychodzila nam bezbolesnie I w bardzo profesjonalny sposob w jednym  londynskich collegow. Wiola doksztalcala sie przed poludniem, natomiast ja wieczorami, po pracy. Oboje mielismy tego samego nauczyciela- rodowitego Anglika, Poula, zatwardzialego kibica FC Liverpool, znawce polskiej geografii oraz poprawnej polszczyzny. Nie tylko potrafil bezblednie wypowiedziec "Walesa", "Solidarnosc", "Gdansk" oraz glowne przeklenstwa, to znakomicie orientowal sie gdzie leza Mazury, Bieszczady czy Miedzyzdroje, a Jerzy Dudek byl absolutnym jego idolem. W mojej klasie bylo nas czterech Polakow I czesto dyskutowalismy z Poulem. Mowil tak plynnie, wyraznie I zrozumiale, ze gdyby kazdy Anglik tak sie wyslawial, to nie potrzebna by mi byla szkola. Mial dar do nauczania, do komunikowania sie. Byl rewelacyjnym czlowiekiem I nauczycielem.
 Szczesliwie doczekalismy wyprowadzki naszych lokatorow I zostalismy sami z Kazikiem za sciana. Kazik od samego poczatku mojej londynskiej przygody byl kims waznym w moim zyciu, moim drogowskazem, mentorem, oparciem, przykladem do nasladowania, przyjacielem, czlowiekiem, ktory zupelnie mnie nie znajac, calkowicie mi zaufal. Sluchalem uwaznie jego uwag I wskazowek. Obsrwowalem jego zachowanie, nawyki, uczylem sie zyc na nowo. Majac taki przyklad u boku bylo mi latwiej.
 Pewnego dnia, wracajac z pracy, Wiola przywitala mnie pierogami oraz informacja, ze jestesmy w ciazy...
cdn

3 comments:

Krystyna Bożenna Borawska said...

O, jesteście w ciąży ?? :-)
To chyba była dobra nowina ?

sia said...

Tak, tak z lokatorami ciężko się żyje, bo to przecież nie rodzina i kochać nie musisz....
Ojcostwo- piękna sprawa!!!
Pozdrawiam
eksperyment-przemijania.blog.onet.pl

1beam said...

Jak widać szczęście bywa okupione potem,a niekiedy i łzami.Najważniejsze,że byliście razem.