Sunday, 28 September 2014

Moja bitwa o Anglie cz 42

   Oprocz takich hosteli remontowalismy tez domy seniora dla ludzi bardzo zaawansowanych wiekowo, takie hospicja. Czesto ci ludzie byli juz w stanie agonalnym lub nieuleczalnie chorzy. Bylo czysto, schludnie I tylko nieliczni krzyczeli ze swoich pokojow wzywajac pielegniarke. Bylo ich tu wiele. Prawie kazdy z lokatorow mial osobista siostrzyczke, ktora sie nim opiekowala cala dobe. Jednak wiele z tych osob bylo calkowicie nieswiadomych co sie dzieje wokol nich.

 Niestety po powrocie do Londynu nie udalo mi sie nawiazac kontaktu z kims ze Sluzewca. Dopiero kilka lat pozniej Patryk napisze do mnie emaila z prosba o pomoc w przeprowadzce do UK, jednak o tym w dalszej czesci.
 Powoli rany po ostatnim pobycie w Polsce goily sie. Bardzo sumiennie przygotowywalem sie do przeprowadzki moich dziewczyn. Na poczatku mielismy zamieszkac w "naszym" wiezowcu razem z Kazikiem w drugim pokoju. Wiazalo sie to z wypowiedzeniem mieszkania naszym lokatorom. Nie byli z tego powodu zadowoleni I nawet poklocilismy sie o to. Nie rozumialem ich postawy. W trojke mieszkali na jednym malym pokoju z I wogole nie zamierzali tego zmieniac. Przez ten rok ich coreczka urosla, co I nam sprawialo sporo klopotu. Szczegolnie rano przed wyjsciem do pracy, gdy spedzali w lazience wiecej czsu niz powinni.
 Ostatnie dni ich pobytu rozmawialismy tylko sluzbowo, a nawet zdazalo sie, ze robili nam coraz czesciej problemy z platnosciami, sprzataniem, a nawet zajmowali cala kuchnie gdy my wracalismy z pracy I nie mielismy mozliwosci przygotowania sobie posilku. Kaziu nawet posunal sie do ostatecznosci wyprowadzajac sie na te kilka dni do swojej przyjaciolki. Niestety sytuacja zrobila sie jeszcze bardziej niewygodna, gdy poprosili o jeszcze jeden miesiac mieszkania. Ktos im obiecal wynajac pokoj, jednak przesunelo sie to w czasie. Nie mielismy serca wygonic ich z dzieckiem na ulice I uleglismy prosbie. Moje dziewczyny nie byly z tego zadowolone, jednak nie mielismy wyjscia.
 Nadszedl wreszcie dlugo oczekiwany dzien 21 sierpnia 2004 roku. Wiola I Stela przylecialy z wielkimi walizami pelnymi wpomnien I dobrej nadziei. Wspolnie zajelismy salon w naszym apartamencie na 6 pietrze z wielkim balkonem I widokiem na centralny Londyn.
 Stela dostala swoj kacik odgrodzony regalem, a my w drugim udawalismy malzenstwo I bylismy wreszcie szczesliwi, ze jestesmy razem. To nic, ze biedni I musimy wszystko zaczynac od zera. Ba, zeby od zera! Nadal splacalem zaleglosci po polskim biznesie, wiec zaczynalismy od minusa. Jednak pelni wiary, optymizmu, sily I zapalu na lepsze zycie, lepsza przyszlosc.
 Gdy ja pracowalem na dwie zmiany, to Wiola dzielnie szukala szkoly dla Steli oraz pracy dla siebie. Po kilku bezowocnych kursach po naszej dzielnicy, udala sie do wspomnianej wczesniej White City. Ktos jej polecil tam szkole dla Steli. Nie bylo nam to po drodze, jednak byla to ostatnia nadzieja na rozpoczecie nauki w terminie.
 W UK sa bardzo ostro przestrzegane zasady szkolnictwa. Mozna latwo traffic do aresztu, nawet za niusprawiedliwiona nieobecnosc dziecka lub zaplacic duza kare finansowa. Wiola stanela wiec na wysokosci zadania I za jednym zamachem zalatwila edukacje dla Steli oraz zatrudnienie dla siebie. Wszystko w jednej szkole. Super! Bedzie miala Stele pod opieka przez te pierwsze miesiace. Stela nie znala wogole angielskiego I byla bardzo zestresowana. Niestety do szkoly musiala sama dojezdzac autobusem. Wiola zaczynala prace o 6 rano I konczyla o 8. Nastepnie wracala do domu by ponownie pojawic sie w pracy o 16 na kolejne dwie godziny. Bylo to sprzatanie tejze szkoly. Praca moze malo ambitna, jednak od czegos trzeba zaczac. Dostala umowe na stale, przyslugiwal jej pelen "socjal" oraz platne dni wolne podczas szkolnej przerwy. Calkiem dobra oferta jak na start. Wolne godziny od pracy mogla poswiecic na doksztalcanie jezyka z czego I ja skorzystalem. Unia Europejska oplacala kursy jezykowe dla nowowstepujacych panstw I moglismy szlifowac angielski w prawdziwym londynskim college'u.
 Powoli to wszystko nabieralo ksztaltu, rodzinnego domu I familijnej atmosfery. Jednak uplynie jeszcze wiele wody w Tamizie, dopoki nie ustatkujemy sie, dopoki nie znajdziemy poprawnego zatrudnienia I mieszkania, stabilizacji. Ale o tym w kolejnych odcinkach...
cdn

2 comments:

Krystyna Bożenna Borawska said...

Mimo wszytsko jakoś sie układa :-)

1beam said...

Małymi kroczkami do celu i wiara,że może być tylko lepiej.