Saturday, 13 September 2014

Moja bitwa o Anglie cz 40

  Kolejne zlecenie w ochronie wygladalo bardziej optymistycznie: Hyde Park- Red Hot Chilli Peppers. Trzy dniowy maraton. Koncerty maja zaczynac sie o 19.00, lecz my juz pracujemy od 12 w poludnie. Po odprawie dostaje w opieke bar piwny. Mam go zabezpieczac z dwoma kolegami. Nie jest zle. Jestem blisko sceny I wszystko dobrze widze. Techniczni ustawiaja sprzet I robia probe.
 Pol godziny do rozpoczecia koncertu. Rzesza fanow "wlala" sie juz przez bramki wejsciowe I okupuja zrodla piwne. Wszyscy podescytowani oczekujemy pierwszych dzwiekow. Wreszcie pierwszy na scenie pojawia sie Flea I zaczyna grac wstep do "Tell me baby". Wszyscy jak na rozkaz biegna pod scene. Nikt juz nie zwraca uwagi na piwo, na pieniadze. Zauwazylem, ze nawet moi koledzy znikneli gdzies, wiec I ja zniknalem pod scena. Sciagnalem tylko koszulke firmowa, by nie wyrozniac sie w tlumie I oddalem sie szalenstwu. Tu na szczescie mozna skakac.
Wczesniej bedac w jakiejs budzie na koncercie miejscowej kapeli z moimi przyjaciolmi Blizniakami, probowalem rozkrecic "mlynek" pod scena. Nawet nie zle wychodzilo, a para dziewczyn z Chorwacji I prawdziwy londynski punk chetnie dolaczyli I krecilismy razem wciagajac kolejnych ludzi. Gdy nagle wielki pan murzyn wyciagnal mnie za ucho na zewnatrz I pokiwal palcem. Wytlumaczyl, ze ten lokal nie ma licencji na tanczenie I nie wolno nam tego robic. Zdziwiony wrocilem do srodka, przysiegajac, ze wiecej nie zlamie lokalowego prawa. Jednak jak tu stac spokojnie, gdy tak pieknie graja. Sciagnalem koszulke, zablyszczaly wszystkie "dziary" I udalem sie w romantyczny taniec wojownikow- Pogo. Cala ekipa schowala mnie do srodka, skutecznie broniac przed czarna reka sprawiedliwosci. Jednak I tu mnie dopadl pan murzyn z kolegami I skutecznie wywalil na bruk tlumaczac, ze na striptease tez nie maja licencji. Co to za remiza!!! Zakpilem. Wlasciwie nawet nie remiza, bo w kazdej bez problemu mozna szalec do rana.
 Wracajac do konmcertu RHCP, tlum mnie wchlanal I nawet manager nie zauwazyl mojej nieobecnosci. Nastepne dwa dni grzecznie juz stoje na posterunku I pilnuje zrodla.
 Mija kilka dni I dostaje kolejna oferte: zabezpieczenie biegu ze zniczem olimpijskim. Impreza bardzo duza. Jeszcze nie mialem okazji pracowac z tak wielkim tlumem. Sztafeta biegnie przez cale UK, zatrzymujac sie w Londynie, by udzielic kilku wywiadow. Dostaje przydzial na Brixton w poludniowym Londynie. Okolica znana z zamieszek emigrantow, ktore wywolali w latach 80, oraz pobytu Roberta Brylewskiego, ktory kiedys postanowil posmakowac emigracyjnego chleba.
 Stoje przy duzej, pustej scenie I czkam na "gwiazdora". Nie wiem jeszcze na kogo, jednak wokol jest mnostwo reporterow I kamer. Po godzinie pojawiaja sie pierwsi zwiadowcy na motorach I po chwili biegnie grupka "dresiarzy" prowadzona przez Franka Bruno, bylego mistrza swiata z UK w boksie. Frank dumnie trzyma plonacy znicz I z cala grupa kibicow oraz fotoreporterami kieruja sie w strone sceny, przy ktorej pelnie straz. Jestem sam I zaraz mnie pozra razem ze scena I mikrofonem. Daje sygnaly menagerowi, by dal mi kogos do pomocy, lecz tlum jest tak gesty, a reporterzy glodni sensacji, ze mojemu pomocnikowi nie udaje sie przedrzec. Dzielnie wiec wypinam klate I strofuje co nachalnych pisamkow I papparazzich. Frank Bruno udziela krotkiego wywiadu, po czym ustawia sie do zdjec. Jeszcze uscisk dloni sponsora I mozna biegnac dalej.
 Wszyscy sie rozchodza, a my wracamy do pracy po poludniu. Obok Palacu Buckingham, mer Londynu organizuje wielka fete I kilka koncertow. Impreza zorganizowana  z rozmachem. Tlumy ludzi z choragiewkami, duzo stoisk z piwem I jedzeniem, wiele osob robi piknik  w Green Parku obok palacu. Ponownie duzo kamer I reporterow, a wszystko dlatego, ze Wielka Brytania bierze udzial w konkursie na zorganizowanie olimpiady w 2012 roku. To, w jaki sposob zakonczy sie ta impreza, bedzie mialo duzy wplyw na podjecie decyzji przez komitet olimpijski.
 To byla bardzo dluga I wyczerpujaca zmiana dla mnie. Rozpoczalem prace o 18.00, a zakonczylem o 6.00 rano. 12 godzin na nogach. 12 godzin chodzenia, biegania lub stania.
 Po zregenerowaniu konczyn dolnych, kolejnego dnia wracam do pracy z Mariuszem I Lukaszem. Remontujemy dom seniora na Camden. Coraz lepiej sie rozumiemy I wspopracuje nam sie wysmienicie. Pieniadze, ktore oferuja nie sa najlepsze, jednak pozwalaja uregulowac dlugi powstale podczas mojego pobytu na "wczasach".
 Mija kolejne kilka dni I dostaje oferte koncertu Luciano Pavarottiego. Koncert ma sie odbyc w przepieknym miejscu poza Londynem: Knebworth Park. Ten park, to legendarne miejsce. To tu wciaz odbywaja sie kultowe koncerty oraz  Sonisphere Festival. Grali tu wszyscy wielcy muzyki tego swiata, ktorych nie sposob wymienic. To tu odbyl sie ostatni koncert Queen z Freddie Mercurym. Miejsce tak magiczne, ze niewyobrazam sobie, by tam nie byc.
 Jednak o tym jak przebiegl ten koncert, opowiem Wam w kolejnym odcinku...
cdn

2 comments:

Krystyna Bożenna Borawska said...

Bardzo pracowity wpis :-)))

1beam said...

"Za długie czekanie dobre śniadanie"-
w końcu oferty się posypały.
Pozdrawiam