Monday, 4 August 2014

Moja bitwa o Anglie cz 34

   Pierwszy z nich- mlody, dobrze wygladajacy, poprawnie wypowiadajacy sie Pawel, syn warszawskiego adwokata. Mial pecha. Po zakrpianej imprezie z powracajacym z nowojorskiej emigracji bratem, wychodzac z nocnego klubu, zaczepily ich prostytutki oferujac usluge po atrakcyjnej cenie. Chlopaki skusili sie, jednak dziewczyny chcialy pozyczyc od nich telefon, by powiadomic opiekuna o kolejnym zleceniu I miejscu pobytu. Niestety po wykonanej rozmowie nie mialy ochoty oddac nowiutkiego telefonu marki Sony. Wywiazala sie bojka I szarpanina. Pawel o wiele wiekszy I silniejszy z calym impetem przewrocil jedna z nich I razem upadli na trawe, gdzie ona niegroznie rozciela skore na glowie I krwawila. Jak spod ziemi wyrosla policja, oczywiscie przeszukali kieszenie Pawlowe, w ktorych to znalezli nielegalnego skreta, zakwalifikowanego do  srodkow zakazanych. Brat musial sam wrocic do domu, a Pawel dolaczyl do naszej grupy I zalapal sie na pachacego Jackobsa w plastikowym kubku.
 Kolejnym gosciem w naszej przytulnej celi byl nacpany malolat z oczami wielkimi jak salaterki. Caly sie trzasl I udawal, ze ma padaczke. Nie interesowala go nasza kawa, nie mial tez ochoty rozmawiac z nami. Wygladal jak mlody szczeniak rotwailera, ktorego zlapal w siatke hycel. Sikor dopiero przemowil na drugi dzien, chwalac sie  swoimi sukcesami w dziedzinie okradania sklepow oraz smochodow. Razem ze swoja dziewczyna  kradli glownie perfumy oraz radia samochodowe. Towar wymieniali w calosci na heroine I romantycznie, we dwoje odplywali w blogi stan. Wpadli kradnac radio jakiemus policjantowi, ktory mial ukryta kamere w aucie.
 Jednak zanim Sikor przemowil, dostalismy siodmego wspanialego do kompletu w naszym apartamencie. Najprawdziwszego Ukrainca. Facet wielki jak niedzwiedz. Jednak byl zrozpaczony I w ogomnej panice. Nie moglismy go uspokoic. Bal sie nas. Nie ufal nam. Minela dluzsza chwila abysmy go przekonali do siebie I tylko Sikor niechetnie na niego spogladal. Niestety nie zalapal sie juz na kolacje. Na kawe tez juz bylo za pozno. Zrobilismy mu za to herbate, a General ofiarowal mu paczke herbatnikow jako pakiet na przetrwanie. Przypomnialem sobie moja kromke chleba I wielkiego ogora kiszonego, jakim mnie przywitali w areszcie.
 Witia barwnie, lamana polszczyzna opisal co mu sie przytrafilo. Podobnie jak ja do Anglii, on wraz z synem przyjechal do Polski aby zarobic troche grosza na lepsze zycie. Pracowali na budowach, wynajmowali skromny pokoik gdzies na przedmiesciach Warszawy. Wczoraj, wrcajac z pracy, natkneli sie na ustawke "kiboli". Byla ich duza grupa nawalajacych sie miedzy soba tak zwanych kibicow. Niestety nie mogli ich ominac, wiec cierpliwie czekali, az skonczy sie runda I beda mogli isc dalej. Po chwili podjechala policja I wylegitymowala wszystkich dookola. Nie dosc, ze ukrainscy budowlancy nie mieli wiz, to jeszcze dopisano im udzial w tej bojce. Umiescili ich w osobnych celach, a zrozpaczony ojciec bedzie jeszcze wiele razy krzyczal poprzez okratowane I zasiatkowane okno imie ukochanego syna. Jednak bez odzewu czy jakiejkolwiek informacji. Bardzo mi go szkoda. Jest dobrym czlowiekiem. Chcialbym mu pomoc. Ale jak? Moglem z nim tylko rozmawiac, pocieszac go, doradzac. Witia wpadl na pomysl, by napisac listy do gazet I opowiedziec co sie  z nami dzieje, w jakich warunkach jestesmy przetrzymywani, bez mozliwosci kontaktu z konsulem, bez udzielenia informacji o synu I wogole o calym tym bezprawiu. Przez kolejne dni piszemy wspolnie wszyscy kilka listow, jednak cenzura ich nie przepuszcza I laduja na  naszych oczach porwane w koszu na smieci. Witia placze jak maly chlopiec, a my z nim. Jest bezradny, bezsilny w obcym kraju, nie rozumie wielu zawilych paragrafow I regol. Opowiada nam jak rosyjscy komunisci w latach pieccdziesiatych, skazali go na osiem lat ciezkich robot w Syberii za odmienne poglady. Jednak przez lzy bije sie w piers, ze ta Syberia go nie zlamala, ze znalazl sposob na przetrwanie, natomiast tu jest totalnie zagubiony.
 Cala ta sytuacja obudzila Dzozefa. Zdumiony I zaskoczony z pewna nutka niepewnosci zapytal gdzie sie znajdujemy I czy moze ktos ma wino. Niestety nasz buffet byl juz nieczynny I jedyne co moglismy mu zaoferowac, to nasze towarzystwo. Jozef calkiem na sucho oprowadzil nas po swojej bajce. Okazala sie rownie ciekawa jak calej reszty. Pan Dzozef byl zawodowym alkoholikiem, znawca tanich win, degustatorem denaturatu I honorowym czlonkiem stolecznego zrzeszenia meliniarzy. Wlasnie wracajac ze spotkania autorskiego w jedej melinie, na swym ukochanym rowerze, nomen omen Ukraina, zostal zatrzymany przez dzielnych strozow prawa, pod zazutem jazdy w stanie niewazkosci. Wlasciwie Dzozef spojrzal na to z pozytywnej strony. Wreszcie sie wyspi, pierwszy obiad od niepamietnych czasow, odpocznie, zrelaksuje sie, zmieni otoczenie na jakis czas. Taki Jozef byl zadowolony, no moze jakas flaszka by sie jeszcze przydala przed snem. Jednak tego, nie moglismu mu zagwarantowac.
 Tak, to mamy komplet w naszej celi. Siedmiu wspanialych, kazdy ze swoja historia. Kazdy niewinny, kazdy zapewnia, ze tylko przelotem. Jednak jak mylelismy sie I kogo jeszcze nam dokwaterowali do pelnej juz celi, to juz w kolejnej czesci Mojej bitwy o Anglie.
cdn

2 comments:

Krystyna Bożenna Borawska said...

Najwłaściwszą postawę to ma Józef...
Bardzo ciekawy skład Ci się trafił w celi.
Chociaż w celi to chyba zawsze jest ciekawie :-)))

sia said...

///Sporo można się dowiedzieć o drugiej osobie, będąc skazanym na jaj ciągłe towarzystwo- to musiało być męczące:mało miejsca, mnóstwo ludzi...
Dobrze, że jesteś już na wolności
pozdrawiam
eksperyment-przemijania.blog.onet.pl