Friday, 29 August 2014

Moja bitwa o Anglie cz 38

 Ciezko mi bylo podjac decyzje. Obie opcje byly niepewne, ryzykowne I smierdzialy podstepem, podobnie jak przed wyborami prezydenckimi w 1990 roku. Postawilem na mlodziez. Z nimi zawsze dam rade, znajde jakis sposob by im zaimponowac. Starzy recydywisci moga szukac nowych wrazen. Ciezko zmienic ich przyzwyczajenia. Lepiej byc tym doswiadczonym I najstarszym w grupie, niz zoltodziobem wsrod profesjonalistow. Wybralem dobrze. Przenosza mnie razem z Sikorem. Mam sie nim opiekowac I chronic go. Kolejny absurd. Czy ja wygladam na Matke Terese??? A kto bedzie sie opiekowal mna? Mam w dupie Sikora I jego problemy, jego nalogi, jego glod heroinowy I arogancje.
 Zanim zmienie lokal, wymieniamy sie z wszystkimi numrami konaktowymi. Polubilismy sie. Polaczyla nas ta niedola, plastikowe sztucce I brak pradu w ciagu dnia.
 Wchodzimy z Sikorem do nowej celi. Nie boje sie. Jestem otwarty I przygotowany na wszystko. Czy moze mnie cos jeszcze zaskoczyc po spotkaniu z seryjnym morderca? Czuje sie dobrze, jestem w formie. Moge nawet stanac do pojedynku z kazdym z tych malolatow. Natomiast Sikor caly sie trzesie I panikuje. Siada gdzies w kacie na swojej pryczy I unika towarzystwa, separuje sie. Ja natomiast chetnie bratam sie z malolatami. Jeden z nich tylko dziwnie sie zachowuje. Chodzi po celi I widac, ze swedza ga pznokcie. Najwidoczniej ma ochote pokazac, kto tu rzadzi. Wystraszony Sikor skulil sie jeszcze bardziej, a ja nie zwracalem uwagi na Rudego I robilem swoje. Fakt, balem sie zasnac pierwszej nocy, na szczescie chlopcy spali grzecznie przemeczeni cwiczeiami na sztandze zrobionej  z miotly I butelek plastikowych z woda.
 Rano, o dziwo, wystawili mnie na starszego celi oraz kazali pierwszemu odbierac posilki w okienku. W ten sposob okazali mi szacunek. Usmiechnalem sie pod wasem. Moj system przyniosl efekty. Jestem spokojny. W nastepnych dniach pokaze im kilka ciekawych gier zabijajacych nude oraz zadam kilka madrych zagadek. Wypadlem chyba dobrze. Nikt sie mnie nie czepial, a nawet chetnie czytali I rozmawiali na temat tego co pisze. Nadal prowadzilem kronike I pisalem wiersze. Myslalem, ze takie nie meskie bawic sie w poete, lecz chlopcy byli nawet dumni z tego, ze jestem z nimi I chwalili sie innym na spacerze moim pisaniem.
 Niestety to wszystko nie spodobalo sie Sikorowi, ktory byl nieco przesladowany. Pewnego dnia nie wytrzymal napiecia, zdenerwowal sie I zmarszczyl czolo niewyrazej twarzy mlodego narkomana. Zbuntowany glosno wybuchnal I zaprotestowal z warszawskim akcentem, ze ma tego dosc I wyprasza sobie jakiekolwiek proby naruszania jego godnosci I prywatnosci. Stwierdzil do tego, ze teraz wszyscy powinni sie wziac za mnie, poniewaz ja tylko siedze I pisze I nic innego nie robie. Nastala cisza. A nastepnie wybuch gromkiego smiechu. Ja ntomiast nie moglem tak tego zostawic. Musialem zareagowac I to w taki sposob, by wszyscy to zapamietali. Do konca. By nikomu wiecej nie przyszedl do glowy podobny pomysl. Wstalem, nabralem pelne pluca powietrza, zlapalem z calej sily stol przy ktorym siedzielismy I z calym impetem, ze wszystkim co bylo na nim, rzucilem n koniec celi. Plastikowe kubki, pelne kawy rozbily sie o ciane I poturlaly kazdy pod inne lozko. Pozostale kanapki ze sniadania przykleily sie do sciany. Popielniczka z cala zawartoscia dokladnie przykryla genitalia, zasypujac w popiele Sikora, a nie Feniksa. Odlozylem pioro I okulary, podwinalem rekawy I wzywam Sikora na pojedynek. Ten odwaznie wstal I... Sikor okazal sie Sikorka! Zniknal w toalecie. Wszyscy w smiech. Spedzil tam jeszcze dluga chwile, az chlopcy sila go wyciagneli I nakazali posprzatac cala cele. Oczywiscie pomoglem mu, a reszta dolaczyla do mnie. Jednak to wydazenie dokladnie pokazalo, kto jaka pozycje zajmuje w naszym lancuchu pokarmowym. Ja natomiast do konca swych dni w tym osrodku wczasowym, mialem spokoj I nadal pobieralem jako pierwszy posilki, a chlopcy parzyli mi kawe bez pytania.
 Mijal trzeci tydzien pobytu na Sluzewcu. Samoloty lataly coraz nizej. Tak nisko, ze czekalem, ktory pierwszy zachaczy o nasz komin. Maj wyjatkowo zimny I mokry, jak spiewala Kora. Wiekszosc moich ubran zostala zniszczona podczas zatrzymania. W walizce mialem schowane osiem puszek piwa Guiness, ktore dokladnie zabarwily cala moja garderobe. Udalo mi sie tylko uchronic ulubiony czarny sweter, ktory byl brdzo przydatny. Reszte odziezy oraz dziurawe puszki wyladowaly w koszu na smieci. Jak sie domyslacie, I w tym przypadku nie bylo odpowiedzialnych za zniszczenia. Walizka tez byla mocno uszkodzona I nie nadawala sie do dalszego uzytku.
 Jednak wiadomosc, ktora otrzymalem dokladnie w trzeci tydzien pobytu, zacmila wszystkie troski. Pani officer, z wrodzona gracja, oswiadczyla mi, ze jutro po sniadaniu wychodze na wolnosc. Moja ukochana Wiola zalatwila adwokata, zdobyla pieniadze by zaplacic za jego usluge oraz zaplacic zalegle alimenty dla Grety. Wiedzialem, ze moge na nia liczyc. Spisala sie na medal! Po przekroczeniu bramy zadzwonil moj telefon. Wiola wiedziala dokladnie o ktorej godzinie mnie wypuszcza. Zorganizowala nawet Tomka z samochodem, ktory mnie odwizol na dworzec kolejowy, postawil pyszny obiad I piwo. Tomka wypuscili kilka dni wczesniej. Nawiazal kontakt z Wiola I opowiedzial jej co sie ze mna dzieje.
 Odetchnalem plena piersia. Dopiero teraz zrozumialem ile warta jest wolnosc, ile warta jest prawdziwa milosc. Nie moglem sie doczekac, by przytulic moja Krolowa...
cdn

Friday, 22 August 2014

Moja bitwa o Anglie cz 37

  Mija kolejny dzien odliczany obiadem. Plastikowym widelcem udezamy w plastikowy talerz. Glosno, wszyscy razem, by to mocno podkreslic. Po posilku pani pielegniarka przynosi lekarstwa dla potrzebujacych, w tym dla Jerzego na jego chore nerki. Byla mila I uprzejma, a jednak Jerzy zachowal sie nieladnie I arogancko wobec niej. Staje wiec w jej obronie I wybucham prosto w twarz Jerzemu. Para leci nam obu z uszu, woda sie gotuje w chlodnicy, oboje mamy ochote przywalic sobie po mordzie. To oczywiste, ze Jerzy nie mial racji. Sam jednak jestem zaskoczony moja postawa. Wszyscy obstawiali przeciez Sikora jako pierwszego.
 Wychodzimy na spacer. Czuje sie jak w zoo. Tylko tym razem jestem po drugij stronie. Jestem w klatce. Tym razem to ja jestem zwierzeciem. Podczas spaceru nerwowo zachowuje sie Pawel. Chodzi od jednego rogu do drugiego szybkim, nerwowym krokiem, rece trzyma w kieszeni, cos mruczy pod nosem. Obserwujemy go wszyscy I czekamy co sie urodzilo w jego glowie. Pawel zachowuje sie jak tygrys zamkniety w malej klatce. Atmosfera jest coraz gestsza I bardzo napieta. Jednak na szczescie bez zadnego incydentu wracamy do celi.
 Zauwazam, ze Tomek przyglada mi sie, obserwuje moje rzeczy, buty, zaduma sie.
 General, Jerzy, Patryk I Jozek graja calymi dniami w karty. Pawel przynosi z biblioteki modlitewniki I psalmy. Spiewa na glos piesni koscielne, przez caly dzien modli sie I probuje nas nawrocic. Zaczepia mnie. Wdajemy sie w dyskusje. Pawel probuje mi udowodnic jak jestem ubogi duchowo I nieszczesliw bez mojej wiary, bez swojego boga, bez nadziei na zbawienie. Gdy usiluje zabrac glos I odpowiedziec na jego przemyslenia, to przerywa mi w polowie zdania spiewajac kolejny psalm. Nie daje mi dojsc do slowa. Tomek wyczuwajac jego zamiary, zbliza sie do nas I rozpoczyna ze mna dialog. Tomek zadaje te same pytania co Pawel, a ja odpowiadam. Pawel jest zaskoczony, ale przylacza sie do rozmowy. Na szczescie udaje nam sie dogadac, jednak Pawel do ostatnich naszych dni, bedzie bawil sie w kaznodzieje.
 Ta sytuacja zawiezila nasza znajomosc z Tomkiem. Rozmawialismy czesto siedzac gdzies wysoko na jego pryczy pod sufitem. Tomek mial plan wejsc na brytyjski rynek z telewizorami I widzial mnie tez  tym projekcie. Pmysl spodobal mi sie, tylko kiedy my stad wyjdziemy? Czy wogole ktos bedzie chcial z name rozmawiac?
 Tak minal pierwszy tydzien. Zupelnie nie wiedzelismy co dzieje sie na zewnatrz. Radio gralo tylko muzyke. Jesli piosenki z festiwali w Kolobrzegu I Zielonej Gory mozna nazwac muzyka. Prasa, ktora zamowilem w kantynie oczywiscie dotarla, tylko nie do mnie. Zamowilem Angore, a dostalem Krzyzowki Panoramiczne. Listy, ktore pisalismy z Witia w ilosciach hurtowych wychodzily z celi regularnie, lecz do dzis nie dotarly do Wioli oraz innych adresatow.
 Pani officer, gdy tworzyla moja kartoteke, spisywala I uaktualniala wszystkie szczegoly oraz moje dane, ponoc, by w przyszlosci uniknac podobnych incydentow. Ponoc zostalem zatrzymany, poniewaz nikt nie mogl ustalic mojgo pobytu. To ciekawe: mialem wazna biznes wize, zarejestrowana dzialalnosc gospodarcza w UK, placilem podatki I ubezpieczenie, mialem konto w banku, placilem abonament TV oraz za telefon I tysiac innych rachunkow, wysylaem pieniadze I paczki dla corki do Polski, a mimo to, nikt nie mogl ustalic mojego pobytu. Malo tego! Przed rozpoczeciem pracy w Show and Event Security, musialem zrobic Criminal Record, czyli wypelnic forme I zlozyc ja do Homme Office w celu sprawdzenia czy nie jestem poszukiwany lub bylem karany. Wszystko to wygladalo absurdalnie smiesznie I ciezko bylo mi uwierzyc, ze dzieje sie to naprawde. Gdy probowalem pani officer podac moj angielski adres zamieszkania oraz wszystkie dane z Londynu, to stanowczo odmowila, twierdzac, ze moze wpisac tylko Polski adres, poniewaz jestem Polakiem. To byla jakas kpina! Jak to nie moze?! A skad ja mam wziac Polski adres??? Skoro wezwania przychodzili na moj ostatni adres I byly nieodbierane, to znaczy, ze tam nie mieszkam.
 Jednak te absurdy, jak pamietacie nie dotyczyly tylko mnie. Kazdy z nas mial podobna historie do opowiedzenia. Oczywiscie kazdy osadzony twierdzi, ze zostal zatrzymany nieslusznie I jest niewinny, jednak nie zmienia to faktu, ze ten system jest chory I pelen niedzialajacych paragrafow.
  Nadszedl koniec okresu przejsciowego. 10 dni minelo bardzo szybko. Jednak nadal nie mam zadnych sygnalow z zewnatrz. Nie wiem czy Wiola zalatwila adwokata, nie wiem nawet, czy przez to wszystko nie wyladowala w szpitalu? To, ze nadal jestesmy razem, to pewne. Czuje jej obecnosc w powietrzu, jej energie, zamykam oczy I czuje jej zapach, smak jej ust, dotykam jej wlosow...
 Pierwszy cele zmienil General, po nim Jerzy. Nastepnie zostalem wezwany ponownie do wychowawcy na rozmowe. Sympatyczna pani officer o urodzie blond-goralki z dlugim warkoczem, o miesistej budowie I zabudowie w nagrode za moje dobre sprawowanie dala mi do wyboru cele. Hurra!!! Moge wybierac pomiedzy starymi recydywistami, a maloletnimi gangsterami. Wszystko za to, ze nie sprawialem klopotow. Wlasciwie, chyba wolalbym traffic do celi znajomego z kaplicy mordercy. Przynajmniej byloby o czym pogadac...
Ktora cele wybralem,to juz w nastepnym odcinku. Zapraszam)
cdn

Thursday, 14 August 2014

Moja bitwa o Anglie cz 36

   Siadamy grzecznie w lawkach. Kolega morderca odpala swiece I kadzidelko. Po calej kaplicy rozchodzi sie blogi zapach. Ktos pyta na glos kogo zabil I dlaczego. Pada natychmiastowa odpowiedz, zupelnie bez emocji: Zabilem zone, bo zdradzila, zabilem jej matke, bo stanela po jej stronie, zabilem siostre zony, by nie robila mi wyrzutow. Wszyscy zamilknelismy zastygnieci. Nie bylo osoby, ktora nie otworzyla by japy najszerzej jak tylko mogla. Dla nas "swierzakow", byl to wielki szok poznac osobiscie seryjnego zabojce, byc obok niego bez krat, kajdanow, "klawiszow".
 Facet byl bardzo bystry, inteligentny, sprawial wrazenie opanowanego. Moze tego nauczyl sie w wiezieniu przy wylaczonym pradzie? Zrobil na nas wielkie wrazenie I spotkania z tym czlowiekiem nie zapomne do konca mych dni.
 Kapelan po chwili wyczytuje moje nazwisko I udaje sie do zachrystii na spowiedz. Tam jednak zamiast pasc na kolana I calowac stopy pasterza, twardo tlumacze po co tu przyszedlem. Jednak pasterz nie jedna zagubiona owieczke juz wyspowiadal I pewnie nie raz mial podobna propozycje. Spokojnie wysluchal mojej opowiesci I obiecal wyslac gryps do Wioli. Niestety gryps do dzis do niej nie dotarl, natomiast ja tak.
 Po powrocie do celi, rozpoczynam pisac kronike wydarzen. Opisuje kazdy spedzony tu dzien, osoby, ktore tu poznalem. Pisze tez wiersze...

OKRADZIONY Z GODNOSCI
ZUPELNIE BEZ TWARZY
ODMIERZAM CZAS POSILKAMI

SKULONY Z BOLU NA ROZKLEKOTANEJ KOI
W SMIERDZACEJ CELI
MYSLE O SPRAWIEDLIWOSCI

MARZE O ZAPACHU TWYCH WLOSOW
MARZE BY POCZUC SMAK TWYCH UST
KIEDY WRESZCIE I DO NAS USMIECHNIE SIE LOS?

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

OBARCZONY SAMOTNOSCIA
ODIZOLOWANY OD UCZUC
UWIEZIONY W KRAINIE CIENIA
OSMIELAM SIE PISAC
UCIEKAM
UCIEKAM

PLACZESZ?

MLODY ZLODZIEJ
KTORY WPADL JAK BEZPANSKI PIES
PROSTO W SIATKE HYCLA
STARY LIS
KTOREGO PRZECHYTRZYL MYSLIWY
CALKIEM ZWYCZAJNY LISTONOSZ
KTORY MARUDZI WIECEJ NIZ POWINIEN
ZAROSNIETY TYP
TAK PRZEPITY
ZE MISKE ZUPY ODDA ZA WINO
I JESZCZE KTOS INNY...

PLACZESZ?

PONURY KLAWISZ GASI SWIATLO
UCIEKAM
UCIEKAM
UCIEKAM W SEN
UCIECZKA JEST SEN
SEN JEST WOLNOSCIA
UCIEKAM WIEC W SEN

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

Pisze tez listy do Wioli z nadzieja, ze choc jeden dojdzie. Nasz ukrainski kolega Witia przesiaduje cale dnie przy oknie I krzyczy praktycznie bez przerwy: Dima! Dima! Dimeczka! Synku gdzie jestes?! Lzy nam stoja w oczach. Jednak kazdy z nas przezywa swoj osobisty dramat, rozlake, rozpacz I wewnatrzny bol.
 Leze na lozku I zastanawiam sie, ktory z nas pierwszy "peknie", ktory z nas pierwszy wybuchnie, straci cierpliwosc. Typuje Sikora I Patryka z uwagi na ich apetyt do dragow.
 Martwie sie o Wiole. Kompletnie nie mam dostepu do swiata zewnetrznego. Zamowilem w kantynie gazety, krzyzowki, kawe I jakies ciastka. Niestety mozemy zamawiac tylko raz w tygodniu za maksymalna kwote 20 zl. Wykreslam polowe zakupow. Oczywiscie zakupy docieraja z duzym opoznieniem, tak aby gazety byly juz nieaktualne. Przeciez moglibysmy uknuc jakis spisek I sterroryzowac 200 "klawiszy" przy pomcy duzego ogora kiszonego I plastikowych widelcow. Mysle, ze taki ogor w moich rekach w przyplywie adrenaliny, moze byc bardzo groznym narzedziem. Moglbym  np. pani wychowawczyni powiedzec, by wsadzila go sobie do nosa I bylaby afera. Moze nawet zostalbym za to ministrantem w naszej kapliczce?
 Zamykam oczy. Kolejny dzien zaliczony. Rozmawiam w myslach z Wiola. Opowiadam jej co sie dzis wydazylo, co bylo na obiad. Prosze, by sie nie martwila o mnie. Daje sobie rade, nie chodze glodny, a jedzenie nie jest takie najgorsze. Wlasciwie moge sie tylko przyczepic do higieny w celi, tych opoznionych zakopow, wylaczanego pradu I braku ksiazek. To nie wiele, prawda? No moze General moglby mniej marudzic, ale to mozna zniesc.
 Rano, po sniadaniu dostajemy kolejnego lokatora- Tomka. Nasza cela jest przeludniona I to o dwie osoby. Jednak kogo to obchodzi? Mozemy sobie pisac skargi. Wszyscy. Po trzy dziennie, kazdy z nas. A one I tak trafia do kosza. Tak sie tam traktuje ludzi. Tylko dlaczego? Przeciez nikt z nas nie jest skazany, a skoro nie skazany, to niewinny. Tylko, ze "klawisze" maja to gdzies, ignoruja nasze prosby, uwagi, komentarze I pytania. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Resocjalizacja to mit, martwy przepis w kodeksie. Pusty, bezduszny paragraf, ktory nawet gdyby zniknal z zapisu w kodeksie, to zapewne nikt by tego nie zauwazyl.
 Tomek, nasz nowy wspoltowarzysz, jest zadbanym panem w srednim wieku. Dobrze ubrany, w markowym garniturze. Pachnie dobrymi kosmetykami, ma duza walizke ze soba z naklejka kierunkowa do Seulu. Jest menadzerem w polskiej filii koreanskiego producenta telewizorow. Zostal zatrzymany na lotnisku, podobnie jak ja I posadzony o znecanie sie nad tesciowa (!?) Podsumowujac, mowi, ze mogli sie wysilic bardziej I wymyslec cos bardziej oryginalnego. Z czasem dowiadujemy sie, ze kolega z pracy, zazdrosny o Tomkowe sukcesy w firmie oraz w prywatnym biznesie, uknul podstep I wymyslil bajke o skrzywdzonej tesciowej. Nieufni I ostrozni Koreanczycy, nie beda chcieli ryzykowac I zatrudniac menadzera o podejrzanej reputacji, a zazdrosny kolega menadzer pozbedzie sie konkurencji.
 Nasza cela peka w szwach! Lozka pietrowane sa juz po trzy. Chlopaki, aby dostac sie na sama gore, musza sie gimnastykowac niczym w cyrku. Kolejka do toalety lub do umywalki jest bardzo dluga. Tak samo dlugo czekamy do okienka po posilek. Czekamy wieki by zaparzyc kawe jedna, mala grzalka. Nie podoba nam sie to. Puszczaja pierwsze nerwy.
 Kto pierwszy wybuchnal? O tym juz w kolejnym odcinku...

Sunday, 10 August 2014

Moja bitwa o Anglie cz 35

 Minela pierwsza noc. Na szczescie spokojna I bez wiekszych emocji. Rano, przed sniadaniem, zaaz po pobudce, przemowil Sikor jako pierwszy I wydawaloby sie- doswiadczony. Poinstruowal nas, ze musimy wybrac starszego celi, by po pobudce zdac raport o ilosci opsadzonych pod nasza cela. Bylo oczywiste, ze na ochotnika wyznaczymy Generala. Najlepij pasuje do tej roli.
 Po sniadaniu udajemy sie kolejno na wizyte do wychowawcy. Jest to kolejny "klawisz", ktory opiekuje sie naszym oddzialem. Trafilem akurat na mila pania officer. Jestem "swierzy", bez doswiadczenia I historii kryminalnej, wiec pani kapitan musi przeprowadzic ze mna caly wywiad. Wypytuje mnie o wszystkie szczegoly z zycia prywatnego oraz co zamierzam ze soba zrobic podczas osadzenia, jakie mam plany. Gdyby to ode mnie zalezalo, to wybral bym bramke nr.1 pt. Wolnosc. Nie interesuje mnie grypsowanie, jakies gierki I zabawy zabijajace czas. Wiem, ze jestem tu "na chwile" I nie chce sie angazowac w to zycie. Nie chce tez brac udzialu w wojnie pomiedzy "klawiszami" I grypsujacymi. Nie interesuje mnie zadna ze stron. Mam ich gdzies,
 Rozmawiam z pania officer dlugo. Zwracam uwage na ksiazki w biblioteczce. Pytam, czy jest mozliwosc zrobienia jakichs kursow zaocznie, chcialbym doksztalcic sie, nie zmarnowac czasu. Oczywiscie wychowawczyni udostepnia mi biblioteczke. Jednak znajduja sie tam same podreczniki dla ministrantow I modlitewniki. No nie! Tak zle to jeszcze nie jest! Jeszcze nie musze sie modlic.
 O godz. 10.00 rano wylaczany jest prad w calym areszcie I robi sie okropnie nudno. Nie mozna zaparzyc kawy, nie mozna sluchac radia, nie mozna nic. Mozna jedynie nudzic sie. Czy to madre? Czy tak powinien wygladac process resocjalizacji? Oczywiscie nie jestesmy jeszcze skazani, wiec nie ma mowy o resocjalizacji. Lecz skoro nie jestesmy skazani, to dlaczego mamy ograniczony dostep do pradu?
 Po zapoznaniu sie z wychowawca, udajemy sie na wizyte do dentysty. Po powrocie zapisujemy sie na spowiedz I msze. Nawet ja, zagorzaly agnostyk wpisuje sie na liste. Calkiem oczywiste. Po pierwsze kazde wyjscie z celi jest na wage zlota, po drugie mam pomysl, by wyslac gryps do Wioli.
 Po obiedzie, do naszej pelnej juz celi dokladaja nam kolejnego cpuna. Blady I zimny jak lawina w Karkonoszach. Z blagajacym wrokiem, tylko w brudnym podkoszulku I dzinsach siada na taborecie I trzesie sie jak galareta. Po chwili podszedlem do niego, dalem mu swoj cieply sweter I zaparzylem kawy. Mial szczescie, bylo juz po 16.00 I wlaczyli spowrotem prad.
 Nasz nowy kolega przedstawil sie jako Patryk. Nie dosc, ze trzasl sie z zimna, z glodu narkotykowego, to najzwyczajniej byl tez glodny. Od kilku dni nic nie jadl. Wiec nie zastanawiajac sie, zrobilem mu dwie swoje kanapki, ktore zostaly mi ze sniadania. Patryk byl troche zaskoczony. Spodziewal sie krzykow, bicia, wykozystywania, a tu prawie jak u mamy!
 Gdy juz doszedl do siebie, dostal jakies leki, umyl sie, rozgrzal kawa, gdy zaufal nam I poczul sie bezpiecznie, to otworzyl sie. Okazal sie bardzo wrazliwym, zdolnym I normalnym chlopakiem zaniedbanym przez rodzicow. Ojciec odszedl bardzo dawno, zostawiajac go samego z zapracowana matka. Skonczyl Akademie Sztuk Pieknych I pracowal przy renowacji zabytkow na terenie calej Europy. Jego specjalnoscia byla odnowa rzezb oraz fresek I gzymsow. Nie mial dziewczyny, za to bardzo kochal matke, ktora nigdy nie miala czasu dla niego. Prowadzila hurtownie I byla bardzo zajeta od wczesnego switu do poznej nocy. Patryk chcac uciec od samotnosci, zwrocic na siebie uwage, byc  zauwazony zaczal brac narkotyki. Na poczatku, jak to zwykle bywa, byly to niewinne ilosci. Jednak apetyt domagal sie wiecej I wiecej, az pewnego dnia stracil prace. Zaczal krasc by zagluszyc glod, az wpadl I znalazl sie z nami. Szkoda mi go bylo. Czulem od niego ta pozytywna energie, jego dobroc az razila w oczy. Cale szczescie, ze trafil do nas pod cele. W innej mogli by go skrzywdzic.
 Mija kolejny dzien. Na szczescie szybko I bezproblemowo. Na poczatku zawsze szybko czas mija. Duzo sie dzieje, przychodza nowi ludzie, kazdy opowiada swoja historie. Kazda jest wyjatkowa I wszyscy uwaznie sluchaja.
 Kolejnego dnia zapisujemy sie na zakupy w kantynie I oczekujemy wyjscia na msze do wieziennej kaplicy. Zeby nie zwariowac, gramy w karty oraz w panstwa I miasta. Najwazniejsze, to znalesc sobie zajecie, zajac czyms mozg, nie nudzic sie. Nuda jest tu najgorsza. To wtedy wydazaja sie te najgorsze rzeczy. Wiezniowie z duzym stazem I recydywisci wymyslaja wtedy przerozne sposoby, aby uprzykrzyc "swierzakom" zycie, a sobie je ubarwnic I rozweselic. Jednak wszyscy w naszej celi to "pierwszaki", nawet Sikor, choc wydawalo sie, ze ma doswiadczenie. Jest to cela przejsciowa I spedzimy w niej maksymalnie 10 dni. Nastepnie przekwateruja nas do wlasciwych cel.
 Przed obiadem wychodzimy do kaplicy. Przygotowalem wczesniej gryps do Wioli I ukrylem go w ustach pod jezykiem. Jestesmy dokladnie przeszukiwani przy kazdym wyjsciu I powrocie. Usta tez. Boje sie, ze znajda to. Widzialem jak przy jednej kontroli aresztowanego zabierali mu taki gryps. Chlopak bardzo protestowal I blagal. Oni jednak spalowali go na naszych oczach I wrzucili obolalego do celi. Szczesliwie przechodze kontrole. Po drodze rozmawiamy. Dowiaduje sie, ze facet, ktory opiekuje sie nasza kaplica ma wyrok 25 lat I zostalo mu jeszcze 13 do odsiadki. Taki wyrok mozna dostac np. za zabojstwo.
Kogo zabil I dlaczego, jakie na nas zrobil wrazenie, to juz w kolejnym odcinku...Zapraszam!

Monday, 4 August 2014

Moja bitwa o Anglie cz 34

   Pierwszy z nich- mlody, dobrze wygladajacy, poprawnie wypowiadajacy sie Pawel, syn warszawskiego adwokata. Mial pecha. Po zakrpianej imprezie z powracajacym z nowojorskiej emigracji bratem, wychodzac z nocnego klubu, zaczepily ich prostytutki oferujac usluge po atrakcyjnej cenie. Chlopaki skusili sie, jednak dziewczyny chcialy pozyczyc od nich telefon, by powiadomic opiekuna o kolejnym zleceniu I miejscu pobytu. Niestety po wykonanej rozmowie nie mialy ochoty oddac nowiutkiego telefonu marki Sony. Wywiazala sie bojka I szarpanina. Pawel o wiele wiekszy I silniejszy z calym impetem przewrocil jedna z nich I razem upadli na trawe, gdzie ona niegroznie rozciela skore na glowie I krwawila. Jak spod ziemi wyrosla policja, oczywiscie przeszukali kieszenie Pawlowe, w ktorych to znalezli nielegalnego skreta, zakwalifikowanego do  srodkow zakazanych. Brat musial sam wrocic do domu, a Pawel dolaczyl do naszej grupy I zalapal sie na pachacego Jackobsa w plastikowym kubku.
 Kolejnym gosciem w naszej przytulnej celi byl nacpany malolat z oczami wielkimi jak salaterki. Caly sie trzasl I udawal, ze ma padaczke. Nie interesowala go nasza kawa, nie mial tez ochoty rozmawiac z nami. Wygladal jak mlody szczeniak rotwailera, ktorego zlapal w siatke hycel. Sikor dopiero przemowil na drugi dzien, chwalac sie  swoimi sukcesami w dziedzinie okradania sklepow oraz smochodow. Razem ze swoja dziewczyna  kradli glownie perfumy oraz radia samochodowe. Towar wymieniali w calosci na heroine I romantycznie, we dwoje odplywali w blogi stan. Wpadli kradnac radio jakiemus policjantowi, ktory mial ukryta kamere w aucie.
 Jednak zanim Sikor przemowil, dostalismy siodmego wspanialego do kompletu w naszym apartamencie. Najprawdziwszego Ukrainca. Facet wielki jak niedzwiedz. Jednak byl zrozpaczony I w ogomnej panice. Nie moglismy go uspokoic. Bal sie nas. Nie ufal nam. Minela dluzsza chwila abysmy go przekonali do siebie I tylko Sikor niechetnie na niego spogladal. Niestety nie zalapal sie juz na kolacje. Na kawe tez juz bylo za pozno. Zrobilismy mu za to herbate, a General ofiarowal mu paczke herbatnikow jako pakiet na przetrwanie. Przypomnialem sobie moja kromke chleba I wielkiego ogora kiszonego, jakim mnie przywitali w areszcie.
 Witia barwnie, lamana polszczyzna opisal co mu sie przytrafilo. Podobnie jak ja do Anglii, on wraz z synem przyjechal do Polski aby zarobic troche grosza na lepsze zycie. Pracowali na budowach, wynajmowali skromny pokoik gdzies na przedmiesciach Warszawy. Wczoraj, wrcajac z pracy, natkneli sie na ustawke "kiboli". Byla ich duza grupa nawalajacych sie miedzy soba tak zwanych kibicow. Niestety nie mogli ich ominac, wiec cierpliwie czekali, az skonczy sie runda I beda mogli isc dalej. Po chwili podjechala policja I wylegitymowala wszystkich dookola. Nie dosc, ze ukrainscy budowlancy nie mieli wiz, to jeszcze dopisano im udzial w tej bojce. Umiescili ich w osobnych celach, a zrozpaczony ojciec bedzie jeszcze wiele razy krzyczal poprzez okratowane I zasiatkowane okno imie ukochanego syna. Jednak bez odzewu czy jakiejkolwiek informacji. Bardzo mi go szkoda. Jest dobrym czlowiekiem. Chcialbym mu pomoc. Ale jak? Moglem z nim tylko rozmawiac, pocieszac go, doradzac. Witia wpadl na pomysl, by napisac listy do gazet I opowiedziec co sie  z nami dzieje, w jakich warunkach jestesmy przetrzymywani, bez mozliwosci kontaktu z konsulem, bez udzielenia informacji o synu I wogole o calym tym bezprawiu. Przez kolejne dni piszemy wspolnie wszyscy kilka listow, jednak cenzura ich nie przepuszcza I laduja na  naszych oczach porwane w koszu na smieci. Witia placze jak maly chlopiec, a my z nim. Jest bezradny, bezsilny w obcym kraju, nie rozumie wielu zawilych paragrafow I regol. Opowiada nam jak rosyjscy komunisci w latach pieccdziesiatych, skazali go na osiem lat ciezkich robot w Syberii za odmienne poglady. Jednak przez lzy bije sie w piers, ze ta Syberia go nie zlamala, ze znalazl sposob na przetrwanie, natomiast tu jest totalnie zagubiony.
 Cala ta sytuacja obudzila Dzozefa. Zdumiony I zaskoczony z pewna nutka niepewnosci zapytal gdzie sie znajdujemy I czy moze ktos ma wino. Niestety nasz buffet byl juz nieczynny I jedyne co moglismy mu zaoferowac, to nasze towarzystwo. Jozef calkiem na sucho oprowadzil nas po swojej bajce. Okazala sie rownie ciekawa jak calej reszty. Pan Dzozef byl zawodowym alkoholikiem, znawca tanich win, degustatorem denaturatu I honorowym czlonkiem stolecznego zrzeszenia meliniarzy. Wlasnie wracajac ze spotkania autorskiego w jedej melinie, na swym ukochanym rowerze, nomen omen Ukraina, zostal zatrzymany przez dzielnych strozow prawa, pod zazutem jazdy w stanie niewazkosci. Wlasciwie Dzozef spojrzal na to z pozytywnej strony. Wreszcie sie wyspi, pierwszy obiad od niepamietnych czasow, odpocznie, zrelaksuje sie, zmieni otoczenie na jakis czas. Taki Jozef byl zadowolony, no moze jakas flaszka by sie jeszcze przydala przed snem. Jednak tego, nie moglismu mu zagwarantowac.
 Tak, to mamy komplet w naszej celi. Siedmiu wspanialych, kazdy ze swoja historia. Kazdy niewinny, kazdy zapewnia, ze tylko przelotem. Jednak jak mylelismy sie I kogo jeszcze nam dokwaterowali do pelnej juz celi, to juz w kolejnej czesci Mojej bitwy o Anglie.
cdn