Saturday, 31 May 2014

Moja bitwa o Anglie cz.24

 Po powrocie do domu opowiedzialem Kazikowi kogo spotkalem, jak wspaniala i madra kobieta jest i dodalem, ze jak mi sie uda ja sprowadzic do UK, to bede mistrzem swiata.
 Wiola namieszala mi w glowie na calego. Cala noc o niej myslalem. Umowilismy sie dnia nastepnego w tym samym miejscu. Byl weekend, godziny mijaly bardzo powoli. A gdy juz ja znow dopadlem, to bylem najszczesliwszy na swiecie. Ponownie oddalismy sie namietnej dyskusji rozmawiajac o wszystkim. Wiola przygotowywala sie akurat do egzaminow i chciala troszke sie rozluznic rozmowa. Miala tez swierzo zlamane serce, wiec z bukietem wierszy pod pacha skutecznie leczylem jej rany.
 Od teraz spotykalismy sie juz codziennie. Po pracy bieglem do domu, szybki prysznic, obiad w biegu i znow sprintem do kafejki internetowej. Uwielbialem te nasz erozmowy. Czulem sie znow doceniony, zauwazony, wysluchany. Wiola jest na tyle silna osobowoscia, ze na odleglosc tysiaca kilometrow, przez morza, pola i lasy czulem jej energie, jej cieplo, czulem jej zapach. Wiedzialem, ze to jest ta kobieta, ktorej tak dlugo szukalem. Z nia mogla konkurowac tylko Bozena. Obie piekne, madre i zaradne. Radzace sobie wysmienicie w trudnych sytuacjach.
 Wiola jest typowym menagerem, moim prywatnym ministrem finansow od samego naszego poczatku. Generalem sztabu kryzysowego, pilotem, ktory musi podjac zyciowa decyzje w ulamku sekundy. Jest rozsadnym saperem, ktory analizuje i dziala logicznie.
 Natomiast Bozena, to wspaniala artystka, szalona z fantazja, i choc twardo kroczy przez zycie, jest marzycielka. Moze nie tak odwazna jak Wiola, jednak gotowa na wiele.
 Obie sa prawdziwymi kobietami, mozna powiedziec "z jajami". Dopiero poznajac Wiole, docenilem Bozene i dokonalem tej analizy. Obie maja doskonala intuicje i wiedzialy w jaki sposob rozmawiac ze mna.
 Nie jestem latwym facetem. Miewam humory, fochy, jestem wrazliwy, latwo sie obrazam. Potrafie wybuchnac, potrafie tez zaatakowac. Jestem naiwny i bez problemu mozna mnie wprowadzic w maliny. Wszystko to tworzy moja postac. Sylwetke artysty amatora, wierszoklety, wrazliwca, ktory jest silny przy silnej kobiecie.
 Zlecenie na Notting Hill dobiegalo konca i przenieslismy sie na Highgate, by rozpoczac przebudowe lokalu przeznaczonego na restauracje.
 Highgate jest luksusowa dzielnica w polnocnym Londynie. Domy jeszcze wieksze niz w centrum, z duzymi ogrodami i basenami, polozona na jednym z nielicznych wzniesien tej metropolii.
 Ta budowa byla wspolnym projektem Grzegorza i Icka. jednak nie wszyscy z poprzedniej budowy dostali mozliwosc pracy. Czesc ludzi byla niewystarczajaco wykfalifikowana. Ja sam mialem obawy, czy znajde sie w grupie szczesliwcow.
 W duecie z Mackiem czulem sie dobrze i swobodnie. Zakolegowalismy sie z Robertem kafelkarzem. Znajomosc nabierala rozmachu i staropolskim zwyczajem duzo pilismy alkoholu podczas pracy. Towarzystwo wysmienite, wiec i whisky smakowala inaczej. Czesto bylo slychac haslo wypowiadane przez ktoregos z nas: Po szklanie i na rusztowanie!
 Pilismy duzo, jednak nigdy nie doprawadzilismy sie do stanu niewazkosci. Kontrolowalismy sytuacje. Posmakowala nam herbata po Irlandzku, czyli Irish tea. Do kubka z herbata dolewalismy dawke whisky. Smakowalo rewelacyjnie oraz nie wygladalo podejrzanie. Musielismy sie pilnowac, bylismy obserwowani przez mlodego Zyda. Takiego przydupasa Icka. Chyba cos podejrzewal i czesto z nami rozmawial. Pewnego dnia rozdzielili nas. Zostalem przeniesiony do Szkota -Phila. On byl niezaleznym budowlancem, ktory czasami wspolpracowal z Grzegorzem.
 Byl piekny pazdziernik 2003. Duzo slonca, cieplo. Z Philem mialem bardzo szybko pomalowac domek na Kensingtonie z pieknym starym ogrodem pelnym winorosli.
 Phil oferowal stawke jeszcze lepsza od Grzegorza. Prace zaczynalismy o 9.00. i konczylismy o 16.00. Podobalo mi sie- mniej godzin, wiecej pieniedzy.
 Pod koniec pazdziernika dostalem rachunek za telefon. W oczach dwoily mi sie cyferki. Dalem Philowi do potwierdzenia. Rozmowy z moja osobista pania menager z Polski,kosztowaly mnie £450. No coz, chcialem ja slyszec, wiec dzwonilem do niej bez wzgledu na godzine. Jednak nie zaluje tych wydanych pieniedzy. Uwielbiam jej glos, lubie gdy mowi, poza tym bedac przy niej, zapewne poszlibysmy do restauracji, na koncert czy do kina i tez wydalbym te pieniadze.
 Ponownie zaczalem odlicza cdni. Tym razem do Swiat Bozego Narodzenia. Wiola zaskoczyla mnie informacja, ze chetnie odwiedzi mnie w Londynie w drugi dzien swiat. Zadowolony pobieglem po pracy do oddzialu LOT na Chiswick, kupilem jej bilet na samolot i wyslalem kurierem aby tylko nie zdazyla sie rozmyslic. Nawet Phil sie cieszyl razem ze mna z jej przyjazdu i rano wchodzac na budowe zamiast "good morning" usmiechniety podawal cyfre. Prawie jak w wojsku, gdy odliczalo sie dni do wyjscia, a mlode wojsko meldowalo cyfre starszych zolnierzy.
 Co sie wydazylo dalej, czy Wiola przyjechala do mnie i jak potoczyly sie dalsze moje losy w Londynie, to juz za tydzien.

3 comments:

Jasna8 said...

Zaczynam się gubić w Twoich dziewczynach :-)))

sia said...

MAsz romantyczną duszę i pojemne serce- haha Pozdrawiam serdecznie
eksperyment-przemijania.blog.onet.pl

Beata said...

No i potwierdza się, to, co napisałam do poprzedniego postu... i kiedyś tam, na twoim blogu, że czyta się cię/Was jak książkę. no to czekam na c.d., waszej historii i przeżyć. Pozdrawiam serdecznie sąsiada z UK :)