Saturday, 8 February 2014

Moja Bitwa o Anglie cz.6

 Niestety Poniedzialek Wielkanocny byl wolny od pracy. Oznaczalo to kolejny bezplatny dzien w domu. Tak bardzo chcialem pracowac. Chcialem cos robic, byc potrzebny, chcialem aby mnie pytano o zdanie, o opinie. A tu? Jedynie moge powiedziec do pajaka za lozkiem, ze fasolka byla bez boczku.
 Z nudow palilem paierosa za paierosem I pisalem wiersze. Moj pierwszy Wierszownik zostal mi skradziony z calym plecakiem w Warszawie  poprzdniego lata. Niestety wiekszosc wierszy nie udalo mi sie odtworzyc ponownie. Czesc jest tez zmieniona.
 Pisalem duzo o samotnosci, o ludziach bez twarzy, o zapomnianej wierzbie na polanie I o labedziach, ktore powrocily z zimowej wedrowki I niezastaly Ciebie.
 Z Polski zabralem kilka ulubionych plyt, lecz nie mialem odtwarzacza by sluchac. Dzien wiec ciagnal sie leniwie I bezdzwiecznie. Cisza byla wszechogarniajaca, lecz jak piekna. Uwielbiam cisze, kazdy kolor jest wtedy wyrazniejszy, kazdy szelest melodia. Kocham nicniemowienie I ustnieotwieranie.
 Kolejny poranek przywital nas obfitym deszczem. W pracy poznawalem kolejnych ludzi I wszyscy oprocz tej balkanskiej dziwki (tak nazwalem szefa) byli ok. Nawet nie znajac angielskiego dogadalem sie I polubilem z Irlandczykiem Mikiem. On byl stolarzem, a ja awansowalem na jego pomocnika. Nasze pierwsze, wspolne zlecenie- ulozenie drewnianej podlogi zrobilismy perfekcyjnie, a nasz szef oznajmil, ze jeszcze nigdy wczesniej Mike tak szybko I dokladnie nie zrobil tego. Uroslem! No I tak przenosili nas razem w rozne miejsca, az minely dwa tygodnie I stac mnie bylo na sciagniecie Kazika.
 Kupilem wiec bilet na pociag I wieczorem pojechalem do Slough z dusza na ramieniu. Gdy sie sciemnilo, zaczailem sie pod domem, upewnilem sie, ze nikogo z miesniakow  nie ma w srodku I po cichutku wszedlem od strony kuchni. Oczywiscie  w domu bylo nadal 20 osob, wiec nie sposob bym nie zostal niezauwazony. Jednak wszyscy przyjeli mnie pozytywnie, pytajac jak mi jest na nowej drodze zycia.
  Z Kazikiem umowilem sie juz wczesniej telefonicznie. Mial swoja komorke jeszcze z Polski, wiec mielismy kontakt. Byl przygotowany do wyjscia. Ta sama trasa, ktora bieglem przed dwoma tygodniami, uciekalem teraz ponownie. Tym razem z Kazikiem. Tym razem bylo lzej. Lzej bylo Kazikowi. W ostatniej sekundzie dopadlismy ostatni pociag do Londynu. Usiedlismy w pustym wagonie w osobnych rzedach obok siebie zapatrzeni w znikajace miasto niewolnikow. Tym razem to moj towarzysz przytulil policzek do zimnej szyby I zasnal zmeczony. Byla 2 nad ranem, bylismy sami w pociagu. Caly sklad, to byly trzy wagony, dobrze oswietlone I mozna bylo zobaczyc z jego konca poczatek.
 Tymczasem na jednej stacji wsiadla grupa czarnoskorych malolatow. Mieli nie wiecej jak 15 lat oraz ich starszy kolega z wygladu 20 lat. Gowniarze w ilosci 5 sztuk szli przez pociag I prowokowali. Pluli, krzyczeli, smiali sie I szukali problemu. Spojrzalem na Kazika- nadal tuli szklo. Zignorowalem to towarzystwo, a oni przeszli obok nie zaczepiajac nas. Jednak ich starszy kolega wrzucil wsteczny bieg I wycofal do mojego kompana. pomachal mu przez oczyma czarna lapa I probuje druga wsadzic w kieszen marynarki. Wszystko to widzialem w odbiciu szyby. Obrocilem sie w mgnieniu oka I zlapalem somalijskiego pirata7 za spodnie podnoszac raban na caly pociag. Krzyczalem bez ladu I skladu jakies bzdury, by tylko go rozproszyc I zdezorientowac. Nawijalem bez przerwy jak syn Hanki Bielickiej I wszystko po Polsku. Koles zrobil wielkie, czarne oczy, podniosl rece  do gory w gescie "poddaje sie" I sploszony wymamrotal: "Ajm mister Bilinski from Somalia, ok ok", I odszedl zdumiony. Chociaz zdumiony to w tym przypadku okreslenie na wyrost. Kazik tylko mlasnal przez sen I nawet nie otworzyl oczu.
 Gdy dojechalismy na Paddington, opowiedzialem mu o calym zdazeniu. Byl zdziwiony I chyba nie uwierzyl na poczatku. A ja do dzis ciesze sie, ze Mister Bilinski nie poczestowal mnie wtedy nozem kuchennym...
cdn

6 comments:

Anonymous said...

intrygujace te historia Twego zycia na obczyznie....wk

Jasna8 said...

Przeczytałam wszystkie części.
Życie jak scenariusz filmu...

sia said...

Ra mi się przytrafiło trafić na dzielnicę Afrykańczyków i tam fuck, to było najdelikatniejsze z określeń pędziłam na tramlinka tak szybko, że nogi z tyłka wychodziły mi bokami
Pozdrawiam serdecznie :)
http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/

Agnieszka said...

kurcze, to brzmi jak historia rodem z dzikiego zachodu!
pozdrawiam:)

cafetime.bloog.pl

peja0515 said...

Gotowy scenariusz na fil. Pozdrawiam

1beam said...

Miałeś Arturze jednak trochę szczęścia.
Najważniejsza jest pewność siebie.