Tuesday, 4 February 2014

Moja bitwa o Anglie cz.5

 Pierwsza noc. Dzis juz nie pamietam co mi sie wtedy snilo. Pamietam tylko to uczucie wolnosci I bezpieczenstwa. Czulem sie prawie tak, jakbym kupil to mieszkanie. Przed snem zjadlem wysmienita kolacje. Co prawda sushi to nie bylo, lecz skutecznie wypelnilo upominajacy sie zaladek. Bylo to danie, z ktorym zaprzyjaznilem sie na kolejnych kilka miesiecy. Rasowa puszka wykwintnej fasoli w sosie pomidorowym. Wam wydaje sie to smieszne, a mi wtedy marzylo sie juz tylko jedno: Aby zarobic tyle, by pozwolic sobie na luksus pod tytulem Fasola w sosie pomidorowym z BOCZKIEM. Tak,to byl moj kolejny angielski dream.
 Po cudownej nocy w czystej poscieli I cieplym lozku pora na sniadanie. Jak przystalo na  prawdziwego emigranta w Anglii, zrobilem sobie dwa tosty I... fasolke w sosie pomidorowym. Do tego pyszna kawa z saszetki zabranej z hotelowej wycieczki. Zyc nie umierac!
 Po sniadaniu czas uzupelnic lodowke I moze wybiore sie do centrum celebrowac sam ze soba swoje urodziny. Moze uda mi sie zadzwonic do corki?
 Wtedy jeszcze nie potrafilem swobodnie poruszac sie po Londynie autobusami, wiec duza kwote pieniedzy pochlanialy tak zwane Travelcard na metro. Metrem o wiele latwiej przemieszczac sie w tej betonowej dzunglii, jednak drozej. Wystarczy zaopatrzyc sie w bezplatna mape. Jest tam dokladnie I wyraznie oznaczona kazda linia metra, kazda innym kolorem. Wypisane sa wszystkie nazwy stacji oraz mozliwe przesiadki. Londynskie metro jest najstarsze na swiecie, nie dawno obchodzilo 150 urodziny.
 Udalem sie wiec na Picadilly Circus, do samiuskiego centrum, celem zrobienia sobie prezentu urodzinowego. Najpierw wykonalem telefon do Polski. Matka po zlozeniu zyczen, oswiadczyla, ze wlasnie umarla moja ukochana babcia. Pieknie. Takiego prezentu sie nie spodziewalem. Smutny I przygnebiony udalem sie do pobliskiego sklepu w celu zakupu srodkow oduzajacych w postaci piwa. Pomyslalem sobie, kupie piwo, usiade gdzies obok, poslucham ulicznego grajka I powspominam babcie. Humor mi sie poprawil, gdy za reszte z piwa wystarczylo mi tez na chipsy. Szalenstwo! Mam puszke piwa I paczke chipsow. Jestem w niebie! Z babcia. Cala impreza kosztowala mnie jednego funta. Az funta!
 Zadumalem sie przy dzwiekach gitary. Jakis bezdomny punk gral kawalki Dylana, obok niego spal duzy pies z glowa oparta o jego nogi. Ludzie zucali im monety I jedzenie, a Mr. Tamburine man do dzis krazy w mojej glowie z obrazem tych dwoch przyjaciol obok siebie.
 Dopalilem skreta I wolnym krokiem poszedlem w kierunku Soho I China Town. Po drodze ogladalem wielkie I bogate okna w chinskich restauracjach, gdzie golymi, opalonymi dupami swiecily kurczaki niczym panienki w solarium.
 Moj zaladek nie byl przyzwyczajony do takich perwersji I upomnial sie o swoja porcje fasoli. Troche musialem go uspokoic. Przecierz dopiero zjadl paczke chrupek I wypil cala puszke piwa I nie wypada tak czesto sie domagac, szczegolnie w tak trudnej dla mnie chwili. Jednak on niepokorny nadal sie zoladkowal. Przeszedlem akurat obok chinskiego bufetu: Wszystko za £5, jedz ile mozesz! Brzmial slogan. Oj, Chinczyku! Zebym to ja mial tego piataka, to bym puscil cie z torbami, pomyslalem. Poglaskalem sie po brzuchu I mijajac jakis gejowski klub udalem sie w droge powrotna do mojego pachnacego I czystego pokoju.
 Postanowilem wysiasc z pociagu stacje wczesniej I przespacerowac sie po okolicy. Lubie chodzic. Lubie chodzic duzo I dlugo. Duzo wtedy mysle I ogladam okolice, podgladam ludzi, czasem zatrzymam sie I napisze wiersz.
 Okolica byla bardzo intrygujaca; nowe wierzowce, cala dzielnica, taki londynski Manhattan, wlasnie bylo w fazie rozwoju. Wszystko na polwyspie otoczonym Tamiza. Natomiast po sasiedzku stary Londyn. Chcialem napisac, dziewietnastowieczny, lecz to miasto, te stare domy, nie zmieniaja sie wogole od dawniej. Gdzie niegdzie tylko wyburza jakas rudere I wstawia nowa plombe.
 Przeszedlem wiec nowoczesnym pasazem, nowoczesnym mostem obok nowoczesnego wierzowca, ktory swoj koniec mial napewno w niebie. Nagle- znalazlem sie w innym filmie. Wygladalo to tak, jakby ktos pilotem zmienil kanal w  telewizorze. Stare domy I ulice, kilka opuszczonych sklepow, jednak duzy ruch. W przyszlosci powstanie tu olimpijski park, olimpijski stadion I wioska dla sportowcow. Jednak wtedy, przenioslem sie do okresu, gdy w okolicy urzedowal Jack the Ripper, w Polsce znany jako Kuba Rozprowacz. Usiadlem na schodach I napisalem krotki wiersz pt. Ptak.
 Po uroczystej, urodzinowej kolacji, posprzatalem puszke po fasolce w pomidorach I usiadlem w fotelu gleboko zaciagajac sie papierosem. Obiecalem Kazikowi, ze wroce po niego jak tylko stane na nogi. Musi jednak jeszcze zaczekac kilka dni. Nie mam nawet na pociag do Slough...
cdn

8 comments:

sia said...

Cieszę się, że piszesz o tych miejscach, mam zamiar jeszcze tam wrócić.. Nie kocham Londynu, pomijając fakt, iż opisujesz go bajecznie- tak pisze ten kto kocha to miasto... Mnie Londyn kojarzy się z niesamowitym pędem na długim oddechu...
Pozdrawiam:)

pan nikt said...

Tak,kocham to miasto.Jednak,gdybym wtedy mial mozliwosc,to pewnie wybral bym inne.Czas bardzo szybko tu mija, te 13 lat strzelio jak 13 miesiecy.

Jasna8 said...

Z powodu choroby musze teraz u Ciebie nadrobić zaległości :-)

czesia said...

puk,puk. Rewizyta:)nie byłam w Londynie.Ciekawe, choć bardzo nostalgiczne, refleksje ze spaceru.
13 lat to szmat czasu!
Pozdrawiam. Zajrzę jeszcze:)

nemezis said...

Czy jesteś szczęśliwy w tej Anglii?
Pozdrawiam Cię serdecznie :)

pan nikt said...

Tak,jest mi tu dobrze.Choc czasem sa chwile zwatpienia,szczegolnie po kolejnej bezsensownej smierci z rak maloletnich gangsterow.

Justyna Ł. said...

Nie byłam jeszcze w Londynie, jednak jako emigrantka myślę o UK coraz częściej. Świetny blog:) Pozdrawiam

1beam said...

Słuchając Twoich opowieści,widzę w nich mojego syna,bo wiem,że też nie miał łatwo,ale on mi nie opowiadał o problemach,zapewne,zeby mnie nie martwić.
Cieszę się,że udało Ci się przetrwać najtrudniejsze.
Przykre,że w Warszawie zostałeś okradziony.Te pierwsze wiersze na pewno miały głęboką prawdę i wiele emocji.