Friday, 28 February 2014

Moja bitwa o Anglie cz10

 Nadszedl wrzesien I dlugooczekiwany dzien przyjazdu Jagody. Przywitalem ja z czerwona roza w garsci I zatopilismy sie w usciskach. Zamieszkalismy w skromnym pokoiku z Kazikiem za sciana. Ja kontynuowalem prace u balkanskiej dziwki, a Jagoda znalazla  zatrudnienie w jakims malym barze. I choc rozmawialo nam sie rewelacyjnie, mielismy wspolne zainteresowania, sluchalismy namietnie Rafala I jego Sprigwaters, to pewnego dnia podjalem radykalny krok zrywajac z nia. Bylo mi bardzo trudno. Kochalem ja I wiem, ze z wzajemnoscia. Zostawila dla mnie w Polsce kariere w sadzie oraz bliskich. Jednak wspolne zycie pokazalo nam, ze popelniamy bledy I choc byla wspaniala kobieta, to nie widzialem siebie u jej boku w dalszych rozdzialach tej historii. Ze lzami w oczach rozstalismy sie. Ona po kilku dniach wrocila do Polski, a my z Kaziem przeprowadzilismy sie obok kolejnego stadionu. Tym razem wybralismy druzyne z czolowki tabeli I chcac nie chcac bralismy bierny udzial w meczach Chelsea.
 Zamieszkalismy razem z Henkiem, drobnym przedsiebiorca budowlanym, na slynnej North End Road. Heniu cale dnie spedzal w terenie, a my mielismy mieszkanie do dyspozycji.
 Kilka razy Kazik wyciagnal mnie sila do polskiego klubu, gdzie poznalem nowych ludzi. Byl to typowy polski lokal z czasow poznego Gierka. Nawet czysto, sala przestronna, za barem mloda dupa w mini serwuje staropolskie trunki, obok w bufecie mozna zamowic smaczna, polska kolacje, a do kotleta gra sympatyczny pan w krawacie z klawiszami kupionymi w Argosie. Sielanke muzyczno- gastronomiczna przerywa czasem krzyk zaangarzowanej pani Gieni: Mielone z ziemniaczkami I kiszona do odebrania!!!!! I wszyscy razem na ta komende, niczym kibice na Wimbledonie, obracaja glowe w strone uroczej kuchareczki ciekawi, kto dzis skusil sie na pomielonego od Genowefy. Gdy juz kazdy zjadl swoj wyteskniony polski specjal, gdy juz kazdy popil go piwem z ojczystego browaru I strzelil conajmniej cztery piecdziesiatki, to nogi same wloka na parkiet I przy dzwiekach z instrumentu od pana w krawacie zaczyna sie wyscig szczurow tanecznych. To moja ulubiona czesc wieczoru. Wtedy nawet totalne beztalencie rytmiczne wywija dumnie wypinajac piers z mysla o poderwaniu Dancing Queen. Kazdy z tych podpitych kogutow przemienia sie w Michaela Jacksona lub Shankina Steavensa I delikatnie mylac slowa piosenki, stara sie zwrocic na siebie uwage. A wspomne, ze konkurencja jest duza. Wszyscy murarze, stolarze oraz kilku malarzy, spotyka sie tutaj w kazda sobote, by wylowic swoja Rusalke. Czesto bywa tak, ze staja na zesach, by tu byc prosto po pracy. Czasem jeszcze zakurzeni, na skrzydlach wyobrazni fruna do POSK-u.
 Zdazylo mi sie tez tam wiele razy zazucic wedke I zlowic steskniona szprotke. Wlasciwie trzeba byc gejem by wyjsc z tamtad bez kobiety.
 Bywalismy wiec z Kazikiem tam prawie w kazdy sobotni wieczor z nadzieja na poznanie tej wytesknionej polskiej kobiety.
 Kaziu poznal bardzo sympatyczna pania, z ktora sie zaprzyjaznil na dluzej, natomiast ja nie moglem traffic na zaden konkretny obiekt meskiego pozadania. Owszem, trafialy sie piekne panie, lecz niepelnosprawne umyslowo I po kilku takich probach wrocilem do swojego czatowania w internecine, gdzie poznalem kolejne przedstawicielki plci przeciwnej ze zlamanymi sercami. W internecine czulem sie komfortowo I bezpiecznie. Nie musialem z nikim isc na spacer, udawac, ze jest dobrze. Nie musialem wydawac pieniedzy na kolejna kandydatke. Juz po pierwszych minutach widac co dana osoba soba reprezentuje I bez zadnych zbednych ceremonii mozna zakonczyc rozmowe. Bardzo spodobala mi sie ta forma podrywu I wyruszalem na polowanie uzbrojony w wiersze. Wiekszosci kobiet podobaly sie I spedzalismy mile chwile dyskutujac. Czesc z tych pan, nawet chciala sie zenic po pierwszym przeczytanym utworze. Inne nie wierzyly, ze mieszkam w Londynie I czastujac mnie nieprzyjemnymi epitetami, konczyly duchowa uczte.
 Az pewnego dnia poznalem Bozene. Piekna, uzdolniona, pelna szyku I klasy dojrzala kobiete z Zielonej Gory. Oczarowala mnie swoja wiedza oraz zdolnosciami plastycznymi. Powstal nawet plan, by pokolorowac moje wiersze.
 Znow znikalem na cale wieczory w jaskini  z komputerami I oddawalem sie w calosci pani dyrektor z zielonogorskiej szkoly.
 Jednak o dalszym ciagu naszego romansu internetowego oraz o wielu innych przygodach dowiecie sie z kolejnego odcinka Mojej bitwy o Anglie...

5 comments:

Made Inja said...

CZEKAM NA CD
(dziękuję za dobrą lekturę)

Jasna8 said...

To czekamy na dalszy ciąg przygód :-)

1beam said...

Po kielichu rzeczywiście wszyscy tańczą,nawet słonie i walenie:)
Po kielichu świat jest zawsze kolorowy,tylko ten ból głowy następnego ranka,wtedy przydałaby się dobra żona,a nie kochanka:))
Tak czy owak,barwne miałeś życie Arturze.
Pozdrawiam i czekam na cd.

Andrzej Rawicz said...

Na razie czytam i nie komentuję, bo czuję, że będą jeszcze jakieś zwroty akcji.
Pozdrawiam

sia said...

Ładnie, łądnie łamaczu serce a w Londymioe takie śliczne Polki mieszkają :)
Pozdrawiam serdecznie
http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/