Friday, 28 February 2014

Moja bitwa o Anglie cz10

 Nadszedl wrzesien I dlugooczekiwany dzien przyjazdu Jagody. Przywitalem ja z czerwona roza w garsci I zatopilismy sie w usciskach. Zamieszkalismy w skromnym pokoiku z Kazikiem za sciana. Ja kontynuowalem prace u balkanskiej dziwki, a Jagoda znalazla  zatrudnienie w jakims malym barze. I choc rozmawialo nam sie rewelacyjnie, mielismy wspolne zainteresowania, sluchalismy namietnie Rafala I jego Sprigwaters, to pewnego dnia podjalem radykalny krok zrywajac z nia. Bylo mi bardzo trudno. Kochalem ja I wiem, ze z wzajemnoscia. Zostawila dla mnie w Polsce kariere w sadzie oraz bliskich. Jednak wspolne zycie pokazalo nam, ze popelniamy bledy I choc byla wspaniala kobieta, to nie widzialem siebie u jej boku w dalszych rozdzialach tej historii. Ze lzami w oczach rozstalismy sie. Ona po kilku dniach wrocila do Polski, a my z Kaziem przeprowadzilismy sie obok kolejnego stadionu. Tym razem wybralismy druzyne z czolowki tabeli I chcac nie chcac bralismy bierny udzial w meczach Chelsea.
 Zamieszkalismy razem z Henkiem, drobnym przedsiebiorca budowlanym, na slynnej North End Road. Heniu cale dnie spedzal w terenie, a my mielismy mieszkanie do dyspozycji.
 Kilka razy Kazik wyciagnal mnie sila do polskiego klubu, gdzie poznalem nowych ludzi. Byl to typowy polski lokal z czasow poznego Gierka. Nawet czysto, sala przestronna, za barem mloda dupa w mini serwuje staropolskie trunki, obok w bufecie mozna zamowic smaczna, polska kolacje, a do kotleta gra sympatyczny pan w krawacie z klawiszami kupionymi w Argosie. Sielanke muzyczno- gastronomiczna przerywa czasem krzyk zaangarzowanej pani Gieni: Mielone z ziemniaczkami I kiszona do odebrania!!!!! I wszyscy razem na ta komende, niczym kibice na Wimbledonie, obracaja glowe w strone uroczej kuchareczki ciekawi, kto dzis skusil sie na pomielonego od Genowefy. Gdy juz kazdy zjadl swoj wyteskniony polski specjal, gdy juz kazdy popil go piwem z ojczystego browaru I strzelil conajmniej cztery piecdziesiatki, to nogi same wloka na parkiet I przy dzwiekach z instrumentu od pana w krawacie zaczyna sie wyscig szczurow tanecznych. To moja ulubiona czesc wieczoru. Wtedy nawet totalne beztalencie rytmiczne wywija dumnie wypinajac piers z mysla o poderwaniu Dancing Queen. Kazdy z tych podpitych kogutow przemienia sie w Michaela Jacksona lub Shankina Steavensa I delikatnie mylac slowa piosenki, stara sie zwrocic na siebie uwage. A wspomne, ze konkurencja jest duza. Wszyscy murarze, stolarze oraz kilku malarzy, spotyka sie tutaj w kazda sobote, by wylowic swoja Rusalke. Czesto bywa tak, ze staja na zesach, by tu byc prosto po pracy. Czasem jeszcze zakurzeni, na skrzydlach wyobrazni fruna do POSK-u.
 Zdazylo mi sie tez tam wiele razy zazucic wedke I zlowic steskniona szprotke. Wlasciwie trzeba byc gejem by wyjsc z tamtad bez kobiety.
 Bywalismy wiec z Kazikiem tam prawie w kazdy sobotni wieczor z nadzieja na poznanie tej wytesknionej polskiej kobiety.
 Kaziu poznal bardzo sympatyczna pania, z ktora sie zaprzyjaznil na dluzej, natomiast ja nie moglem traffic na zaden konkretny obiekt meskiego pozadania. Owszem, trafialy sie piekne panie, lecz niepelnosprawne umyslowo I po kilku takich probach wrocilem do swojego czatowania w internecine, gdzie poznalem kolejne przedstawicielki plci przeciwnej ze zlamanymi sercami. W internecine czulem sie komfortowo I bezpiecznie. Nie musialem z nikim isc na spacer, udawac, ze jest dobrze. Nie musialem wydawac pieniedzy na kolejna kandydatke. Juz po pierwszych minutach widac co dana osoba soba reprezentuje I bez zadnych zbednych ceremonii mozna zakonczyc rozmowe. Bardzo spodobala mi sie ta forma podrywu I wyruszalem na polowanie uzbrojony w wiersze. Wiekszosci kobiet podobaly sie I spedzalismy mile chwile dyskutujac. Czesc z tych pan, nawet chciala sie zenic po pierwszym przeczytanym utworze. Inne nie wierzyly, ze mieszkam w Londynie I czastujac mnie nieprzyjemnymi epitetami, konczyly duchowa uczte.
 Az pewnego dnia poznalem Bozene. Piekna, uzdolniona, pelna szyku I klasy dojrzala kobiete z Zielonej Gory. Oczarowala mnie swoja wiedza oraz zdolnosciami plastycznymi. Powstal nawet plan, by pokolorowac moje wiersze.
 Znow znikalem na cale wieczory w jaskini  z komputerami I oddawalem sie w calosci pani dyrektor z zielonogorskiej szkoly.
 Jednak o dalszym ciagu naszego romansu internetowego oraz o wielu innych przygodach dowiecie sie z kolejnego odcinka Mojej bitwy o Anglie...

Sunday, 23 February 2014

Moja Bitwa o Anglie cz9

Oprocz Kazika I kilku kolegow z pracy nie znalem tu nikogo. Czesto wiec wchodzilem na internetowy czat, by porozmawiac z nowymi ludzmi. Tak pewnego dnia zaczepilem Jagode. Jagoda mieszkala I pracowala w Polsce, a dokladnie na Slasku. Rozmawialismy duzo I czesto. Caly wolny czas poswiecalem jej I pisalem dla niej wiersze. Zaprzyjaznilismy sie. Niestety w tamtych czasach nie bylo jeszcze Skype, nie mialem tez telefonu komorkowego, wiec nasz kontakt byl mocno utrudniony. Nie przeszkodzilo to nam jednak zzyc sie ze soba tak mocno, ze choc raz dziennie musielismy sie uslyszec. Moje kieszenie nadal jednak byly zbyt skromne by kupic telefon, wiec Jagoda dzwonila do pobliskiej budki telefonicznej I przez piec sekund moglem sluchac jej slodkiego glosu.
 W naszym nowym mieszkaniu zaczelo robic sie tloczno. Zamieszkala z nami grupa imprezowych kolesi z dziewczyna. Bylo ich trzech, zeby nie powiedziec Ich Troje. Trzech bufonow z atlasem. Ustawili sobie ten przyrzad do cwiczen w salonie I po pracy, do poznej nocy cwiczyli przy jakichs dzwiekach udajacych muzyke. Tylko od czasu do czasu jeden z nich wyskakiwal do sklepu zakupic nowy zestaw szeciopaka z browaru poznanskiego. Natomiast ich kolezanka dumnie prala im skarpetki, gotowala obiady I chetnie sprzatala po nich caly usportowiony syf.
 Po kilku tygodniach tej gimnastyki w towarzystwie zubrow I baranow nastala cisza. Towarzystwo zmienilo lokal I szczesliwie wyprowadzili sie. Jednak zastanawiam sie, kto byl bardziej szczesliwy?
 Po kilku dniach wolne pokoje zajeli kolejni lokatorzy. Jednym z nich byl czlowiek z nikad. Wesoly, usmiechniety, towarzyski. Przedstawil sie jako Rafal. Duzo rozmawialismy o muzyce I przegadalismy wiele godzin zamiast grzecznie spac. Pewnej nocy pochwalil sie, ze zalozyl niedawno zespol Springwater I wlasnie nagral kasete demo, ktora to mnie obdarowal. Na okladke przywalil, ze to jego kolejny projekt, ze nazywa sie Rafal Kwasniewski, a jednym z jego dzieci jest grupa PRL, z ktora to wystapil m.inn. na festiwalu w Opolu. Bylem totalnie zaskoczony. Slyszalem to nazwisko wielokrotnie, jednak PRL ciezko bylo uslyszec  gdziekolwiek w radio, a I sam Kwasniewski specjalnie medialny nie byl. Stad moja konsternacja I nierozpoznanie tej muzycznej geby.
 Bylem podekscytowany podarowanym upominkiem I poczulem sie wyrozniony, poniewaz siedzialo nas tam czworo. Teraz po tej informacji jeszcze wiecej rozmawialismy. My pytalismy, a on opowiadal I puszczal swoje nuty.
 Taka swojska sielanka trwala kilka tygodni. Wracalismy z pracy, szybka kapiel, kolacja I spotykalismy sie w kuchni by delektowac sie muzyka. W miedzy czasie nadal spotykalem sie z Jagoda I planowalismy nasze spotkanie w realu.
 W koncu przyjechala na kilkudniowa wycieczke do stolicy nad Tamiza. Czas spedzilismy na zwiedzaniu Londynu, opychalismy sie truskawkami I namietnie sluchalismy Kwaska. Po tych wspolnie spedzonych godzinach, ustalilem wspolnie z moja nowa partnerka, iz zamieszkamy razem w Londynie od wrzesnia.
 Smutna wrocila do Polski I zniecierpliwoscia czekalismy  kiedy mina kolejne trzy miesiace. Moje malzenstwo bylo w rozsypce od kilku lat, wiec trzeba bylo tez uregulowac ta sprawe.
 Z Jagoda ustalilismy, ze to nasz priorytet I musimy zajac sie tym niezwlocznie. Zmienilem tez mieszkanie. Z bolem w sercu opuscilem nasze wspolne muzyczne biesiadowanie I przeprowadzilem sie na zachod Londynu do dzielnicy Alperton znajdujacej sie w okolicy stadionu Wembley. Mialem jeszcze okazje zobaczyc stary obiekt ze slynnymi wiezyczkami w przeddzien ich zbuzenia.
 Po tygodniu Kazik zameldowal sie u mnie z nowina, ze chcialby zamieszkac razem. Ucieszylem sie. Zaprzyjaznilismy sie juz na dobre I bezkonfliktowo uzupelnialismy swoj wolny czas.
 Po przeprowadzce Kwasek kilkakrotnie jeszcze do mnie dzwonil, jednak kontakt nam sie urwal, az doszla do mnie smutna wiadomosc, ze trafil za kraty...

to be continued

Tuesday, 18 February 2014

Moja bitwa o Anglie cz8

 Po powrocie do domu okazalo sie, ze Kazikowe zdolnosci nie zaskoczyly Balkanskiej Dziwki I zostal odsuniety na boczny tor. Musial szybko szukac nowej pracy.
 Udal sie pod najslynniejsza w Europie tablice ogloszen, zwana potocznie w zargonie emigrantow "Sciana placzu".
 Jest to wystawa sklepowa, ktora miesci sie w dzielnicy Hammersmith obok Polskiego Osrodka Kultury POSK. Miejsce to jest doskonale znane nie tylko Polakom. Kazdy kto szuka pracy lub ja oferuje, napewno przynajmniej raz w zyciu tu trafi. Spotkac tu mozna przedstawicieli kazdej profesji. Kazdy glodny angielskich funcikow, kazdy czeka swojej szansy na zarobek. O tym miejscu kraza tez legendy. Ponoc co jakis czas zjawia sie kolejny cwaniak oferujac malowanie London Bridge. Praca ponoc stala, dobrze platna, nie wymagana znajomosc jezyka. Musisz miec jedynie wlasne narzedzia I ciuchy robocze. Koles zbiera po stowie od kazdego chetnego I organizuje transport autobusem. Chetni, przewaznie w ilosci 50-60 sztuk swierzutkich I niedoswiadczonych emigrantow lapia przynete I placa czesto ostatnie £100 za ten diabelski pakt I jada tym autobusem z nadzieja na prace w historycznym punkcie Londynu. Na miejscu zleceniodawca oswiadcza, aby rozpoczac prace przygotowawcze do malowania, a on jedzie zakupic farby do sklepu. Jednak po pol godzinie zamiast farby ich oczy ujrzaly jednostke Metropolitan Police w pelnym rynsztunku bojowym. Wszyscy zostali aresztowani I deportowani za podjecie nielegalnej pracy I zaklocanie porzadku. Zaden z nich nie probowal nawet wytlumaczyc, ze zostali oszukani. Zreszta kogo to obchodzi. Zlamali prawo nielegalnie pracujac, a pomyslowy cwaniak zadowolony, z nie mala suma w kieszeni opracowuje kolejne zlecenie.
 Moj Kazik na szczescie nie skorzystal z tej oferty I znalazl cos innego, normalnego. Mial prace na kolejnych kilka tygodni.
 Obydwoje zatem zarabialismy. Mielismy pieniadze na oplaty, jedzenie I jeszcze udalo mi sie wyslac do Polski pewna sume co jakis czas na zalegle oplaty dla corki.
 Wieczory spedzalismy roznie. Kazik integrowal sie z tubylcami w miejscowym pubie, a ja poznalem trzech Hindusow, ktorzy prowadzili lokalna kafejke internetowa. Probowalem nawiazac lacznosc z Waldkiem oraz czytalem wiadomosci z Polski.
 Okazalo sie, ze Waldka po zatrzymaniu na granicy wypuscili po kilku godzinach I musial biedaczyna autostopem wracac do domu.
 Ja natomiast poznalem na jednym z czatow urocza dziewczyne o slowianskim imieniu Jagoda. Ale o tym w kolejnej czesci Bitwy o Anglie. Mojej bitwy...
cdn.

Thursday, 13 February 2014

Moja bitwa o Anglie cz.7

 Do mieszkania dotarlismy nad ranem. Co ciekawe, dzis juz nie pamietam w jaki sposob.
Kazik jest doswiadczonym, starszym panem. Cale zycie pracowal jako dyrektor lub prowadzil wlasny biznes. I wlasnie z takim zamiarem przyjechal do UK. Wtedy mial pomysl, by produkowac domki drewniane. Chcial nawiazac kontakty oraz zdobyc niezbedne doswiadczenie. Byl dobrze przygotowany do wyprawy: karta kredytowa, telefon komorkowy, walizka plena wizytowek I garnitur na zmiane. W porownaniu ze mna, gdzie ja mialem 5 plyt CD, dwie ksiazki, maszynke do golenia oraz troche rzeczy na przebranie, wygladal raczej jak konsul niz turysta zarobkowy.
 Zamieszkalismy w jednym pokoju. Wreszcie poczulem sie lepiej I choc nie znalismy sie jeszcze dobrze, to uczucie samotnosci zostalo zgniecione na pewien czas.
 Wczesnym rankiem, po nieprzespanej nocy udalismy sie do Stojana zapytac, czy nie znajdzie miejsca w firmie dla Kazika. Udalo sie I nawet nie trzeba bylo go dlugo przekonywac. Jednak pracowalismy w roznych miejscach.
 Ja nadal pomagalem dzielnie Mikowi I lamina angielszczyzna nauczylem go jak wyrazac opinie na widok ladnej Polki. W mig zalapal I powtarzal kazdej napotkanej kobiecie, nie tylko Polce: Niezla dupa! I puszczal do niej oczko. Na szczescie zadna niespoliczkowala go, a my mielismy ubaw po pachy. Dodam, ze Mike byl dobrze po piecdziesiatce, siwy z typowymi irlandzkimi bakami, wysoki I chudy jak zasilek dla samotnej matki. Niestety umarl kilka lat temu z powodu uciazliwej choroby.
 Powoli ustatkowalem sie w firmie I szybko uczylem rzemiosla. Mike byl swietnym stolarzem I dobrym pedagogiem. Pomimo tej bariery jezykowej rozumialem wiele I nigdy nie bylo nawet jednego konfliktu pomiedzy nami.
 Nasze kolejne zlecenie dotyczylo usuniecia przyczyny ciekniecia wody-deszczowki z rynny, ktora w jakis sposob dostawala sie do mieszkania powodujac powazne zacieki na scianach I kaluze wody na podlodze.
 Mieszkanie bylo dwupoziomowe. Salon I kuchnia znajdowaly sie na parterze, a cztery sypialnie, cztery lazienki, biuro I sekretarzyk w beasemencie. W Anglii tak okresla sie zamieszkala czesc piwnicy. Oczywiscie ta piwnica w niczym nie przypomina polskich piwnic I w zasadzie niczym sie nie rozni od pozostalej czesci domu. No moze tylko doplywem swiatla z zewnatrz. Jednak I tu sa duze okna tak jak na innych poziomach. Caly ten dom znajdowal sie w dzielnicy Belgravia. Jest to luksusowa, bardzo droga okolica w niedalekim sasiedztwie Palacu Buckingham oraz Chelsea I Victoria, zapewne znane Wam czesci Londynu.
 Wlascicielami tego apartamentu bylo malzenstwo Anglikow w srednim wieku, bezdzietne, za to z Filipinska gosposia. Nie wiem czym sie zajmowali, ale byli bardzo bogaci. Ona wychodzila do pracy zaraz po naszym przyjsciu I nie wracala do wieczora. Natomiast pan domu caly dzien spedzal na trzech komputerach klikajac praktycznie bez przerwy. Na polkach widnialy segregatory z opisami "cars" oraz "films", a obok na polce jego zdjecie przy czerwonym Ferarri.
 Dom byl wyposazony dosc ekskluzywnie I bardzo nowoczesnie. W kazdym pomieszczeniu byl system naglosnieniowy w suficie I mozna bylo sluchac muzyki w calym domu. Komputer I TV byl nawet w lazience za wodoodporna szyba. Sekretarzyk w beasmencie byl oszklony prawie z kazdej strony I oswietlony roznymi kolorowymi lampkami. Nad szklanym sufitem, na zewnatrz, powiesili model Spidermana w skali 1:1 zrobionego z jakiejs drucianej siatki, ktory po zmroku odpowiednio oswietlony robil fantastyczne wrazenie. Podloga byla wysypana bialym grysem, otoczona drewnianymi deskami. Na tych kamyczkach ulozone byly szklane, przezroczyste kafle. Na scianach, tam gdzie nie bylo szkla, byly drewniane panele od podlogi az po sufit. Calosc robila ciekawe wrazenie, choc byla malo praktyczna.
 Naszym zadaniem bylo sciagnac dwa panele ze sciany, znalezc miejsce przecieku, usunac przyczyne, wymienic zniszczone woda panele I pomalowac. Proste! Pomyslalem I zabralismy sie z Mikiem do roboty.
 Wszystko przebiegalo gladko, a moj irlandzki carpenter profesjonalnie rozwiazywal kolejne budowlane zagadki.
 Jednak na trzeci dzien pracy mielismy nieprzyjemny incident. Wszelkie ciecia pila dokonywalismy  na zewnatrz, na chodniku, by nie kurzyc w domu. Przeciagnelismy przedluzacze z korytarza przez okno az na ulice. Podlaczylem niezbedna pile I przygotowalem deche do ciecia., gdy pan domu inteligentnie mnie zjebal jak nauczyciel ucznia I zadzwonil do Stojana. Ten blyskawicznie sie zjawil I rozpoczelismy dochodzenie. Okazalo sie, ze pan domu ciezko haruje I niszczy swoj wzrok pracujac od rana na trzech komputerach I bardzo musial sie natrudzic by zaplacic 3.5miliona funtow za to mieszkanie. A my, proste pospolstwo, bez oglady I wychowania niszczymy jego zyciowe marzenie. Nie znalismy jeszcze powodu ani szczegolow zniszczenia, a Stojan juz kleczal na kolanach gotowy zrobic mu loda. Pan domu zlapal go za reke I pomaszerowalismy cala delegacja do przedpokoju, a tam naszym prostackim, robotniczym oczom ukazal sie slad kurzu  na rogu sciany pozostawiony przez kabel od przedluzacza. Caly znak mial nie wiecej niz 3 cm dlugosci, byl czarny jak dupa szatana I smial sie nam w oczy. No tak, to oczywisty powod, by dokonac na nas moralnej egzekucji, pomyslalem. Przeciez to nawet wystarczy by zeslac nas na roboty , gdzies do Gujany Francuskiej. Bedziemy tam polowac na niebieskie motyle I uwolnimy sie od takich kretynow.
 Stojan jednak nie zrobil oralnej przyjemnosci panu domu. A szkoda, bo zapowiadalo sie zabawnie I bylaby niezla afera z tego. Dostalismy slowne reprymendy, by w przyszlosci byc bardziej uwaznym I profesjonalnym. Po zakupie srodka czyszczacego oraz dmuchniecia na sciane moim otworem gebowym, pokonalem to wydazenie dnia. Mysle, ze gdybym wtedy pracowal z innym Polakiem, to pewnie nasze glowy  spadly by do pobliskiego rynsztoka I nawet bysmy zostali deportowani. Nie, nie do Gujany. Gdzies do malowniczo polozonej kopalni uranu na Syberii.
 Jednak udalo nam sie skonczyc ta robote bez kolejnych incydentow I szczesliwie spakowalismy nasze zabawki. Oczywiscie pan domu nie zezwolil plebstwu umyc nawet dloni w panskich czterech lazienkach. Nie moglismy tez nawet przebrac sie w czyste ubranie I brudny musialem wracac do domu. W pociagu okazalo sie, ze zapomnialem zabrac moich cywilnych butow. Jednak bylo juz za pozno na powrot. Wyslalem pozegnalny pocalunek moim niebieskim mokasynom I zanurzylem wzrok w bezplatnej, angielskiej gazecie. Czytalem ja codziennie w drodze do pracy. Choc rozumialem zaledwie trzy slowa, to namietnie studiowalem te saksonskie hieroglify by przyswoic sobie jezyk tubylcow...
cdn

Saturday, 8 February 2014

Moja Bitwa o Anglie cz.6

 Niestety Poniedzialek Wielkanocny byl wolny od pracy. Oznaczalo to kolejny bezplatny dzien w domu. Tak bardzo chcialem pracowac. Chcialem cos robic, byc potrzebny, chcialem aby mnie pytano o zdanie, o opinie. A tu? Jedynie moge powiedziec do pajaka za lozkiem, ze fasolka byla bez boczku.
 Z nudow palilem paierosa za paierosem I pisalem wiersze. Moj pierwszy Wierszownik zostal mi skradziony z calym plecakiem w Warszawie  poprzdniego lata. Niestety wiekszosc wierszy nie udalo mi sie odtworzyc ponownie. Czesc jest tez zmieniona.
 Pisalem duzo o samotnosci, o ludziach bez twarzy, o zapomnianej wierzbie na polanie I o labedziach, ktore powrocily z zimowej wedrowki I niezastaly Ciebie.
 Z Polski zabralem kilka ulubionych plyt, lecz nie mialem odtwarzacza by sluchac. Dzien wiec ciagnal sie leniwie I bezdzwiecznie. Cisza byla wszechogarniajaca, lecz jak piekna. Uwielbiam cisze, kazdy kolor jest wtedy wyrazniejszy, kazdy szelest melodia. Kocham nicniemowienie I ustnieotwieranie.
 Kolejny poranek przywital nas obfitym deszczem. W pracy poznawalem kolejnych ludzi I wszyscy oprocz tej balkanskiej dziwki (tak nazwalem szefa) byli ok. Nawet nie znajac angielskiego dogadalem sie I polubilem z Irlandczykiem Mikiem. On byl stolarzem, a ja awansowalem na jego pomocnika. Nasze pierwsze, wspolne zlecenie- ulozenie drewnianej podlogi zrobilismy perfekcyjnie, a nasz szef oznajmil, ze jeszcze nigdy wczesniej Mike tak szybko I dokladnie nie zrobil tego. Uroslem! No I tak przenosili nas razem w rozne miejsca, az minely dwa tygodnie I stac mnie bylo na sciagniecie Kazika.
 Kupilem wiec bilet na pociag I wieczorem pojechalem do Slough z dusza na ramieniu. Gdy sie sciemnilo, zaczailem sie pod domem, upewnilem sie, ze nikogo z miesniakow  nie ma w srodku I po cichutku wszedlem od strony kuchni. Oczywiscie  w domu bylo nadal 20 osob, wiec nie sposob bym nie zostal niezauwazony. Jednak wszyscy przyjeli mnie pozytywnie, pytajac jak mi jest na nowej drodze zycia.
  Z Kazikiem umowilem sie juz wczesniej telefonicznie. Mial swoja komorke jeszcze z Polski, wiec mielismy kontakt. Byl przygotowany do wyjscia. Ta sama trasa, ktora bieglem przed dwoma tygodniami, uciekalem teraz ponownie. Tym razem z Kazikiem. Tym razem bylo lzej. Lzej bylo Kazikowi. W ostatniej sekundzie dopadlismy ostatni pociag do Londynu. Usiedlismy w pustym wagonie w osobnych rzedach obok siebie zapatrzeni w znikajace miasto niewolnikow. Tym razem to moj towarzysz przytulil policzek do zimnej szyby I zasnal zmeczony. Byla 2 nad ranem, bylismy sami w pociagu. Caly sklad, to byly trzy wagony, dobrze oswietlone I mozna bylo zobaczyc z jego konca poczatek.
 Tymczasem na jednej stacji wsiadla grupa czarnoskorych malolatow. Mieli nie wiecej jak 15 lat oraz ich starszy kolega z wygladu 20 lat. Gowniarze w ilosci 5 sztuk szli przez pociag I prowokowali. Pluli, krzyczeli, smiali sie I szukali problemu. Spojrzalem na Kazika- nadal tuli szklo. Zignorowalem to towarzystwo, a oni przeszli obok nie zaczepiajac nas. Jednak ich starszy kolega wrzucil wsteczny bieg I wycofal do mojego kompana. pomachal mu przez oczyma czarna lapa I probuje druga wsadzic w kieszen marynarki. Wszystko to widzialem w odbiciu szyby. Obrocilem sie w mgnieniu oka I zlapalem somalijskiego pirata7 za spodnie podnoszac raban na caly pociag. Krzyczalem bez ladu I skladu jakies bzdury, by tylko go rozproszyc I zdezorientowac. Nawijalem bez przerwy jak syn Hanki Bielickiej I wszystko po Polsku. Koles zrobil wielkie, czarne oczy, podniosl rece  do gory w gescie "poddaje sie" I sploszony wymamrotal: "Ajm mister Bilinski from Somalia, ok ok", I odszedl zdumiony. Chociaz zdumiony to w tym przypadku okreslenie na wyrost. Kazik tylko mlasnal przez sen I nawet nie otworzyl oczu.
 Gdy dojechalismy na Paddington, opowiedzialem mu o calym zdazeniu. Byl zdziwiony I chyba nie uwierzyl na poczatku. A ja do dzis ciesze sie, ze Mister Bilinski nie poczestowal mnie wtedy nozem kuchennym...
cdn

Tuesday, 4 February 2014

Moja bitwa o Anglie cz.5

 Pierwsza noc. Dzis juz nie pamietam co mi sie wtedy snilo. Pamietam tylko to uczucie wolnosci I bezpieczenstwa. Czulem sie prawie tak, jakbym kupil to mieszkanie. Przed snem zjadlem wysmienita kolacje. Co prawda sushi to nie bylo, lecz skutecznie wypelnilo upominajacy sie zaladek. Bylo to danie, z ktorym zaprzyjaznilem sie na kolejnych kilka miesiecy. Rasowa puszka wykwintnej fasoli w sosie pomidorowym. Wam wydaje sie to smieszne, a mi wtedy marzylo sie juz tylko jedno: Aby zarobic tyle, by pozwolic sobie na luksus pod tytulem Fasola w sosie pomidorowym z BOCZKIEM. Tak,to byl moj kolejny angielski dream.
 Po cudownej nocy w czystej poscieli I cieplym lozku pora na sniadanie. Jak przystalo na  prawdziwego emigranta w Anglii, zrobilem sobie dwa tosty I... fasolke w sosie pomidorowym. Do tego pyszna kawa z saszetki zabranej z hotelowej wycieczki. Zyc nie umierac!
 Po sniadaniu czas uzupelnic lodowke I moze wybiore sie do centrum celebrowac sam ze soba swoje urodziny. Moze uda mi sie zadzwonic do corki?
 Wtedy jeszcze nie potrafilem swobodnie poruszac sie po Londynie autobusami, wiec duza kwote pieniedzy pochlanialy tak zwane Travelcard na metro. Metrem o wiele latwiej przemieszczac sie w tej betonowej dzunglii, jednak drozej. Wystarczy zaopatrzyc sie w bezplatna mape. Jest tam dokladnie I wyraznie oznaczona kazda linia metra, kazda innym kolorem. Wypisane sa wszystkie nazwy stacji oraz mozliwe przesiadki. Londynskie metro jest najstarsze na swiecie, nie dawno obchodzilo 150 urodziny.
 Udalem sie wiec na Picadilly Circus, do samiuskiego centrum, celem zrobienia sobie prezentu urodzinowego. Najpierw wykonalem telefon do Polski. Matka po zlozeniu zyczen, oswiadczyla, ze wlasnie umarla moja ukochana babcia. Pieknie. Takiego prezentu sie nie spodziewalem. Smutny I przygnebiony udalem sie do pobliskiego sklepu w celu zakupu srodkow oduzajacych w postaci piwa. Pomyslalem sobie, kupie piwo, usiade gdzies obok, poslucham ulicznego grajka I powspominam babcie. Humor mi sie poprawil, gdy za reszte z piwa wystarczylo mi tez na chipsy. Szalenstwo! Mam puszke piwa I paczke chipsow. Jestem w niebie! Z babcia. Cala impreza kosztowala mnie jednego funta. Az funta!
 Zadumalem sie przy dzwiekach gitary. Jakis bezdomny punk gral kawalki Dylana, obok niego spal duzy pies z glowa oparta o jego nogi. Ludzie zucali im monety I jedzenie, a Mr. Tamburine man do dzis krazy w mojej glowie z obrazem tych dwoch przyjaciol obok siebie.
 Dopalilem skreta I wolnym krokiem poszedlem w kierunku Soho I China Town. Po drodze ogladalem wielkie I bogate okna w chinskich restauracjach, gdzie golymi, opalonymi dupami swiecily kurczaki niczym panienki w solarium.
 Moj zaladek nie byl przyzwyczajony do takich perwersji I upomnial sie o swoja porcje fasoli. Troche musialem go uspokoic. Przecierz dopiero zjadl paczke chrupek I wypil cala puszke piwa I nie wypada tak czesto sie domagac, szczegolnie w tak trudnej dla mnie chwili. Jednak on niepokorny nadal sie zoladkowal. Przeszedlem akurat obok chinskiego bufetu: Wszystko za £5, jedz ile mozesz! Brzmial slogan. Oj, Chinczyku! Zebym to ja mial tego piataka, to bym puscil cie z torbami, pomyslalem. Poglaskalem sie po brzuchu I mijajac jakis gejowski klub udalem sie w droge powrotna do mojego pachnacego I czystego pokoju.
 Postanowilem wysiasc z pociagu stacje wczesniej I przespacerowac sie po okolicy. Lubie chodzic. Lubie chodzic duzo I dlugo. Duzo wtedy mysle I ogladam okolice, podgladam ludzi, czasem zatrzymam sie I napisze wiersz.
 Okolica byla bardzo intrygujaca; nowe wierzowce, cala dzielnica, taki londynski Manhattan, wlasnie bylo w fazie rozwoju. Wszystko na polwyspie otoczonym Tamiza. Natomiast po sasiedzku stary Londyn. Chcialem napisac, dziewietnastowieczny, lecz to miasto, te stare domy, nie zmieniaja sie wogole od dawniej. Gdzie niegdzie tylko wyburza jakas rudere I wstawia nowa plombe.
 Przeszedlem wiec nowoczesnym pasazem, nowoczesnym mostem obok nowoczesnego wierzowca, ktory swoj koniec mial napewno w niebie. Nagle- znalazlem sie w innym filmie. Wygladalo to tak, jakby ktos pilotem zmienil kanal w  telewizorze. Stare domy I ulice, kilka opuszczonych sklepow, jednak duzy ruch. W przyszlosci powstanie tu olimpijski park, olimpijski stadion I wioska dla sportowcow. Jednak wtedy, przenioslem sie do okresu, gdy w okolicy urzedowal Jack the Ripper, w Polsce znany jako Kuba Rozprowacz. Usiadlem na schodach I napisalem krotki wiersz pt. Ptak.
 Po uroczystej, urodzinowej kolacji, posprzatalem puszke po fasolce w pomidorach I usiadlem w fotelu gleboko zaciagajac sie papierosem. Obiecalem Kazikowi, ze wroce po niego jak tylko stane na nogi. Musi jednak jeszcze zaczekac kilka dni. Nie mam nawet na pociag do Slough...
cdn