Wednesday, 31 December 2014

HAPPY NEW YEAR!!!!!!!!!

Dziekuje wszystkim bardzo serdecznie za wspolnie spedzony kolejny rok.
 Zyczac Wam pomyslnosci, zdrowia I spelnienia marzen w Nowym 2015 Roku, zapraszam do dalszej, wspolnej przygody z Wierszownikiem.
Dzis po 18.00 w Radio Bunt poprowadze program sylwestrowy SKA-lwester z Radiem Bunt. Zapraszam do zabawy!
https://www.facebook.com/events/700867996700408/
www.radiobunt.com
Pan Nikt

Saturday, 27 December 2014

Moja bitwa o Anglie cz 55

  Po pomyslnym zakonczeniu odnawiania szkoly, David zaproponowal mi przerobke swojego domu, a dokladnie adaptacje poddasza na dwa duze pokoje z lazienka. Nie mialem w tym doswiadczenia, jednak mozliwosc zarobienia sporych pieniedzy uspila wszelkie obawy. Po naradzie z Mariuszem, ustalilismy, ze zrobimy to ponownie razem. Tym razem jednak zalozymy formalna spolke, a ja zakoncze wspolprace z Leszkiem I poswiece sie w calosci naszym projektom. Usiedlismy w pubie na Portobello Road I uzgodnilismy wszystkie szczegoly. Wygladalo to zachecajaco. Mariusz mial sporo prywatnych zlecen oraz wielu stalych klientow, natomiast David obiecal dolaczyc do naszego ukladu I zostac menagerem. Jego zadaniem mialo byc szukanie zlecen na wlasna reke oraz reprezentowanie nas przed klientami.
 Najbardziej niezadowolony z przebiegu calej sprawy byl Leszek, z ktorym to musialem sie rozstac. Mi tez nie bylo latwo. Polubilismy sie i dobrze sie czulem w jego firmie. Poznalem tam wielu ciekawych ludzi oraz nauczylem sie robic kilka nowych rzeczy. Jednak w pracy nie ma sentymentow. Szczegolnie w naszym przypadku, gdzie nadal splacalismy rozne dlugi.
 Tak wiec przyjelismy oferte cenowa od Davida na przerobienie jego loftu I zaczelismy szukac odpowiednich fachowcow. Jednym z nich okazal sie Sebastian, narzeczony kolezanki od Wioli z pracy. Sebastian sam zglosil sie do mnie, gdy tylko dowiedzial sie o tym projekcie. Zaprosil nas do siebie na obiad I mocno przekonywal z narzeczona, bym to wybral wlasnie jego.
 Sebastian byl typowym reprezentantem polskiej emigracji zarobkowej nowoczesnej Europy. Jak wiekszosc Polakow mieszkajacych w UK nosil dres marki Puma, byl ogolony na lyso, wolny czas spedzal na silowni konsumujac sterydowe koktajle. No I obowiazkowo byl wlascicielem gustownego kija bejsbolowego. Wszystko to ksztaltowalo niepowtarzalna osobowosc Seby- doswiadczonego budowlanca. Oboje zapewniali o duzym doswiadczeniu Sebastiana, wielkim sercu I oddaniu do powierzonych zadan. Ba, jego spryt oraz umiejetnosci organizacyjne siegnely zenitu, gdy zaproponowal jeszcze dwoch doswiadczonych jak on sam ochotnikow do pracy.
 Skoro sytuacja byla tak oczywista I przejrzysta, to ja nie moglem miec jekichkolwiek przeciwstawien I zlecilem mu zorganizowanie tej ekipy. Uzgodnilismy jeszcze cene oraz wszystkie formalnosci. Jako doswiadczony specjalista, plena geba oznmil, ze cala budowa zajmie nam nie wiecej jak 8- 10 tygodni. Jeszcze tylko tradycyjny uscisk dloni prezesa I do roboty!
 Po raz kolejny wszystko wygladalo pieknie I obiecujaco. Nie mialem przeciez podstaw by mu nie ufac, a tym brdziej nie chcialem byc odebrany jako kolejny polski przedsiebiorca z naklejka na czole: CWANIAK.
 Powiadomilem Davida o terminie rozpoczecia pracy, zamowilismy potrzebne materialy, zorganizowalem ruszowanie I pozegnalem sie z Leszkiem. Na drugi dzien spotkalem pod domem Derka, angielskiego menagera, ktory zlecal prace Leszkowi. Po tradycyjnym "How are you?" zaproponowal mi wspolprace. Namowil mnie, bym zorganizowal kilku chlopakow, a on bedzie mi dawal roboty. Tak samo jak Leszkowi. Ucieszylem sie bardzo z tej oferty I zgodzilem sie na wspolprace...
cdn

Saturday, 20 December 2014

Moja bitwa o Anglie cz 54

  Moja krolowa, jak kazda krolowa, do tego w ciazy, miala specjalne zachcianki. I wcale nie byly to sledzie w czekoladzie czy ogorki kiszone prosto z kaszubskiej wsi. Moja zona byla na tyle oryginalna, ze wymyslila sobie, iz bede dokarmial ja goframi z dzemem truskawkowym. Jednak te gofry musza byc z kafejki na Ealing Brodway. Zadne inne nie wchodza w rachube. Uwierzcie! Kilkakrotnie probowalem I za kazdym razem ladowaly w koszu na smieci, a ja musialem ponownie dosiadac naszego fordzika I gnac na sygnale na Ealing. Czesto tez sie zdazalo, ze w srodku nocy przyszla ochota na pizze z malej, wloskiej pizzeri na Chiswick. Oczywiscie jak w poprzednim przypadku, gdybym przywiozl inna, to moglbym sobie z niej zrobic maseczke na twarz lub peleryne przeciwdeszczowa. Tak wiec kursowalem na trasie Ealing- Chiswick na sygnale z goraca pizza I goframi.
 Moja zona coraz wiecej spedzala w domu, wiec kupilem jej na markecie uzywany telewizor. Uzywany, poniewaz az tak jeszcze dobrze nie funkcjonowalismy finansowo. Do tego znalazlem ogloszenie w internecine, ktos za  "pol darmo" sprzedawal zestaw Cyfry + z malym telewizorkiem. Telewizorek wyladowal u Steli w pokoju, natomiast satelita u nas. Namietnie nadrabialismy zaleglosci w ogladaniu polskich seriali: "Alternatywy 4", "Daleko od szosy" I obowiazkowo polskie wcielenie Jamesa Bonda czyli Porucznik Borewicz w kultowym "07 sglos sie".
 Coraz czesciej spotykamy sie z naszymi nowymi znajomymi Monika I Marcinem. Calkiem normalne malzenstwo w naszym wieku z podobnym stazem emigracyjnym.
 Marcin, nieco mlodszy od nas, jednak bardzo dojrzaly w towarzystwie, zablysnal w Londynie jako stroiciel fortepianow. Zawod malo popularny, jednak dobrze oplacany. Wlasciwie Mrcin calkiem przypadkiem trafil do ekskluzywnego salonu do pracy. Wczesniej, jak wiekszosc z nas, pracowal na angielskiej budowie. Jednak ze wzgledu na brak zlecen kariery nie zrobil. Po spaleniu ostatniej klepki parkietu w piecu, postanowil poszukac innego zajecia. Rankiem udal sie do Job Centre, odstal swoje w kolejce, a gdy pani spytala o zawod wyuczony, odpowiedzial polglosem: "Piano tuner" I przyjal jeszcze ciepla oferte pracy jako... kierowca smieciarki. Szczesliwy wrocil do domu, wyobrazajac siebie, technika z dyplomem kaliskiej uczelni, w zielonym uniformie smieciarza. Jednak jak mowi chinskie przyslowie: Co m wisiec, to dynda. Dobrze jeszcze Marcin nie podzielil sie radosna wiadomoscia z zona, a uprzejma pani urzedniczka zadzwonila na Marcinowa komorke z wiadomoscia, iz pojawila sie przed chwila oferta pracy z londynskiego salonu fortepianow I jesli jest zainteresowany, to prosi o powrot do jej biura. Marcin jednak nie byl do konca przekonany odnosnie tej pracy. Siedziba  firmy znajdowala sie w polnocno-zachodniej czesci centrum na Edgware Road, a ich warsztat na polnocy w dzielnicy Kentish Town. Ze Stretham, gdzie wynajmowli mieszkanie, to spory wyczyn przedostac sie tam w godzinach szczytu. Niepewny, po namowie malzonki, wyrusza na interview. Salon okazuje sie bardzo luksusowy, gdzie instrument kosztuje £70 000, rownowartosc limuzyny ze stajni Jaguara, a klientela tego salonu, to cala smietanka establiszmentu I celebrycji. Marcin na poczatek dostal trzykrotnosc stawki smieciarza, skuter, czarny uniform z bialymi rekawiczkami oraz nieunormowany czas pracy jako self-employed. To byl sukces. Musielismy to uczcic.
cdn

Friday, 12 December 2014

Moja bitwa o Anglie cz53

   Dlugo zastanawialem sie dlaczego Waldi tak nagle wrocil do Polski. Oficjalna wersja byla taka, ze ponoc jego zona kupila "last minute" wczasy. Oczywiscie nie wierzylem w to I drazylem dziure, by dowiesc prawdy. Jedna z wersji, ktora najbardziej mi pasowala, to Waldek nie wytrzymal cisnienia w pracy jakie na nim wywieralem. Czyszczenie plastykowych okien, to bylo zbyt trudne wyzwanie dla niego. Nie byl przyzwyczajony do normalnej pracy, a do otrzymywania uwag tym bardziej. Do tego doszedl ten zamach bombowy I Waldkowe kalesony nie wytrzymaly tego nadecia.
 Waldek ucichl na dlugo, niczym Londyn po wybuchu. Wioli menagerowi przypadlem chyba do gustu. Spotykalismy sie coraz czesciej nawet prywatnie. Dawal mi kolejne zlecenia, a pomiedzy nimi urzadzalismy wspolne kolacje I chodzilismy do teatru lub pubu. Nasza sytuacja finansowa nieznacznie sie poprawila, jednak nadal splacalismy polskie zaleglosci.
 Jednym z takich zadluzen, byla spora kwota, jaka muialem zwrocic do pewnego polskiego banku. Kwota spora, a odsetki jeszcze wieksze. Jednak udalo sie w ratach splacic caly kapital, ok. 3 tys. zl., natomiast poprosilismy o umozenie odsetek w kwocie ok. 1300 zl. Po uprzedniej rozmowie z mila pania urzedniczka, napisalismy dlugi list wyjasniajacy nasza prosbe. Pani po dwoch tygodniach powiadomila nas, ze list otrzymala I obiecala zrobic "co w jej mocy". Poprosila, by skontaktowac sie z nia za kilka dni. Tak wiec zrobilismy. pelni nadziei I optymizmu rozmawimy ponownie przez telefon z mila pania Sara. Rozmowa byla bardzo krotka I tresciwa. Przynajmniej dla nas. Pani Sara zameldowala nam, ze sprwa u nich zostala zamknieta I zyczy nam powodzenia. Podziekowalismy grzecznie za pomoc I szczesliwi wrocilismy do Wioli stanu odmiennego.
 Tym razem uwazalismy bardzo. Wiola w pracy oszczedzala sie I bez problemu kozystala ze zwolnienia lekarskiego. Po ostatnim zdazeniu, kupujemy stetoskop I namietnie sluchamy bicia malego serduszka.
 Ustalamy, ze w dniu naszego poznania, 14 wrzesnia, zrobimy slubowanie przed wszystkimi naszymi przyjaciolmi. Czesc z nich przyjechala z Polski, czesc byla na miejscu. Zalezalo mi na tym slubie bardziej niz na urzedowym. Co to za obietnica przed obcym czlowiekiem? Przysiegaj przed wszystkimi przyjaciolmi. Niech oni beda swiadkami, niech ten zwiazek trwa dzieki milosci I zaangazowaniu, a nie dla podpisanego cyrografu.
 Po raz trzeci w zyciu zalozylem garnitur, wypastowalem ponownie lakierki I wykupilem wszystkie roze w kwiaciarni. Obraczki juz mielismy zakupione wczesniej. A wiec recytuje: "Biore was tu obecnych za swiadkow..." I tak dalej. Obraczki, kwiaty, toast, pocalunek I lzy. Wszystkie panie jak na rozkaz w placz. Niestety orkiestry I tancow nie bylo, bylo za to prawdziwe slubowanie z glebi serca.
 Minal miesiac od rozmowy z Sara na temat umorzenia naszych odsetek. Wlasciwie bylismy szczesliwi, ze tak latwo nam to poszlo I nawet bylem sklonny wychwalac ten bank wszem I wobec. Az dnia pewnego w skrzynce na listy znalazlem list z Luxemburga. Duza, biala koperta z wielkimi czerwonymi kulfonami oraz tytulem "URGENT". Nie znalem nikogo w Luxemburgu, kto by mogl miec do mnie jakas wazna sprawe. Ja nie znalem, jednak oni znali mnie. Po otworzeniu tej pieknej I kolorowej papeterii, wyczytalem tlustym drukiem, iz nazywaja sie tak-a-tak, sa firma odzyskujaca dlugi z siedziba w Luxemburgu I wlasnie kupili od banku moje zobowiazanie. Na dzien dzisiejszy jestem im winien 2.800 zl. I musze to uregulowac w ciagu 24 godzin. Jesli nie dostosuje sie do nakazu, to pojawia sie u mnie w domu I w pracy goscie z Luxemburga. Oczywiscie kwota bedzie rosla z kazdym dniem o jakis absurdalny procent. Usiadlem na schodach przed domem I czytalem to jeszcze kilkakrotnie nie wierzac w to co trzymam w reku. Ciezko mi bylo dojsc do siebie I poprosilem Wiole, by mocno mnie kopnela w dupe, bo nic z tego nie rozumie. Zadzwonilem ponownie do "mojego" polskiego banku, by wyjasnili mi dlaczego czuje sie jak polski uczen przy japonskiej tablicy w szkole. Tym razem grzeczny pan potwierdzil slowa plynace z Luxemburga I oznajmil, ze wiecej juz nie musze sie z bankiem kontaktowac. Sprawa jest zamknieta I zpewne zostalem powiadomiony o tym. Tak,zostalem. Przez Sare.
 Nie moglem uwierzyc w to co slysze I czytam. Nie docieralo to do mnie. Jak to zakonczone?? Jaki Luxemburg?? Jakie 2800? Co to za film???
 Ocknalem sie na drugi dzien, gdy otrzymalem telefon ze slynnego ksiestwa Luxemburg, z przypomnieniem o zaplacie. Firma byla na tyle kompetentna I profesjonalna, ze nie tylko znali moje tablice rejestracyjne, ale tez przedstawili mi wiele moich danych personalnych oraz nazwiska ludzi z ktorymi pracuje. Przygotowali sie na 100%. Nie mialem ochoty na ta gre. Z jednego podstawowego wzgledu: Nie moglem narazac na ponowny stres Wioli. Zlapalem wiec karte kredytowa I poszedlem wplacic pieniadze na podany rachunek. Po godzinie otrzymalem kolejny telefon. Tym razem bardziej mily glos podziekowal mi za wplate, poinformowal o zamknieciu sprawy I obiecal przyslac dokumenty potwierdzajace. Taaaa, juz gdzies to slyszalem...

Friday, 5 December 2014

Moja bitwa o Anglie cz 52

  Probuje dodzwonic sie wieczorem do Leszka, by spytac co z jutrzejszym dniem. Jego telefon jednak jest wylaczony. Kontaktuje sie wiec z jego bratem-wspolnikiem. Okazuje sie, ze Leszek jadac ode mnie podazal za autobusem, ktory za chwile wylecial w powietrze. Doslownie. Caly gorny poklad londynskiego pietrusa podniosl sie I rozerwal na kawalki. Z autobusu wylecialo kilka matrwych cial, kilka osob tez wyskoczylo. Wszystko to na oczach Leszka, bezposrednio za autobusem. Leszek przezyl spora traume I nie mogl dojsc do siebie jeszcze przez kolejne miesiace. Nie mogl nawet pracowac, prowadzic biznesu. Zaszyl sie gdzies na odludziu I przeszedl gleboka depresje.
 Nie tylko Leszek lizal rany. Cale UK bylo zachwiane. Ludzie przestali sobie ufac I byli bardziej ostrozni. Na szczescie nikt nie panikowal I chcac zapomniec o tej tragedii, powracalismy do wczesniejszej olimpijskiej radosci. Lecz nie bylo to takie proste. Kazdy zadawal sobie pytanie: Na ile jestesmy bezpieczni? Czy te igrzyska olimpijskie nie beda dobrym momentm by ponownie zaatakowac? Kto stoi za ostatnimi zamachami? Pytan bylo wiele, a MI5, czyli brytyjski wywiad, probowal rozwiazac ta zagadke. I choc na kazdym kroku sa kamery z monitoringiem, to nie tak latwo trafic na ten wlasciwy slad. Trzeba dokladnie przestudiowac kazda minute nagrania, wytypowac podejrzanych I udowodnic im wine. Zadanie bardzo trudne I zmudne. Caly sztab oficerow pracowal dniami I nocami by dac swym mieszkancom satysfakcje. Az po kilku dniach w wiadomosciach BBC pokazano fragment nagran z monitoringu oraz ujawniono nazwika sprawcow. Niestety Waldek nie doczekal juz ogloszenia wynikow I obrazony powrocil do swej polskiej norki.
 Zamachowcami okazali sie wychowani na angielskiej krwawicy muzulmanscy studenci z Leeds, ktorzy ponoc przynalezeli do ugrupowania powiazanego z Al Qaida. I choc domorosli terrorysci okazali sie malo profesjonalni, zeby nie powiedziec "partaczami", to konsekwencje byly bardzo powazne. Zginely 52 osoby, a ponad 700 zostalo rannych. Wszyscy laczymy sie w bolu z poszkodowanymi.
 Na miejsce Waldka Leszek zatrudnia mlodego studenta z Polski. Przyjechal dorobic na wakacje. Bystry I sprytny radzi sobie lepiej od Waldka. Duzo rozmawiamy. Pytam czy nie wytraszyl sie tych wybuchow? Przerwal prace, stanal na przeciwko mnie I spojrzal w oczy... Po chwili milczenia opowiedzial mi swoja historie. Do Londynu przyjechal z trzema kolegami ze studiow. Chcieli duzo pracowac, by uzbierac pieniadze na wycieczke po swiecie I przy okazji podreperowac swoj angielski. Dwa dni po ich przybyciu nastapil ten zamach, ktory omalo ich nie zabil. Gdy kilka dni pozniej, w weekend, wybrali sie na wycieczke po Londynie, do autobusu, ktorym wracali wieczorem do stancji, wsiadla grupa okolo 30 kolorowych, mlodocianych gangsterow. Ze srubukretami w rekach sterroryzowali wszystkich pasazerow, zadajac pieniedzy, telefonow I bizuterii. Cala akcja trwala nie wiecej jak 2 minuty. Kierowca jedynie zdazyl wlaczyc radio by powiadomic policje. Chlopcy profesjonalnie I sprytnie wykonali rabunek I jak szybko sie pojawili, tak jeszcze szybciej znikneli w tlumie. "Moj" student wiec mnie pyta: "Co ja mam matce odpowiedziec, gdy mnie pyta czy jestem tu bezpieczny?" Zamilknelismy. A co ja mialem mu odpowiedziec?? Ze pod rusztowaniem codziennie kilkunastu cpunow laduje w zyle I musi uwazac na strzykawki by nie zarazic sie HIV-em? A moze pokazac mu kolekcje futeralow po laptopach, ktore co rano laduja za naszym ogrodzeniem? Czy moze opowiedziec ten film, jak pewien narkoman blagal na kolanach dilera o kredyt? Pokazalem mu jednak 50 okien, ktore mial umyc. Usmiechnal sie polgebkiem.

 Minely dwa tygodnie. Powoli ogarnialismy chaos po muzulmanskich samobojcach. Zycie toczylo sie dalej, a Tony Blair apelowal o czujnosc I rozwage. Gdy tak apelowal, doszlo do kolejnego zamachu. Tym razem jednak jeszcze wieksi partacze-terrorysci. Nie udal im sie pomysl z wysadzeniem kolejnego autobusu I z plecaka poszla tylko chmura dymu. Kilku odwaznych zatrzymalo delikwenta, a reszta tradycyjnie spanikowala. Co sie pozniej okazalo, polskie media byly lepiej zorientowane od BBC w tym, co sie tutaj wydazylo. Chetnie komentowano,a nawet doradzano co zrobic, by uniknac ponownego ataku.
 Tak, to londynskich atrakcji mamy pod dostatkiem.
 Pozniej po latach, gdy kupilem ksiazke z pracami Banksego, znalazlem zdjecie I opis pewnej jego instalacji. Otoz miesiac po tym jak skonczylismy ten projekt na Soho, on w tej samej alei cpunow ustawil swoja prace. A byla to londynska, czerwona budka telefoniczna przelamana w pol z wbitym kilofem. Mysle, ze nawet spacerowal ogladajac nas przy pracy.
 Jednak zanim do tego doszlo, Wiola zameldowala mi, ze jest ponownie w ciazy!
cdn

Friday, 28 November 2014

Moja bitwa o Anglie cz 51

 Jest 6 lipca 2005 roku. Cieple I sloneczne lato. Miedzynarodowy Komitet Olimpijski oglosil dzis laureata konkursu na organizacje igrzysk olimpijskich w 2012 roku. Konkurencja byla  bardzo silna, jednak to Londyn zostanie gospodarzem tej imprezy. Wszyscy sie ciesza I swietuja. Ludzie koncza wczesniej prace, spotykaja sie w pubach, panuje odswietna atmosfera. Wszedzie pelno brytyjskich flag oraz tysiace trojkolorowych balonow. Nad glowami lataja wojskowe mysliwce rozpylajac kolorowy dym. Radosc I szczescie widac na twarzy kazdego londynczyka. My tez po pracy z Waldkiem oraz reszta zalogi udajemy sie do pobliskiego pubu I dolaczamy do imprezowiczow.
 Nastepnego dnia wszystko mialo wrocic do normy. Wysiadamy z Waldkiem na stacji metra Tottenham Court Road I spokojnie, spacerkiem, popijajac kawe idziemy liczac poranne promienie slonca. Londyn jeszcze polprzytomny po wczorajszej popijawie. Ludzie leniwie I ospale probuja dotrzec do pracy.
 Na miejscu czekal juz na nas Leszek z dostawa farby. Rozmawiamy z nim jeszcze chwile, po czym znika  za rogiem, a my rozpoczynamy kolejny dzien w zyciu emigranta, czli kolejny dzien na rusztowaniu Kylie Minogue. Dobrze, ze chociaz to rusztowanie nie jest plastikowe jak jej muzyka

 Wiola rozpoczynala dzien pracy o 6.00 rano, by o 8.00 szkola byla czysta I gotowa dla dzieci. Nie widywalismy sie wiec rano. Wychodzila, gdy jeszcze spalem. Jednak zawsze dzwonilimy do siebie po osmej, jak juz skonczyla pierwsza zmiane. Tego poranka jednak nie moglem sie dodzwonic do niej. Moj telefon nie dzialal. Waldkowy tez. Nie dzialal tez innego kolegi. Hmm, co jest?- pomyslalem- jakas awaria? I wrocilem do pracy. Bylo juz po 10, wszystkie studia rozpoczely prace, wiec siedzimy cicho wykonujac jakies lekkie I nieskomplikowane zadania. Na korytarzu pusto, tylko pani recepcjonistka bez przerwy rozmawia przez telefon. Po chwili zwrocilismy uage na syreny ambulansow. Bylo ich wiecej niz zwykle I wogole nie milkly. Nie wiem jak wygladala sytuacja na ulicy, poniewaz  wszyscy bylismy od strony podworka, w takiej "polotwartej piwnicy" calkowicie odcieci od swiata zewnetrznego. Widzielismy tylko niebo oraz dochodzily do nas co glosniejsze odglosy. W pewnym momencie zdzwonil moj telefon. To Wiola. Spanikowana, roztrzesiona, chaotycznie mowi, ze byl zamach na londynskie metro, ze wylaczona jest siec telefononii komorkowej I cieszy sie, ze zyje. Ponoc jeden z wybuchow byl blisko mnie. Nie zdazylem dokonczyc zdania, a rozmowa zostala ucieta I telefon ponownie zamilkl. Nie zdazylem sie zastanowic co z tym fantem zrobic, a pojawil sie nasz angielski manager z oswiadczeniem, abysmy wszystko zabezpieczyli I wrocili do domu. Minelo 10 min I znow dzwoni Wiola. Dostaje tez smsy od znajomych. Wiola zdaje mi relacje z TV co sie dzieje w Londynie. Jestesmy w szoku. Wychodzimy na ulice. Ludzi prawie nie widac. Nie kursuje komunikacja miejska, nie kursuja taksowki, nie jezdza samochody. Czasem tylko szybko przejedzie ktos na rowerze. Srodkiem ulic ludzie szybkim krokiem wracaja do domow. Wszystkie sklepy I biura pozamykane. My tez maszerujemy w milczeniu, niepewni co nas spotka po drodze.
 Podczas naszego spaceru dostajemy bezplatna gazete. Dzis wyjatkowo sa rozdawane za darmo. Ogladamy zdjecia z zamachu I czytamy pierwsze informacje. Wyglada to wszystko przerazajaco. Jednak zadnych konkretow I szczegolow.
 Po trzygodzinnej pielgrzymce docieramy do domu. Wiola rzuca mi sie na szyje I caluje jakbym wrocil z wojny. Caluje mnie I placze. Opowiada ze zlami  w oczach co sie wydazylo. W trzech pociagach metra oraz w jednym autobusie zostaly podlozone bomby. Jednym z tych pociagow jezdzilismy z Waldkiem codziennie do pracy. Codziennie o 7 rano. Mialem szczescie. Bomba wybuchla w nim o 8.20. Nie powiem, spocilem sie. Po obiedzie wychodzimy z Waldim poszukac jakiegos otwartego sklepu. Chcemy kupic odstresowujaca flaszke whisky. Mielismy szczescie. Niektore sklepy postanowily juz sie otworzyc. Nadal jednak ruch na ulicach byl praktycznie wstrzymany. Wszedzie pelno policji, a grobowa cisze przeszywa tylko co jakis czas nieoznakowany radiowoz tajniakow pedzacy na sygnale. Co ciekawe, znikneli wszyscy Muzulmanie z widoku. Niecodzienne zjawisko w Londynie, a szczegolnie na Shepherds Bush.
cdn

Saturday, 22 November 2014

Moja bitwa o Anglie cz 50

   Udalo nam sie skonczyc o czasie to zlecenie. Jednak z kilkoma malymi wybrykami wspomnianych chlopcow. David oraz dyrektor szkoly byli bardzo zadowoleni z naszej pracy I od razu umowilismy sie na kolejne. Tym razem odswierzenie nieduzego biurowca w podlondynskim Guliford. Tym razem praca tylko w weekend oraz w nocy, wtedy gdy ludzie nie pracuja. Zabralem wiec ze soba dwoch ochotnikow I przez piatek, sobote I niedziele pokolorowalismy cale biuro rachunkowe. Ponownie zarobilismy dobre pieniadze I moglismy wreszcie zrobic zakupy w Tesco zamiast w Netto. Udalo nam sie nawet kupic pierwszy nasz samochod, Forda Mondeo- Kombi. Wyruszylismy nim w dziewicza podroz nad morze. Zostalismy tam na noc relaksujac sie w hotelu z widokiem na fale. Zasluzony odpoczynek.
  Odwiedzil nas moj przyjaciel Waldek. Dopiero teraz, gdy granice zostaly otwarte, mogl ponownie przyjechac do UK. Poprzednio probowal dwukrotnie na moje zaproszenie. Niestety pieczatka "misia" w paszporcie skutecznie odstraszala straznikow na angielskiej granicy.
 Staropolskim zwyczajem zalatwilem mu prace w naszej firmie, a nawet w mojej brygadzie. Rozpoczelismy nowy projekt w centrum Londynu w slynnym Soho. Byl to duzy dwupietrowy budynek, w ktorym miescilo sie kilka agencji reklamowych, ktore to nagrywaly reklamy na potrzeby radiowe. Wspolwlascicielka jednej z tych agencji byla niejaka Kyle Minogue, australisjka gwiazdka pop. Naszym zadaniem bylo naprawic I pomalowac elewacje, naprawic pointing, czyli fuge pomiedzy ceglami, wymienic caly system rynien, ulozyc specjalny chodnik na plaskim dachu, przerobic dwie toalety dla niepelnosprawnych oraz umyc wszystkie 50 okien. Awansowalem na brygadziste I rzadzilem Waldkiem I reszta zalogi. Oczywiscie "rzadzilem", to okreslenie na wyrost I z przekasem. Warunki pracy mielismy smieszno-normalne. Praktycznie od 10 rano do 15 nie moglismy wogole halasowac. moglismy wykonywac tylko lekkie prace, by nie zaklocac pracy w studiach nagran. Mielismy Toi Toia, moglismy korzystac ze studyjnej kantyny, mielismy zaplecze, gdzie moglismy trzymac nasz sprzet I schowac sie przed deszczem.
 Codziennie rano, jako odpowiedzialny brygadzista robilem obchod calej budowy I sprawdzalem czy rusztowanie  jest w calosci I czy wszystko sie zgadza. Po kilku dniach zrezygnowalismy z uzywania Toi Toia I nakazalem go zabrac. Lokalne cpuny urzadzily sobie w nim meline  I nie baczac na nas, ladowali po "kablach" rozne swinstwa. Zuzyte strzykawki zucali gdzie popadnie, a sami czesto na czworakach wychodzili z naszego przybytku rozkoszy. Gdy w koncu firma zabrala ta toalete, to problem I tak sie nie skonczyl. Tym razem upatrzyli sobie wyjscie przeciwpozarowe I tam kontynuowali swa destrukcje. Nie moglismy ich sie pozbyc. Na przeciwko naszego budynku byla przychodnia lekarska dla uzaleznionych. Niektorzy wychodzili stamtd  z porcja swierzutkich, pelnowartosciowych, legalnych dragow. Inni wychodzili z wbitym wenflonem w zniszczona reke  I zaraz w bramie aplikowali caly ladunek. Niestety problem strzykawek nie zniknal, a wrecz pogorszyl sie. Tym razem wszystkie narkomanskie odpady wzucali nam za plot lub na rusztowanie. Nie wygladalo to bezpiecznie I nie moglismy znalezc sposobu jak temu zaradzic. Sytuacja nawet sie pogorszyla. Zaczelo pojawiac sie w naszej alejce coraz wiecej dilerow. Widzialem obrazy rozpaczy I blagania. Ludzie o wode czy jedzenie tak nie zebrza jak o dzialke ulubionego narkotyku. Dochodzilo do zalosnych scen,gdy taki uzalezniony nieszczesnik ukradl lub w inny sposob znalazl pieniadze na zbawienna dzialke, gdy odnalazl zbawiciela ze zlotym srodkiem, czasto padal na kolana, gdy mu braklo kilku pensow I calowal buty pana dilera. Ten czesto w akcie pogardy odpychal I kopal zgnilego cpuna zucajac na brudny chodnik drogocenny narkotyk. Widzialem jak handlarz zyciem zucil tabletke, moze LSD? Spragniony narkoman blagal o lyk wody by popic. Nie doczekal sie. Wszechmogacy diler polal dlon woda z butelki, w ktorej trzymal tabletke I na tym skonczyla sie dobroc.
 Bylismy w polowie projektu, gdy pewnego dnia policyjne syreny wyly inaczej niz zwykle. Bylo ich wiecej. Duzo wiecej. Cos sie wydazylo. Cos sie stalo w okolicy, jednak nie wiemy co. Nasze telefony nie dzialaja, nie mamy radia by posluchac wiadomosci, w studio cisza. Wszyscy nagrywaja. Wszedlem na dach, jednak poza para ekshibicjonistow na balkonie nic ciekawego nie zauwazylem. Po kilkunastu minutach pojawil sie jeden z angielskich menagerow z komunikatem, abysmy natychmiast przerwali prace, zabezpieczyli wszystko I jak najszybciej wracali do domow.
 Jaki byl tego powod? To juz w nastepnym odcinku. Zapraszam!

Monday, 17 November 2014

Moja bitwa o Anglie cz 49

   Po smutnej I mokrej zimie nastala sloneczna wiosna. W pracy z Mariuszem I Lukaszem ukladalo mi sie dobrze. Nawet bardzo dobrze. Ich zleceniodawca Leszek, zauwazyl moje starania oraz efekty I uparl sie bym pracowal bezposrednio dla niego, co nie w smak bylo moim dwom kolegom. Dostalem podwyzke I bylem traktowany calkiem przyzwoicie. Mialem nawet wrazenie, ze obie strony rywalizuja o moje wzgledy. Obie strony bardzo chcialy mi sie przypodobac I nawet robily mi drobne niespodzianki. Czesto Mariusz kupowal mi kawe. W naszym przypadku, gdzie pracowalismy na zewnatrz, bez kantyny, w jakiejs slepej uliczce, kawa do drugiego sniadania byla rarytasem. No chyba, ze ktos byl szczesliwym posiadaczem termosu, to mogl przed wyjsciem do pracy zaparzyc sobie na zapas. Trafil mi sie tez kilkakrotnie w prezencie powiekszony zestaw z Mc. Donald's, komplet amerykanskich superpedzli czy kufel spienionego szalenstwa po pracy. Czulem sie rozpieszczany I dobrze mi z tym bylo.
 Po dlugich poszukiwaniach udalo nam sie wynajac skromne mieszkanie na Shepherds Bush. Nie duzy one bedroom flat, czyli jedna sypialnia z salonem + kuchnia I lazienka. Mieszkanie czyste, umeblowane, na parterze, blisko do centrum I do szkoly, a na dodatek prawie za sciana z Daria I jej ojcem-terrorysta. Stela dostala sypialnie, a my ulokowalismy sie w living roomie, czyli w salonie. Brakowalo nam tylko ogrodu lub chocby metra kwadratowego trawy przed domem. Slonce nadal swiecilo mocno, a my probowalismy stworzyc dom w wynajetym lokalu.
 Nadszedl koniec roku szkolnego. Pierwszego dla Steli. Wiola tez zalapala sie na platny urlop szkolny, a ja otrzymalem propozycje od Wioli menagera Davida.
 David byl Irlandczykiem, byl menagerem w firmie sprzatajacej nasza szkole. Zaproponowal mi malowanie calej szkoly. 42 klasy, 6 dlugich korytarzy, 2 klatki schodowe, kuchnia z jadalnia, aula z pokojem dyrektora szkoly. Propozycja bardzo mi sie spodobala.
 Wreszcie pojawily sie na horyzoncie jakies perspektywy na polepszenie naszego statusu. Pomimo mojej podwyzki w pracy, nadal bylo nam ciezko I musielismy niezle kombinowac przy robieniu zakupow. Nawet doszlo do powaznej klotni z rodzicami Wioli. Pozyczyli oni Wioli pieniadze na wyjazd do UK, jednak po roku cyferki im sie pomylily. Dodali jedno zero. Niby tylko zero, ale w przypadku tysiaca zlotych robi sie dziesiec tysiecy. Sytuacja bardzo niezreczna I trudna. Jak tu udowodnic racje? Przeciez nie mamy rachunku z kasy. Doszlo do tego, ze przestalismy rozmawiac na pewien czas.
 Propozycja Davida byla bardzo atrakcyjna I soczysta. Wystarczylo opracowac strategie I wystawic cene za zlecenie. Niby proste, a jednak nie moglem spac przez dwie noce. Szkola miala byc pomalowana w dwa letnie tygodnie. Nie bylo mowy nawet o jednym dniu opoznienia, czy jakimkolwiek bledzie. Wszystko mialo odbyc sie perfekcyjnie I bezbolesnie. Aby tak sie stalo, musialaby pracowac ze mna profesjonalna brygada sprytnych fachowcow. Aby taka zdobyc, musze dysponowac odpowiednim budzetem. Jedyne madre rozwiazanie jakie mi przychodzilo do glowy, to prosba Mariusza I Lukasza o pomoc. Szczesliwie zgodzili sie, a ja zostalem project menagerem. Opracowalismy strategie dzialania oraz przedstawilismy Davidowi kwote jakiej sie spodziewamy. Udalo sie I Davidowa firma nie tergujac sie z nami przyjela nasza oferte.
 Tak, to polowa problemu z glowy. Teraz trzeba znalezc ludzi do pracy. Umiescilem ogloszenie w internecine, powiadomilismy znajomych I czekalismy na odzew. Musialem wziac dwa tygodnie wolnego od pracy u Leszka aby w 100% przypilnowac tego projektu.
 Nazajutrz, po ukazaniu sie ogloszenia rozdzwonily sie telefony. Skontaktowalo sie z nami ok. 300 osob, jednak potrzebowalismy tylko 15. 15 sprawnych I chetnych, 15 doswiadczonych z narzedziami I pelnymi glowami entuzjazmu. Nie bylo to proste zadanie jakby sie wydawalo. Wiekszosc z kandydatow nie wiedziala o jakie podstawowe narzedzia malarskie nam chodzi by rozpoczac prace. Pozostali zadali kosmicznych pieniedzy I probowali sami ustalac warunki pracy. Bardzo mi sie to nie podobalo. Doszlismy jednak do kompromisu I wybralismy 15 najlepszych. 15 najlepszych z grupy 300 osob, by nie pomylic z 15 najlepszymi malarzami. Chlopcy pelni zapalu I energii I nawet wiedzieli od czego zaczac. Przez cale dnie sam dowodzilem ta brygada, a Mariusz dolaczal do nas wieczorami I w weekendy. Praca szla nam dobrze, a David bezproblemowo wystawial kolejne czeki.
cdn

Saturday, 8 November 2014

Moja bitwa o Anglie cz 48

     Szybko wrocilem do domu. Pocieszalem I przytulalem. Jednak coz to za pociecha dla matki za utrate dziecka? Nawet nie znalismy plci, bylo zbyt wczesnie na okreslenie. Umowilismy sie tym razem na zabieg aborcyjny. Bardzo nie mile przezycie. Smutni wrocilismy do domu, po drodze kupujac butelke whisky. Upilismy sie tego wieczoru pocieszajac I planujac kolejna ciaze. jednak ciaza, podobnie jak ABW pojawia sie z zaskoczenia I nie jest tak latwo sobie traffic plemnikiem do celu. Na poprawe humour, za ostatnie pieniadze jezdzimy na wycieczki po angielskiej ziemi. Spedzilismy upojne dni w Oxfordzie, Brighton, Portsmouth oraz w kilku innych miastach namietnie probujac podbic statystyki narodzin.
 Stela zmienila sie po tym ostatnim wydazeniu. Napewno nie byla juz taka szara myszka. Zycie szkolne nauczylo ja, by miec silne lokcie I niewypazony  jezyk. Niestety londynska dzungla nie uznaje sentymentow. Moze Stela w kolejnych latach juz nie musiala walczyc o przetrwanie w szkole, ale napewno musiala byc silna, czujna I nie dac poznac po sobie, ze sie boi. Jej somalijska przyjaciolka Asma, nadal byla blisko I chetnie spedzaly czas. Niestety tylko w szkole. Asmy ojciec byl bardzo restrykcyjnym muzulmaninem I nie pozwalal im sie spotykac poza szkola. Stela poznawala nowe kolezanki w okolicy. Jedna z nich byla Daria, ladna blondyneczka o dwa lata starsza od Steli. Nie dawno przeprowadzili sie cala rodzina do UK I mieszkali w naszym sasiedztwie. Darii matka desperacko szukala jakiejs pracy, wiec Wiola pomogla jej I chetnie zalatwila jej zatrudnienie w swojej szkole. Jednak Darie cos gnebilo, byla jakas dziwna. czesto mowila, ze chetnie uciekla by z domu na koniec swiata. po pewnym czasie wyszlo na jaw, ze Darii ojciec terroryzuje cala rodzine I chetnie uzywal sily wobec calej familii. Ktoregos dnia Daria przyszla do Steli ze skarbonka I namawiala ja, by razem uciekly do Nowego Jorku. Cale szczescie ja nie nalezlalem do familijnych terrorystow, a Stela zawsze dzielila sie z nami takimi informacjami I moglismy szybko reagowac.
 Dzis Daria ma juz odchowane dziecko. Zaszla w ciaze w wieku 16 lat, dostala mieszkanie socjalne I beztrosko klepie biede z zapomogi spolecznej. Minelo juz 10 lat, a jej matka nadal pucuje te same pisuary w tej samej szkole. Niestety braklo czasu I checi by nauczyc sie jezyka, wziac sie za siebie, pomyslec o przyszlosci. Nadal mieszka z mezem-bokserem na wynajetym poddaszu I pewnie nadal nazeka na los emigranta.
 Ktoregos dnia, gdy juz prawie zapomnielismy o perfidnym ataku w szkole, w wiadomosciach wieczornych BBC podalo, ze niedaleko naszego domu, kilka ulic dalej, doszlo do bestialskiego mordu na pietnastolatku. Chlopak wracal ze spaceru z psem, gdy tuz pod domem zaatakowala go grupa rowiesnikow. Po celnym ciosie nozem prosto w serce, chlopak osunal sie po bialym murze zostawiajac czerwona smuge oraz dziesiatki zszokowanych gapiow. Wszystko dzialo sie w bialy dzien na ruchliwej ulicy, przy wielu swiadkach. Ta sama grupa malolatow, ktora poprzednio zaatakowala moja Stele, tym razem upolowala inna ofiare. Niestety ten mial mniej szczescia. Jeden z atakujacych chcial bardzo nalezec do tego gangu, wiec dostal zadanie do wykonania. Mial wykazac sie odwaga I sprytem. Wykazal sie przy pierwszym napotkanym koledze z klasy. Wszyscy oni, razem ze Stela chodzili do tej samej szkoly, wszyscy znali sie dobrze, mieszkali nawet w sasiedztwie. Mieszkali, bo teraz odsiaduja dlugie wyroki, a w miejscu gdzie zginal ten chlopak, zawsze jest pelno kwiatow oraz caly mur zapisany pozegnaniami z zamordowanym kolega. Stela bardzo przezyla ta smierc. Przeciez moglo to I ja spotkac.
 Zblizalo sie lato oraz koniec roku szkolnego. Spytalismy naszego landlorda o odswierzenie mieszkania, lecz w odpowiedzi dostalismy wypowiedzenie I musielismy szukac nowego gniazdka. Pomimo tych ostatnch zajsc, chcielismy zostac w tej okolicy. Bylismy blisko centrum, mielismy blisko do pracy, dobre polaczenia komunikacyjne, Steli w szkole ukladalo sie coraz lepiej. Nie chcielismy tego zmieniac. Jednak o tym juz w kolejnym odcinku Mojej bitwy o Anglie...

Friday, 31 October 2014

Moja bitwa o Anglie cz 47

    Koledzy, ktorzy odeszli ze mna z tej firmy ochroniarskiej, szukali pracy w podobnym charakterze, ja natomiast dalem sobie z tym spokoj I skoncentrowalem sie na pracy dla Mariusza I Lukasza oraz coraz czesciej pracowalem prywatnie.
 Jeden  z tych kolegow dostal ciepla posadke przy ochronie pola golfowego gdzies pod Londynem. Jezdzil Melexem po calym osrodku I pilnowal by nikt nieproszony nie zaklocal spokoju grajacym serom I geltelmanom. Inny nie trafil tak dobrze I postawili go na bramce w klubie dla transwestytow. Rozrob nie bylo, wiekszosc z nich byla nastawiona pokojowo. Nawet za bardzo I czasami bezczelnie probowala sie spouchwalic z przedstawicielem strazy pozadkowej. Wszystko to jednak wynagradzala mu firma, placac soczyste £25 za godzine pracy.
 Pewnego popoludnia, gdy Stela skonczyla lekcje, jak zwykle chciala ic do mamy na pogawedke przed powrotem do domu. Jednak droge zastapila jej grupa dzieci ostro wyzywajac I popychajac. Epitety byly bardzo mocne I siarczyste. Ich rodzice musieli sporo sie natrudzic by wpoic im tyle nienawisci, zlosci I przeklenstw. Cala banda zaszczuli bezbronna Stele I byli gotowi nawet ja pobic. Na szczescie udalo jej sie uciec I schowac za matka. Podeskcytowani gowniarze, adrenalina az im parowala z uszu, niczym rozwscieczona wataha wilkow nie odpuszczala I zupelnie ignorujac Wiole I jej polcenia atakowali nadal. Wszyscy krzyczeli I popychali Stele. Przeklinali I wyzywali moje dziewczyny od najgorszych. Niestety trwalo to dluzsza chwile zanim odpuscili. Dzis juz nie pamietamy jak do tego doszlo, ale nagle wszyscy znikneli I zapanowala bloga cisza. Moje dziewczyny byly bardzo wystraszone tym co sie przed chwila wydazylo. Nie byly pewne, czy oni nie czekaja poza szkola. A moze bedzie ich tam jeszcze wiecej? Niestety pracowalem na drugim koncu Londynu I zajelo by mi zbyt wiele czasu by znalezc sie z nimi. Jednak bylem przy nich duchem. Rozmawialismy przez telefon I jak moglem, tak wspieralem I uspakajalem. Na szczescie bezpiecznie dotarly do domu. Nastepnego dnia wyjasnila sie cala afera. Stela jeszcze nie znala dobrze angielskiego, a szkolnego slangu tym bardziej. Nie zrozumialo dziewcze, ze swoja uroda I temperamentem zwrocila uwage szkolnych gangsterow I za wszelka cene chcieli sie z nia zakolegowac. Stela jednak nie skorzystala z propozycji I trzymala sie od nich z daleka.
 Nastala mokra angielska jesien. Szaro I ponura za oknem. Moja obecna praca byla glownie na zewnatrz. Ciezko bylo mi chodzic po mokrych dachach I rusztowaniach. Cale szczescie mialem placona dniowke, a nie za zlecenie I w razie obfitego deszczu, spokojnie moglem przeczekac w jakiejs kafejce przy kubku goracej kawy.
 Staropolskim zwyczajem, zostalismy zaproszeni na  imieniny do naszyh nowych znjomych. Impreza, a jak, miala odbyc sie w ich popularnym domu. Zaprosili wszystkich lokatorow oraz dwa tuziny znajomych. Typowa pokazowka. Lidka rozpoczela nie dawno prace w magazynie I bardzo jej zalezalo by sie pochwalic przed wszystkimi awansem spolecznym: od praczki do pakowaczki. Jej praca polegala na pakowaniu zakupow do siatek. Sklep byl tak potezny, ze zatrudnial kilka tysiecy ludzi. Kilka tysiecy plus Lidke. Byla tak dumna z tej pracy, jakby conajmniej zostala menagerem w salonie sprzedazy fortepianow. Byla tak podniecona, ze az namowila Wiole na zmiane pracy. Wiole jednak podniecaja inne rzeczy I z rezerwa przyjela propozycje. Lidia jednak nie odpuszczala I umowily sie, iz pewnego dnia pojada razem na interview.
 Gdy tak sobie biesiadowalismy, zajadajac kurze nozki I bigosy, popijajac szkocka, Wiola zniknela na dluzsza chwile. Dom byl wielki z kilkoma lazienkami, wiec nim sie spostrzeglem I pdnalazlem ja, to minela dluzsza chwila. Niestety byla cala blada I przestraszona. Dostala jakiegos krwotoku I silnego bolu brzucha. Bylismy oboje przestraszaszeni I bardzo martwilismy sie o nasze malenstwo.
 Impreze zakonczylismy wczesniej niz planowalismy I udalismy sie do domu. Bol I krwawienie szybko ustaly. Wiola poczula sie lepiej.
 Jednak kolejne dni byly inne niz w poprzednich tygodniach. Nasze malenstwo schowane w Wioli lonie juz nie ruszalo sie. Umowilismy sie na skan USG do lekarza. Nie wiem dlaczego puscilem Wiole sama na ta wizyte? Nie mialem jakiejs pilnej pracy, a jednak poszla sama. Podczas mojej przerwy na lunch zadzwonila. Okazalo sie, ze ze zla wiadomoscia. Nasze nienarodzone jeszcze babe dostalo zawalu serca I umarlo. Prawdopodobnie na wskutek duzego stresu matki. Prawdopodobnie na wskutek tego idiotycznego zachowania w szkole. Bylismy zrozpaczeni...
cdn

Friday, 24 October 2014

Moja bitwa o Anglie cz 46

      Kolejnych prywatnych zlecen na razie nie mialem I skupilem sie na pracy u Mariusza I Lukasza. Mieli nie wiele wieksze doswiadczenie ode mnie, jednak calkiem przyzwoity uklad z polskim podwykonawca, ktory to wykonywal zlecenia dla duzego, angielskiego kontraktora. Bardzo zagmatwany uklad I duzo gardel do wyzywienia po drodze. Praca jednak podobala mi sie I czulem sie dobrze pracujac z nimi. Mielismy duzo zlecen, a moje starania I poswiecenie owocowaly podwyzka I kilkoma bonusami. Nauczylem sie kilku nowych rzeczy, chetnie pracowalem na dachu, wymieniajac polamane dachowki I ukladajac olowiane kolnierze. Podziwialem Londyn z wysokosci. Czulem sie tam swobodnie. Nikt nie mial odwagi wejsc do mnie I skontrolowac jak pracuje. To ciekawe, bo jeszcze przed wyjazdem do UK mialem lek wysokosci. I to bardzo powazny. Mialem problem przechodzac nawet przez most lub spogladajac przez okno wiezowca. Teraz czulem sie wysmienicie lamiac ten starch. Czulem sie wolny, czulem sie wygrany
 Kolejne zlecenie w ochronie dotyczylo obslugi Latin Festival w centrum Londynu, na poludniowym brzegu Tamizy. W piekna, sloneczna sobote, w cieply pazdziernikowy weekend, spacerujac wzdluz rzeki zabezpieczalem bawiacych sie Latynosow. Impreza spokojna, ciepla atmosfera I przyjemna muzyka, a na zakonczenie pokaz sztucznych ogni. Pokaz zorganizowany przez firme organizujaca pokaz na olimpiade w Grecji, a pozniej w Londynie. Na koniec jeszcze dostajemy "tone" jedzenia od wlascicieli budek, ktorzy nie sprzedali wszystkiego. Mam dwie torby meksykanskich przysmakow I probuje znalezc nasza przenosna przebieralnie z nasza zaplodniona kolezanka. Bladze jednak, chodze w kolo I przypomina mi sie wycieczka do Paryza, gdy szukalem stacji metra. Nie moge jej znalezc! Ulice juz puste, a ja, plus dwoch kolegow stoimy jak ciecie w srodku Londynu w uniformach calkowicie zdezorientowani. Niezadowoleni wracamy do domu.
 Na nastepny dzien, po przebudzeniu robimy sobie meksykanska uczte, a po niej dzwonie do naszego biura, zapytac sie, co sie stalo z przebieralnia I z moja dzinsowa kurtka. Pani "biurwa" grzecznie mi odpowiada, ze przebieralnia odjechala o 22.00, poniewaz nie mieli licencji na dluzszy postoj, a moja kurtke moge odebrac w siedzibie firmy w Ilford. Dla nieznajacych topografii Anglii podpowiem, ze Ilford lezy na polnocnym-wschodzie Londynu, natomiast ja mieszkalem na zachodzie. Gdybym chcial pojechac np. autobusem, to cala wycieczka zajela by mi ok. 4 godzin. Propozycja wydala mi sie mocno bez sensu. Zaproponowalem wiec pani biurwie, by przy najblizszej okazji pracy w Royal Abert Hall, ktos mi ja tam "podrzucil", tak bedzie najwygodniej. Pani niestety nie zgodzila sie na moja propozycje. Ponoc kurtka znalazla sie w depozycie I tylko ja osobiscie moge ja odebrac. Smiesznie to wygladalo. Szkoda tylko, ze nie musialem byc osobiscie przy tym jak sie tam znalazla! Bylem mocno niezadowolony, mowiac dyplomatycznie I mialem dosc tej firmy oraz tej mlodej zaplodnionej, afrykanskiej dziewczyny. Nie tylko mi ginely rzeczy. Duzo osob bylo poirytowanych jej zachowaniem. Wielu ludzi zrezygnowalo z tej pracy. Ja tez podjalem ten krok I wiecej juz tam sie nie pojawilem.
 Szkoda mi bylo tych koncertow. Zobaczylem wielu artystow z bliska, od strony garderoby, calkiem prywatnie, uczestniczylem w wielu ciekawych imprezach, na ktore nigdy bym osobiscie nie kupil biletu lub poprostu by mnie nie wpuscili. Jednak utrata dwoch  ulubionych czesci garderoby oraz coraz gestsza atmosfera, nie pozwolily mi tam kontynuowac pracy. Owszem, spotykalem sie nadal z poznanymi tam ludzmi I dlugo jeszcze utrzymywalismy kontakt.
 Teraz moglem wiecej czasu poswiecic mojej ciezarnej krolowej, ktora nadal piescila zaszczane pisuary, szorowala pobazgrane lawki I odklejala gumy do zucia z krzeselek.
 Jednak pewnego dnia podczas tej pracy doszlo do przykrego zdazenia. Do ohydnego ataku rasistowskiego na Stele oraz stojaca w jej obronie Wiole...
cdn

Friday, 17 October 2014

Moja bitwa o Anglie cz 45

 Dzis analizujac caly okres nauki Steli, dochodze do wniosku, ze bardzo dobrze sie stalo, ze w calej szkole byla tylko jeda dziewczynka, ktora potrafila rozmawic lamana polszczyzna. Byla pol Polka- pol Kolumbijka I prawie od urodzenia mieszkala w Londynie. Ten brak kontaktu z ojczystym jezykiem tylko pomogl Steli w szybszym opanowaniu angielskiego. Zaprzyjaznila sie z piekna Somalijka I razem spedzaly czas, rowniez poza szkola. Asma nauczyla ja jak przezyc w szkole, tlumaczyla I pomagala w lekcjach, a nawet wstawiala sie za Stele, gdy ktos probowal ja zaatakowac.
 Dzis w kazdej szkole, jest grupa polskich dzieci I pracuje  conajmniej jeden polski nauczyciel. Moim zdaniem nie jest to dobra praktyka. Majac Stele za przyklad, moge stwierdzic, iz dzieci szybciej naucza sie jezyka bez ingerencji polskich nauczycieli
 Jedna z kolezanekWioli z pracy, razem z mezem, zaprosila nas na piwo do pubu. Bylo nam bardzo milo z tego powodu, jednak nie moglismy sie zdecydowac czy stac nas na takie szalenstwo. Po dlugim namysle, oraz usilnych namowach strony zapraszajacej, odwiedzamy najpierw ich dom, by nastepnie razem udac sie w angielskie miejsce rozpusty.
 Nasi nowi znajomi byli w podobnym wieku, oraz z podobnym stazem na emigracji. Mieszkali z dwiema corkami w wynajmowanym pokoju w duzym domu. Dom tak przeludniony I gwarny, ze nie sposob bylo w nim odpoczac po pracy. Mieszkalo w nim kilkunastu Polakow, kazdy ciagle gdzies chodzil, trzaskal drzwiami, muzyka gdzies glosno grala I wszyscy przekrzykiwali sie by sie komunikowac. Drzwi wejsciowe nigdy sie nie zamykaly I zawsze ktos ich odwiedzal. Ten dom niczym Londyn, nigdy nie zasypial.
 Wspanialy wieczor  z nowymi znajomymi zakonczyl sie nad ranem, a zarobione pieniadze przy remoncie restauracji pozwolily znow posmakowac spienionego napoju bogow.
 Zmeczeni nadmiarem wrazen, oszolomieni muzyka I piwem wracamy nocnym autobusem. Usiedlismy wygodnie na gornym pokladzie londynskiego pietrusa. Jak na 3 rano ludzi calkiem sporo.
Czesc z nich,tak jak my, wraca z roznych imprez. Niektorzy sciagaja buty, klada sie na siedzeniach, spia wtuleni w ramie ukochanego. Druga grupa to ludzie jadacy do pracy. Czysci, pachnacy, ogoleni. Wszystkich laczy milczenie oraz chec znalezienia sie w lozku. Ten blogi stan zakloca grupa malolatow wsiadajacych na kolejnym przystanku. "Zapakowali" sie na gorny poklad I usiedli tuz za nami, zajmujac cala, dluga kanape. Dwie biale dziewczyny I dwoch kolorowych chlopakow. Mieli nie wiecej niz 15 lat. Zachowuja sie bardzo prowokujaco I glosno. Chlopcy popisuja sie przed dziewczynami, a one, zadne wrazen, podkrecaja atmosfere komentujac. Jeden z nich wstaje I wiesza sie na poreczy. Buja sie niczym na hustawce, az w koncu tak zawieszony kopie obu nogami chlopaka siedzacego obok mnie. Kopie go kilkakrotnie, za kazdym razem mocniej. Chlopak przysypial z policzkiem przy szybie, wiec nawet nie wiedzial dlaczego tak sie dzieje. Czy to dlatego, ze nie skasowal biletu? Czy moze przespal przystanek I teraz w taki sposob budzi sie pasazerow. Wygladal na australijczyka, wiec mial prawo nie znac obyczajow panujacych w Transport For London. Wiekszosc pasazerow obrocila glowy w druga strone, podkreslajac swoja obojetnosc dla przemocy. Natomiast towarzysze kolegi kopiacego mieli fantastyczna zabawe I pokaldali sie ze smiechu na fotelach. Gdy jego kolezanki zaczely bic brawo, nie wytrzymalem tej pogardy, tej bezsensownej gry w kopanie spiacego I bezbronnego chlopaka. W sekundzie wstalem I zlapalem gowniarza za szyje podnoszac go conajmniej 20cm nad podloga, tak by jego oczy zrownaly sie z moimi. Scisnalem mocno jego podgardle, zmrozylem oczy, nabralem powietrza w pluca, by zrobic zludzenie optyczne I stac sie ciut wiekszym I z opanowaniem syknalem mu prosto w twarz: Kopnij go raz jeszcze, a urwe ci ten pieprzony leb I wyrzuce go przez okno! Po czym pchnalem go z calej sily na tylne siedzenie. Kopacz wpadl na swych kompanow, grzywka mu sie zburzyla I koszulka lekko wygniotla. Byl chyba w wiekszym szoku od australijczyka. Wszyscy z otwartymi gebami siedzieli niczym skarcone szczeniaki w kojcu. Zaslaniajac wlasnym cialem droge ucieczki dla chlopaka, podnioslem palec I nic nie mowiac pokiwalem jak ojciec I usiadlem na swoim miejscu obok Wioli. Gowniarze szybko zbiegli na dol w pogoni za aborygenem, jednak kierowca zamknal juz drzwi I odjezdzal z przystanku. Niezadowoleni wrocili na gore, a ja przygotowany na drugi akt, zacisnalem piesci. Niepotrzebnie. Usiedli na swych miejscach mruczac pod nosem: "Fucking white!". Wspolpasazerowie, ktorzy nie spali I katem oka obserwowali zajscie teraz odwaznie szeptem komentowali, a nawet znalazl sie za moimi plecami Polak, ktory mnie zapewnil, ze moge liczyc na pomoc w razie potrzeby. Znajac nasza walecznosc I bohaterstwo, przypuszczam, ze spl podczas tego incydentu I obudzil sie dopiero po ich powrocie.
cdn

Sunday, 12 October 2014

Moja bitwa o Anglie cz 44

   Najpierw usmiech, radosc, przytulanki, by nastepnie przelknac sline I: Jak to w ciazy?? Przeciez... Przeciez... nie damy rady w tym mieszkaniu I na majonezie z Netto. Sama miloscia nie wyzywimy sie. Jedna nasza polowa myslala realnie, natomiast druga byla wniebowzieta. Kochalismy sie bardzo I planowalismy potomka, lecz jeszcze nie teraz. Atmosfera zrobila sie "gesta". Nie moglismy spac w nocy, myslac, jak zaradzic. Po dwoch dniach pogodzilismy sie z losem I z nastawieniem pozytywnym wrocilismy do pozadku dziennego. Kazalem Wioli uwazac na siebie, absolutnie nic nie dzwigac I nie przemeczac sie. Bylismy bardzo szczesliwi I pelni nadzei. Az do dnia, gdy niespodziewanie zostalem zwolniony z pracy za... sikanie. Rozpoczelismy z Mariuszem I Lukaszem nowa budowe. Remont elewacji I dachu w duzym budynku na Kings Cross, w centrum Londynu. Postawili nam wielkie rusztowanie I mielismy pokazac co potrafimy. Niestety nie postawili nam Toi Toia. Ja calkowicie przekonany, ze remontujemy kolejny hostel ze wspolnymi toaletami na korytarzach, po porannej kawie, przez otwarte okno, prosto z rusztowania wskoczylem do srodka toalety niczym rasowy wlamywacz. Oproznilem swoje zbiorniki, umylem rece jak mama przykazala I wrocilem do pracy. Po niespelna pol godzinie podszedl do mnie Lukasz I pytajac spokojnie czy mi lepiej po skorzystaniu z toalety, kazal isc do domu. Okazalo sie, ze byl to blok z mieszkaniami prywatnymi I wlascicielka tej toalety zadzwonila do naszego angielskiego zleceniodawcy- menagera I narobila rabanu. Zalamany wrocilem do domu, dzwoniac po drodze do szefostwa, by wyjasnic cale nieporozumienie. Tlumaczylem sie tak intensywnie, az bateria w telefonie mi sie rozladowala I nie moglem dokonczyc rozmowy. Obawialem sie, by ta informacja nie wplynela zle na zdrowie Wioli lub dziecka. Na szczescie po powrocie do domu oraz naladowaniu telefonu, sam do mnie zadzwonil Lukasz, uspokajajac, ze wracam od jutra, lecz na inna budowe. Angielski manager upieral sie, by mnie zwolnic w trybie natychmiastowym lacznie z postepowaniem dyscyplinarnym, jednak silna solidarnosc patryiotyczna przycmila angielskie zapedy nacjonalistyczne.
 Ponownie bylismy szczesliwi I bezpieczni. Znow bylo nas stac na majonez z Netto. Dodatkowo nadal chalturzylem na prywatnych fuchach, remontujac hinduskie domy I restauracje oraz chroniac wlasnym cialem kolejne gwiazdy angielskiej estrady.
 Nim zakonczy sie sezon letni, zalicze wspanialy gig w Hyde Parku p.t. "Party in the park" zorganizowane przez Ksiecia Karola. Zaprosil wielu wspanialych artystow, m. inn. Lenego Kravitza I Bassement Jaxx, a ja osobiscie mialem okazje byc w grupie zabezpieczajacej droge, ktora przechodzil. Niestety reszte koncertu spedzilem gdzies z tylu, pilnujac jakiegos namiotu I nie wiele widzialem z wystepu. Po zakonczeniu imprezy wracamy do naszej obwoznej przebieralni, ktora to wladala mloda dziewczyna z afrykanskiej prowincji. To urocze dziewcze, bardzo mlode, o slicznej buzi I powalajacym usmiechu, oczarowalo jednego z naszych angielskich menagerow ochrony I zostalo zaplodnione przez niego. Ow manager byl na tyle ludzki I czuly, ze przeniosl ja do pracy w naszej "kanciapie". Natomiast Ona w akcie wdziecznosci, dziekowala mu na rozne sposoby gdy my stalismy na posterunkach oraz sprzatala nasz balagan. Nawet sama oglosila akcje protestacyjna przeciw balaganiarzom I wszystkie rzeczy, ktore spadly z wieszaka na podloge, ladowaly w koszu na smieci. W ten sposob podkreslila swoja waznosc, swoja powage oraz oddanie do powierzonych obowiazkow. Nawet I ja mialem okazje posmakowac jej lojalnosci wobec pracodawcy, gdy moj ulubiony, czarny sweter, zakupiony niegdys za spora kwote na Camden Market, wyladowal w koszu razem z pozostalosciami po hamburgerach. Bylem okropnie zly I rozczarowany brakiem zainteresowania ze strony menagera rozplodowego, a ta afrykanska antylopa szla w zaparte, ze tego dnia przyszedlem do pracy tylko w koszulce. Ze lzami w oczach wrocilem nad ranem do domu. Cala dobe wyklinalem ta pare mieszana. Moja kochana kobieta, czujac ma rozpacz I przygnebienie, po raz kolejny wykazala sie mistrzowskim talentem w organizacji I zarzadzaniu domowym budzetem. Zacisnelismy pasa, zaoszczedzilismy kilka funtow na majonezie I robiac mi imienionowa niespodzianke, kupuje podobny sweter w lokalnym Primarku. Juz mi lepiej. I cieplej.
 Chwilowo nasze troski finansowe rozwiewa dodatkowa praca przy remoncie restauracji na Shepherds Bush. Poznany przed wyjazdem pakistanczyk, zaakceptowal moja cene na kompleksowy remont I dobilismy targu. Zaoferowalem Kazikowi prace I razem zabralismy sie do roboty. Kaziu pracowal w ciagu dnia, natomiast ja wieczorami po "panszczyznie". Po dwoch tygodniach, bez zadnych nieprzyjemnych niespodzianek, udaje nam sie zakonczyc ten projekt. Jednak pan Pakistanczyk nie ma ochoty wyplacic mi calej kwoty. Dochodzi miedzy nami do klotni I rozstajemy sie w zlych humorach nie dzwoniac wiecej do siebie. Na odchodne zaoferowal nam bezplatne posilki tak dlugo, jak tylko bedzie istniala ta knajpa. Nie skusilem sie jednak na ta jesienna promocje I honorowo go olalem. Jednak zarobione tu kilka stow znacznie reperuja dziure budzetowa panstwa Kepke-Wysockich, co owocuje wypadem na piwo do pubu z nowymi znajomymi. Ale o tym w kolejnym odcinku...
cdn

Friday, 3 October 2014

Moja bitwa o Anglie cz 43

          Niestety nie ukladalo nam sie dobrze mieszkanie z naszymi wspolokatorami I czesto dochodzilo do spiec. Szczegolnie Wiola I Ewa w kuchni nie potrafily sie dogadac, a my przez to chodzilismy glodni. Jak mowi starozytne rosyjskie przyslowie: Gdzie kucharki dwie, tam rodzina wlosy rwie.
 Wiola w pracy radzila sobie dobrze, nawiazywala nowe znajomosci z nauczycielami I nie tylko. Zreszta jak tu sobie nie radzic przy obsludze odkurzacza czy sciery? Wiekszosc nauczycieli mocno sie dziwila, ze mloda kobieta po studiach szoruje kible. Jednak taka kolej wydarzen w zyciu emigranta. Od zera, do bohatera. Wiola dzielnie znosila upokorzenia oraz namietnie piescila kazdy pisuar napotkany na swej drodze.
 Menagerem agencji sprzatajacej, ktora zatrudniala moja krolowa wszystkich odkurzaczy, byl Irlandczyk David, blizniaczy brat Kennego Rogersa. Bardzo zyczliwy, uprzejmy, prawdziwy gentleman o fantastycznym podejsciu do ludzi. Duzo rozmawialismy. Czulem, ze rozumiemy sie swietnie I nawiazuje sie pryjazn.
 W najgorszej pozycji byla Stela. Nie znala jezyka I ciezko bylo jej sie przez te pierwsze tygodnie komunikowac. Czesto przychodzila zalamana do Wioli w szkole I plakala, ze nic nie rozumie. Byla w bardzo zlym stanie emocjonalnym. Musiala rozstac sie ze swymi polskimi przyjaciolmi, z rodzina, z ukochanym podworkiem. Rozumielismy jej stan I staralismy sie ja pocieszyc I tlumaczyc. Niestety nasza sytuacja finansowa byla gorzej niz fatalna, wiec ciezko bylo Steli znalezc jakies zajecie po lekcjach by zabic czas I rozterke. Jedyne co moglismy jej teraz zaoferowac, to spacery po Londynie I milosc. Bylo ciezko. Bylo ekstremalnie ciezko. Pracowalismy duzo, jednak polski dlug ciagnal sie za mna z wielkim smrodem I zamiast go ubywac, to w kolejnych miesiacach pojawialy sie nastepne naleznosci do zaplacenia. Jakby tego bylo malo, doszlo zadluzenie w UK za rachunki biezace, ktore powstaly na skutek pobytu na Sluzewcu.
 Oszczednosci szukalisy wszedzie. Potrafilismy jechac autobusem na druga dzielnice, poniewaz tam byl sklep Netto, o stokroc tanszy od Tesco, tego pod domem. Wracalismy obladowani tobolami, a ja przybralem pseudonym "Dromader". Kazdy funt byl na miare zycia I smierci. Kazdy funt mial wartosc o wiele wieksza od oficjalnej. Kazdy funt byl dokladnie obejrzany I przemyslany zanim spadl na sklepowa lade. Nie, nie musielim jesc na szczescie fasoli z puszki I zupy z gwozdzia, jednak wybieralismy w sklepie produkty tansze lub przecenione. Nauczylismy sie, o ktorej godzinie pani w sklepie podjezdza wozkiem z towarem do przeceny I przy uzyciu twardych lokci walczylismy o pokarm na przetrwanie kolejnego dnia.
 Dosyc sporym wyzwaniem bylo dla nas ubranie Steli do szkoly. Wedlug nakazu ministra od szkolnictwa, wszystkie dzieci  szole podstawowej, czyli Primary School, oraz gimnazjum, czyli Secondary School, musza przychodzic w mundurkach obowiazujacych w danej szkole. Niestety ten wymog jest dosyc kosztowny I pociagnal nas po kieszeni bardzo bolesnie. Doszlo do tego, ze na szkolne skarpetki braklo nam jednego funta I musielismy z nich zrezygnowac ukrywajac kolorowe pod spodniami w obawie, ze zimnokriwsty pan dyrektor wykryje intryge szyta grubymi nicmi.
 Nauka jezyka przychodzila nam bezbolesnie I w bardzo profesjonalny sposob w jednym  londynskich collegow. Wiola doksztalcala sie przed poludniem, natomiast ja wieczorami, po pracy. Oboje mielismy tego samego nauczyciela- rodowitego Anglika, Poula, zatwardzialego kibica FC Liverpool, znawce polskiej geografii oraz poprawnej polszczyzny. Nie tylko potrafil bezblednie wypowiedziec "Walesa", "Solidarnosc", "Gdansk" oraz glowne przeklenstwa, to znakomicie orientowal sie gdzie leza Mazury, Bieszczady czy Miedzyzdroje, a Jerzy Dudek byl absolutnym jego idolem. W mojej klasie bylo nas czterech Polakow I czesto dyskutowalismy z Poulem. Mowil tak plynnie, wyraznie I zrozumiale, ze gdyby kazdy Anglik tak sie wyslawial, to nie potrzebna by mi byla szkola. Mial dar do nauczania, do komunikowania sie. Byl rewelacyjnym czlowiekiem I nauczycielem.
 Szczesliwie doczekalismy wyprowadzki naszych lokatorow I zostalismy sami z Kazikiem za sciana. Kazik od samego poczatku mojej londynskiej przygody byl kims waznym w moim zyciu, moim drogowskazem, mentorem, oparciem, przykladem do nasladowania, przyjacielem, czlowiekiem, ktory zupelnie mnie nie znajac, calkowicie mi zaufal. Sluchalem uwaznie jego uwag I wskazowek. Obsrwowalem jego zachowanie, nawyki, uczylem sie zyc na nowo. Majac taki przyklad u boku bylo mi latwiej.
 Pewnego dnia, wracajac z pracy, Wiola przywitala mnie pierogami oraz informacja, ze jestesmy w ciazy...
cdn

Sunday, 28 September 2014

Moja bitwa o Anglie cz 42

   Oprocz takich hosteli remontowalismy tez domy seniora dla ludzi bardzo zaawansowanych wiekowo, takie hospicja. Czesto ci ludzie byli juz w stanie agonalnym lub nieuleczalnie chorzy. Bylo czysto, schludnie I tylko nieliczni krzyczeli ze swoich pokojow wzywajac pielegniarke. Bylo ich tu wiele. Prawie kazdy z lokatorow mial osobista siostrzyczke, ktora sie nim opiekowala cala dobe. Jednak wiele z tych osob bylo calkowicie nieswiadomych co sie dzieje wokol nich.

 Niestety po powrocie do Londynu nie udalo mi sie nawiazac kontaktu z kims ze Sluzewca. Dopiero kilka lat pozniej Patryk napisze do mnie emaila z prosba o pomoc w przeprowadzce do UK, jednak o tym w dalszej czesci.
 Powoli rany po ostatnim pobycie w Polsce goily sie. Bardzo sumiennie przygotowywalem sie do przeprowadzki moich dziewczyn. Na poczatku mielismy zamieszkac w "naszym" wiezowcu razem z Kazikiem w drugim pokoju. Wiazalo sie to z wypowiedzeniem mieszkania naszym lokatorom. Nie byli z tego powodu zadowoleni I nawet poklocilismy sie o to. Nie rozumialem ich postawy. W trojke mieszkali na jednym malym pokoju z I wogole nie zamierzali tego zmieniac. Przez ten rok ich coreczka urosla, co I nam sprawialo sporo klopotu. Szczegolnie rano przed wyjsciem do pracy, gdy spedzali w lazience wiecej czsu niz powinni.
 Ostatnie dni ich pobytu rozmawialismy tylko sluzbowo, a nawet zdazalo sie, ze robili nam coraz czesciej problemy z platnosciami, sprzataniem, a nawet zajmowali cala kuchnie gdy my wracalismy z pracy I nie mielismy mozliwosci przygotowania sobie posilku. Kaziu nawet posunal sie do ostatecznosci wyprowadzajac sie na te kilka dni do swojej przyjaciolki. Niestety sytuacja zrobila sie jeszcze bardziej niewygodna, gdy poprosili o jeszcze jeden miesiac mieszkania. Ktos im obiecal wynajac pokoj, jednak przesunelo sie to w czasie. Nie mielismy serca wygonic ich z dzieckiem na ulice I uleglismy prosbie. Moje dziewczyny nie byly z tego zadowolone, jednak nie mielismy wyjscia.
 Nadszedl wreszcie dlugo oczekiwany dzien 21 sierpnia 2004 roku. Wiola I Stela przylecialy z wielkimi walizami pelnymi wpomnien I dobrej nadziei. Wspolnie zajelismy salon w naszym apartamencie na 6 pietrze z wielkim balkonem I widokiem na centralny Londyn.
 Stela dostala swoj kacik odgrodzony regalem, a my w drugim udawalismy malzenstwo I bylismy wreszcie szczesliwi, ze jestesmy razem. To nic, ze biedni I musimy wszystko zaczynac od zera. Ba, zeby od zera! Nadal splacalem zaleglosci po polskim biznesie, wiec zaczynalismy od minusa. Jednak pelni wiary, optymizmu, sily I zapalu na lepsze zycie, lepsza przyszlosc.
 Gdy ja pracowalem na dwie zmiany, to Wiola dzielnie szukala szkoly dla Steli oraz pracy dla siebie. Po kilku bezowocnych kursach po naszej dzielnicy, udala sie do wspomnianej wczesniej White City. Ktos jej polecil tam szkole dla Steli. Nie bylo nam to po drodze, jednak byla to ostatnia nadzieja na rozpoczecie nauki w terminie.
 W UK sa bardzo ostro przestrzegane zasady szkolnictwa. Mozna latwo traffic do aresztu, nawet za niusprawiedliwiona nieobecnosc dziecka lub zaplacic duza kare finansowa. Wiola stanela wiec na wysokosci zadania I za jednym zamachem zalatwila edukacje dla Steli oraz zatrudnienie dla siebie. Wszystko w jednej szkole. Super! Bedzie miala Stele pod opieka przez te pierwsze miesiace. Stela nie znala wogole angielskiego I byla bardzo zestresowana. Niestety do szkoly musiala sama dojezdzac autobusem. Wiola zaczynala prace o 6 rano I konczyla o 8. Nastepnie wracala do domu by ponownie pojawic sie w pracy o 16 na kolejne dwie godziny. Bylo to sprzatanie tejze szkoly. Praca moze malo ambitna, jednak od czegos trzeba zaczac. Dostala umowe na stale, przyslugiwal jej pelen "socjal" oraz platne dni wolne podczas szkolnej przerwy. Calkiem dobra oferta jak na start. Wolne godziny od pracy mogla poswiecic na doksztalcanie jezyka z czego I ja skorzystalem. Unia Europejska oplacala kursy jezykowe dla nowowstepujacych panstw I moglismy szlifowac angielski w prawdziwym londynskim college'u.
 Powoli to wszystko nabieralo ksztaltu, rodzinnego domu I familijnej atmosfery. Jednak uplynie jeszcze wiele wody w Tamizie, dopoki nie ustatkujemy sie, dopoki nie znajdziemy poprawnego zatrudnienia I mieszkania, stabilizacji. Ale o tym w kolejnych odcinkach...
cdn

Thursday, 18 September 2014

Moja bitwa o Anglie cz 41

 Koncert Pavarottiego zapowiadal sie bardzo apetycznie. Piekna, sloneczna pogoda, kolorowy park I wszechobecne, wolnochodzace pawie I kroliki. Dziesiatki tych zwierzakow! Nie jestem az tak wielkim fanem klasyki, lecz od czasu do czasu, dla dowartosciowania sie, lubie posluchac np. Vivaldiego czy Nigela Kennedy'iego. Sam Pavarotti nagral wiele dobrej muzyki, a jego glos byl doceniany na calym swiecie, rowniez przez rockmanow.
 Do Knebworth Park przybylo jego fanow kilka tysiecy. Duzo starszych osob, ale tez cala masa rodzin ze starszymi dziecmi, ktore organizuja pikniki.
 W innej czesci parku, pod duzym namiotem, popija szampana angielska arystokracja. Nie brakuje tam ksiezniczek I ksieciow. Tym razem dostaje stanowisko " na bramce". Wnoszenie alkoholu jest dozwolone, ale tylko w postaci wina I piwa, nie wolno rozpalac grilla I ogniska.
 Podczas sprawdzania biletow podjechal luksusowy Mercedes kabriolet pod nasza brame z kims stojacym na tylnym siedzeniu w duzym, slonkowym kapeluszu. Byl to pan Lucian, operowy mistrz, pogromca kurczakow pieczonych. Wygladal niczym papierz w papamobile. Wszystkie kobiety piszczaly jak nastolatki, a mistrz pomachal im na przywitanie I pomknal do swojej garderoby zostawiajac nas z otwartymi dziobami wdychajacymi luksusowe spaliny z kabrioleta. Mialem nadzieje, ze chociaz mnie poglaska po glowie. Bylem przeciez najblizej I tak dobrze pilnowalem bramy...
 Lucjan zniknal, a my po wpszczeniu wszystkich milosnikow klasyki zajmujemy stanowiska w sektorach. Wymogi menagera wloskiego gwiazdora sa bardzo srogie: mamy mowic szeptem, chodzic wolnym krokiem oraz wyciszyc telefony I walkie-talkie.
 Caly koncert przebiegal spokojnie. Doipiero po zakonczeniu, gdy ludzie juz rozchodzili sie, wydazyl sie bardzo nieprzyjemny incident. Jeden z moich czarnoskorych kolegow, zostal oblesnie zaatakoany w rasistowski sposob I wywiazala sie nie mala szarpanina. Na szczescie sytuacja zostala szybko opanowana  I moglismy powrocic do pracy.

 Kolejne zlecenia przychodzily czesto I w ilosciach hurtowych. Rozpoczal sie sezon letni I wszedzie organizowano koncerty oraz rozne imprezy. Regularnie bralem udzial w zabezpieczaniu meczy pilkarskich w dwoch klubach Crystal Palace oraz FC Charlton, wszystkch imprez w Hyde Parku I Wembley Arena. To byla moja dzialka, choc zdazalo mi sie tez wyruszyc w inny rejon.
 Kolejny concert na Wembley: gwiazda New Romantic lat '80- Duran Duran. Niestety dluzej jak 15 minut nie wytrzymlem tego sluchac I ukrylem sie w pomieszczeniach za scena. Jeszcze nie raz tam bede uciekal przed rozna muzyka.
 W miedzy czasie pracowalem nadal z Mariuszem I Lukaszem remontujac kolejne domy seniora oraz hotele dla bezdomnych alkoholikow I cpunow.
 Bylem bardzo zdziwiony, a nawet zszokowany panujacymi zasadami w takich hostelach. Dom dsyc duzy, kazdy z rezydentow ma swoj wlasny pokoj-sypialnie, lazienki wspolne na korytarzu, w beasemencie stolowka I za sciana "drinking room", w polskim tlumaczeniu pokoj, gdzie legalnie mozna nachlac sie do nieprzytomnosci. Calkiem gustownie urzadzony: skorzane dwie sofy, duzy telewizor, szklany stolik I wielka popielnica. Kazdy z nich mogl tu przyjsc, ulozyc sie wygodnie I podczas ogladania TV poprostu sie "nawalic". Gdy juz spadl delikwent z sofy, piaty raz narobil w gacie I zaczal sie ksztusc wlasnymi wymiocinami, to dwoch sanitariuszy dyzurnych, lapiac go za konczyny probowalo przetransportowac do sypialni. Zabawnie wygladalo, gdy pan alkoholik wracal po kilku minutach o wlasnych silach z kolejna butelka taniego cidera. Mialem wrazenie, ze nie chcialo mu sie isc do gory o wlasnych nogach, wiec czekal, az go zaniosa.
 W takim hostelu dzialy sie dziwne rzeczy I mieszkali tam rozni ludzie, bardzo zniszczeni przez rozne uzywki.
 Jeden z nich, siedzial przez caly dzien w jadalni I bujal se na krzesle. Dlugie, tluste wlosy, dluga jeszcze bardziej tlusta broda, garnitur w paski, ale juz bez koszuli oraz buty mokasyny bez skarpet. Wygladal troszke jak Frank Zappa na kacu. Oczy zagubione, niepewne I sploszone. Od rana do kolacji podczas tego sierocego bujania mamrotal cos pod nosem, co brzmialo jak: "pizza hut, pizza hut, pizza hut". Gdy ktoremus z jego kolegow znudzilo sie sluchac o najslynniejszej pizzerii I zwrocil mu dyplomatycznie uwage: Shut up!!! To "Frank Zappa" z wielkim krzykiem zamykal sie w toalecie na dluga chwile, by ponownie wyjsc I nadal grac swa role przez nastepne godziny.
 Innym ciekawym przypadkiem, byl mezczyzna w bardziej niz srednim wieku. Niewysoki, energiczny, podobnie jak poprzednik w garniturze bez koszuli I skarpet. Jego cialo zdobila cala gama roznej wielkosci I koloru swastyk. Ow osobnik, cale dnie spedzal w lozku, wychadzac tylko do toalety lub na posilek. Ale, ale! To nie bylo takie zwykle legowisko. Dookola niego na tym lozku lezalo tysiace petow, a w nogach stal rozklekotany magnetofon "Jamnik" z jedna kaseta, ktora w kolko mamrotala ta sama melodie. Gdy wstawal do toalety, to z tych niedopalkow ulozona byla jakby jego forma, odcisk jego sylwetki. Po powrocie, delikatnie ukladal sie w to samo miejsce,by tylko nie uszkodzic choc jednego peta.
 Bylo jeszcze kilku innych ciekawych osobnikow: pan, ktory za wszelka cene chcial komus wsadzic penisa na sile do ust, inny pan, przez kilka lat nie wychodzil z pokoju, zalatwial sie na podloge, a pozniej zawijal to w serwetke I rzucal  w nas przez okno. Byla tez kleptomanka, ktora notorycznie wyciagala nam wszystko z kieszeni, myslac, ze jest niezauwazona. I wielu innych ludzi skazonych roznymi substancjami ze zlamana psychika. Zapadlo mi w pamieci jedno powiedzenie, ktore ktos tam ciagle powtarzal: "You are catholic, I'm alcoholic." W polskim tlumaczeniu- Ty jestes katolikiem, a ja alkoholikiem.
 Szkoda tych ludzi. Przegrali swoje zycie. Jednak tam sa pod specjalistyczna opieka psychologa I aby dostac zasilek pieniezny, ktory to przeznacza w calosci na alkohol lub narkotyki, musza brac udzial w zajeciach I wykazac chec wspopracy. Tylko czy ktos jest w stanie ich wyleczyc lub zmienic ich nawyki? W UK alkoholizm, czy jakiekolwiek inne uzaleznienie, jest uznawane za chorobe, a chorzy ludzie maja godne warunki do zycia, niekiedy lepsze niz nie jedna rodzina. Maja stala opieke lekarska, wyzywienie, kieszonkowe. Nie jeden polski alkoholik marzy o czyms takim...
cdn

Saturday, 13 September 2014

Moja bitwa o Anglie cz 40

  Kolejne zlecenie w ochronie wygladalo bardziej optymistycznie: Hyde Park- Red Hot Chilli Peppers. Trzy dniowy maraton. Koncerty maja zaczynac sie o 19.00, lecz my juz pracujemy od 12 w poludnie. Po odprawie dostaje w opieke bar piwny. Mam go zabezpieczac z dwoma kolegami. Nie jest zle. Jestem blisko sceny I wszystko dobrze widze. Techniczni ustawiaja sprzet I robia probe.
 Pol godziny do rozpoczecia koncertu. Rzesza fanow "wlala" sie juz przez bramki wejsciowe I okupuja zrodla piwne. Wszyscy podescytowani oczekujemy pierwszych dzwiekow. Wreszcie pierwszy na scenie pojawia sie Flea I zaczyna grac wstep do "Tell me baby". Wszyscy jak na rozkaz biegna pod scene. Nikt juz nie zwraca uwagi na piwo, na pieniadze. Zauwazylem, ze nawet moi koledzy znikneli gdzies, wiec I ja zniknalem pod scena. Sciagnalem tylko koszulke firmowa, by nie wyrozniac sie w tlumie I oddalem sie szalenstwu. Tu na szczescie mozna skakac.
Wczesniej bedac w jakiejs budzie na koncercie miejscowej kapeli z moimi przyjaciolmi Blizniakami, probowalem rozkrecic "mlynek" pod scena. Nawet nie zle wychodzilo, a para dziewczyn z Chorwacji I prawdziwy londynski punk chetnie dolaczyli I krecilismy razem wciagajac kolejnych ludzi. Gdy nagle wielki pan murzyn wyciagnal mnie za ucho na zewnatrz I pokiwal palcem. Wytlumaczyl, ze ten lokal nie ma licencji na tanczenie I nie wolno nam tego robic. Zdziwiony wrocilem do srodka, przysiegajac, ze wiecej nie zlamie lokalowego prawa. Jednak jak tu stac spokojnie, gdy tak pieknie graja. Sciagnalem koszulke, zablyszczaly wszystkie "dziary" I udalem sie w romantyczny taniec wojownikow- Pogo. Cala ekipa schowala mnie do srodka, skutecznie broniac przed czarna reka sprawiedliwosci. Jednak I tu mnie dopadl pan murzyn z kolegami I skutecznie wywalil na bruk tlumaczac, ze na striptease tez nie maja licencji. Co to za remiza!!! Zakpilem. Wlasciwie nawet nie remiza, bo w kazdej bez problemu mozna szalec do rana.
 Wracajac do konmcertu RHCP, tlum mnie wchlanal I nawet manager nie zauwazyl mojej nieobecnosci. Nastepne dwa dni grzecznie juz stoje na posterunku I pilnuje zrodla.
 Mija kilka dni I dostaje kolejna oferte: zabezpieczenie biegu ze zniczem olimpijskim. Impreza bardzo duza. Jeszcze nie mialem okazji pracowac z tak wielkim tlumem. Sztafeta biegnie przez cale UK, zatrzymujac sie w Londynie, by udzielic kilku wywiadow. Dostaje przydzial na Brixton w poludniowym Londynie. Okolica znana z zamieszek emigrantow, ktore wywolali w latach 80, oraz pobytu Roberta Brylewskiego, ktory kiedys postanowil posmakowac emigracyjnego chleba.
 Stoje przy duzej, pustej scenie I czkam na "gwiazdora". Nie wiem jeszcze na kogo, jednak wokol jest mnostwo reporterow I kamer. Po godzinie pojawiaja sie pierwsi zwiadowcy na motorach I po chwili biegnie grupka "dresiarzy" prowadzona przez Franka Bruno, bylego mistrza swiata z UK w boksie. Frank dumnie trzyma plonacy znicz I z cala grupa kibicow oraz fotoreporterami kieruja sie w strone sceny, przy ktorej pelnie straz. Jestem sam I zaraz mnie pozra razem ze scena I mikrofonem. Daje sygnaly menagerowi, by dal mi kogos do pomocy, lecz tlum jest tak gesty, a reporterzy glodni sensacji, ze mojemu pomocnikowi nie udaje sie przedrzec. Dzielnie wiec wypinam klate I strofuje co nachalnych pisamkow I papparazzich. Frank Bruno udziela krotkiego wywiadu, po czym ustawia sie do zdjec. Jeszcze uscisk dloni sponsora I mozna biegnac dalej.
 Wszyscy sie rozchodza, a my wracamy do pracy po poludniu. Obok Palacu Buckingham, mer Londynu organizuje wielka fete I kilka koncertow. Impreza zorganizowana  z rozmachem. Tlumy ludzi z choragiewkami, duzo stoisk z piwem I jedzeniem, wiele osob robi piknik  w Green Parku obok palacu. Ponownie duzo kamer I reporterow, a wszystko dlatego, ze Wielka Brytania bierze udzial w konkursie na zorganizowanie olimpiady w 2012 roku. To, w jaki sposob zakonczy sie ta impreza, bedzie mialo duzy wplyw na podjecie decyzji przez komitet olimpijski.
 To byla bardzo dluga I wyczerpujaca zmiana dla mnie. Rozpoczalem prace o 18.00, a zakonczylem o 6.00 rano. 12 godzin na nogach. 12 godzin chodzenia, biegania lub stania.
 Po zregenerowaniu konczyn dolnych, kolejnego dnia wracam do pracy z Mariuszem I Lukaszem. Remontujemy dom seniora na Camden. Coraz lepiej sie rozumiemy I wspopracuje nam sie wysmienicie. Pieniadze, ktore oferuja nie sa najlepsze, jednak pozwalaja uregulowac dlugi powstale podczas mojego pobytu na "wczasach".
 Mija kolejne kilka dni I dostaje oferte koncertu Luciano Pavarottiego. Koncert ma sie odbyc w przepieknym miejscu poza Londynem: Knebworth Park. Ten park, to legendarne miejsce. To tu wciaz odbywaja sie kultowe koncerty oraz  Sonisphere Festival. Grali tu wszyscy wielcy muzyki tego swiata, ktorych nie sposob wymienic. To tu odbyl sie ostatni koncert Queen z Freddie Mercurym. Miejsce tak magiczne, ze niewyobrazam sobie, by tam nie byc.
 Jednak o tym jak przebiegl ten koncert, opowiem Wam w kolejnym odcinku...
cdn

Friday, 5 September 2014

Moja bitwa o Anglie cz 39

  W malo luksusowym przedziale klasy drugiej Polskich Kolei Panstwowych jade cala noc do Wioli. Odleglosc niby nie wielka, lecz wielkie wyzwanie dla kolei.
 W przedziale wspoltowarzysze podrozy sa uprzejmi I towarzyscy. Mily pan w kapeluszu, z piecioletnim synkiem, czestuje wszystkich wysokooktanowym bimbrem z termosu. To nie wszystko! Jego goscinnosc I dobrodusznosc powala wszystkich na kolana. Synkowi podal wielkiego jak kosmiczny statek, lukrowanego paczka, a dla nas przygotowal smarzonego sledzia w marynacie z cebula. Pan w kapeluszu, szczerze sie przyznal, ze on to moze na papierosy nie miec pieniedzy, ale synek paczka musi dostac codziennie. Tak go kocha, ze nieba mu uchyli. Obecnie jest w trudnej sytuacji I musial tego paczka ukrasc. Synek zapewne wybaczy mu ten czyn, przeciez to wszystko z milosci do niego. Siedzacy po sasiedzku z "kapelusznikiem" jegomosc skusil sie na delicjaly, a nawet wdal sie w pogawedke z wrazliwym tatusiem. My niestety  nie skorzystalismy z tej uprzejmosci I w oparach bimbru I ryby w occie wjechalem na peron pomorskiej stacji kolejowej. Zatopilem sie w ustach mojej Krolowej I przytulilem ja mocno. Wakacje na Sluzewcu, to byly trzy najdluzsze I najgorsze tygodnie w moim zyciu.
 Na drugi dzien, po sniadaniu zabieram sie za zalatwianie wszystkich formalnosci. Dzwonie do Kazika do Londynu oraz rozmawiam z adwokatem. Mam wyznaczona rozprawe w sadzie na 29 czerwca. Czyli kolejny miesiac musze sedzic w Polsce. Osczednosci mi sie koncza, a w Anglii czeka na mnie praca. Mam nadzieje, ze nie ucieknie mi sprzed nosa. Martwie sie, czy nadal bede mogl pracowac w ochronie.
 Wiosenny miesiac minal szybko I intensywnie. Poznalem cala familie Wioli oraz jej rodzinne strony. Nadrabiamy stracone tygodnie, a w miedzy czasie odstresowujemy sie wycieczka do Gdanska I Malborka, po czym udajemy sie do Walbrzycha na rozprawe sadowa. Tym razem rezerwujemy sobie przedzial sypialny. Przed nami 12 godzin nocnej podrozy. Niestety dziadek z alzhimerem daje nam popalic gorzej od kapelusznika z bimbrem w termosie. Starszy pan jst kombatantem, ktory wraca z kanadyjskiej emigracji do opiekujacego sie nim wnuczka. Niestety jego choroba jest bardzo uciazliwa dla wszystkich wokolo. Krzyczy, duzo mowi I bez przerwy chodzi. Jego wnuczek na poczatku biega za nim I probuje go tlumaczyc, jednak po pewnym czasie poddaje sie I przeprasza nas. Emocje sa tak duze, ze nie mozemy zasnac.
 Dojezdzamy rankiem I po sniadaniu w dworcowym barze spotykamy sie z adwokatem. Jest dobrej mysli I uspokaja nas. Po kilku godzinach sprawa wyjasnia sie I wolny wracam z moja Krolowa. Odwiedzamy przy okazji moja corke I jemy wspolny obiad. Wieczornym pociagiem udajemy sie w droge powrotna. Jeszcze tylko jednen dzien I wracam do UK. Ustalamy z Wiola, ze zamieszkamy wspolnie w Londynie od sierpnia, razem z jej corka. Wracam wiec z mysla przygotowania mieszkania na przyjazd dziewczyn.
 Na moje szczescie Kazik zaopiekowal sie moimi rzeczami oraz wynajal moje lozko, by uniknac kosztow. Bardzo madre posuniecie, ktore uchronilo mnie przed dodatkowymi kosztami
 Praca w ochronie nadal na mnie czekala I wystarczylo tylko wyslac smsa z potwierdzeniem gotowosci bojowej. Niestety moje zlecenie na remont mieszkania przejal ktos inny I musialem szukac innego zajecia. Szczesliwie po kilku godzinach dzwoni moj telefon z oferta pracy w polskiej firmie budowlanej. Stawka bardzo skromna, lecz od czegos musze zaczac. W miedzy czasie dostaje zlecenie do zabiezpieczenia koncertu na Wembley Arena. Jest to mutacja The Doors, pod tytulem: The Doors of XXI century. Na sam dzwiek nazwy Morison przewraca sie w grobie. Lecz coz moge zrobic? Nie jestem tu jako fan, tylko probuje przezyc. Na sentymenty przyjdzie czas. Pomimo tego wyglupu scenicznego, bo przeciez nie sztuki, na widowni jest mostwo ludzi. Udaje mi sie stac I zabezpieczac wejscie za scena. Widze I slysze dokladnie co sie tam dzieje. Na wielkim ekranie wyswietlany jest jakis film, do tego pozostalosci po The Doors graja muzyke. Jakis pajac probuje nasladowac Jimma. Wychodzi mu to bardzo zenujaco. Nie wytrzymuje tego widoku I znikam za drzwiami koncentrujac sie na pracy.
 Na drugi dzien spotykam sie z Mariuszem I Lukaszem, dla ktorych bede pracowal przez nastepne kilka miesiecy. Po uzgodnieniu szczegolow rozpoczynamy zlecenie na King's Cross dla jakiegos bogatego Szkota. Ponoc mial swoj program w BBC. Ma duzy dom, jednak niezbyt gusownie urzadzony.
 Chlopakom podoba sie moja praca I nawet na koniec dostaje od nich bonusa. Proponuja mi stala wspolprace na wiekszym gruncie. Sa podwykonawcami dla duzej angielskiej firmy budowlanej. Dostajemy glownie zlecenia na remonty domow seniora, hosteli dla bezdomnych, szkol I roznych biur. Czesto tez sie zdaza, ze naprawiamy I malujemy cale domy na zwnatrz: dachy, elewacje, ogrodki, chodniki. Podoba mi sie, znow moge wykazac sie umiejetnosciami I sprytem. Zarabiam nie wielkie pieniadze, jednak udaje mi sie placici zalegle rachunki I przygotowac grunt na przyjazd Wioli I Steli.
cdn

Friday, 29 August 2014

Moja bitwa o Anglie cz 38

 Ciezko mi bylo podjac decyzje. Obie opcje byly niepewne, ryzykowne I smierdzialy podstepem, podobnie jak przed wyborami prezydenckimi w 1990 roku. Postawilem na mlodziez. Z nimi zawsze dam rade, znajde jakis sposob by im zaimponowac. Starzy recydywisci moga szukac nowych wrazen. Ciezko zmienic ich przyzwyczajenia. Lepiej byc tym doswiadczonym I najstarszym w grupie, niz zoltodziobem wsrod profesjonalistow. Wybralem dobrze. Przenosza mnie razem z Sikorem. Mam sie nim opiekowac I chronic go. Kolejny absurd. Czy ja wygladam na Matke Terese??? A kto bedzie sie opiekowal mna? Mam w dupie Sikora I jego problemy, jego nalogi, jego glod heroinowy I arogancje.
 Zanim zmienie lokal, wymieniamy sie z wszystkimi numrami konaktowymi. Polubilismy sie. Polaczyla nas ta niedola, plastikowe sztucce I brak pradu w ciagu dnia.
 Wchodzimy z Sikorem do nowej celi. Nie boje sie. Jestem otwarty I przygotowany na wszystko. Czy moze mnie cos jeszcze zaskoczyc po spotkaniu z seryjnym morderca? Czuje sie dobrze, jestem w formie. Moge nawet stanac do pojedynku z kazdym z tych malolatow. Natomiast Sikor caly sie trzesie I panikuje. Siada gdzies w kacie na swojej pryczy I unika towarzystwa, separuje sie. Ja natomiast chetnie bratam sie z malolatami. Jeden z nich tylko dziwnie sie zachowuje. Chodzi po celi I widac, ze swedza ga pznokcie. Najwidoczniej ma ochote pokazac, kto tu rzadzi. Wystraszony Sikor skulil sie jeszcze bardziej, a ja nie zwracalem uwagi na Rudego I robilem swoje. Fakt, balem sie zasnac pierwszej nocy, na szczescie chlopcy spali grzecznie przemeczeni cwiczeiami na sztandze zrobionej  z miotly I butelek plastikowych z woda.
 Rano, o dziwo, wystawili mnie na starszego celi oraz kazali pierwszemu odbierac posilki w okienku. W ten sposob okazali mi szacunek. Usmiechnalem sie pod wasem. Moj system przyniosl efekty. Jestem spokojny. W nastepnych dniach pokaze im kilka ciekawych gier zabijajacych nude oraz zadam kilka madrych zagadek. Wypadlem chyba dobrze. Nikt sie mnie nie czepial, a nawet chetnie czytali I rozmawiali na temat tego co pisze. Nadal prowadzilem kronike I pisalem wiersze. Myslalem, ze takie nie meskie bawic sie w poete, lecz chlopcy byli nawet dumni z tego, ze jestem z nimi I chwalili sie innym na spacerze moim pisaniem.
 Niestety to wszystko nie spodobalo sie Sikorowi, ktory byl nieco przesladowany. Pewnego dnia nie wytrzymal napiecia, zdenerwowal sie I zmarszczyl czolo niewyrazej twarzy mlodego narkomana. Zbuntowany glosno wybuchnal I zaprotestowal z warszawskim akcentem, ze ma tego dosc I wyprasza sobie jakiekolwiek proby naruszania jego godnosci I prywatnosci. Stwierdzil do tego, ze teraz wszyscy powinni sie wziac za mnie, poniewaz ja tylko siedze I pisze I nic innego nie robie. Nastala cisza. A nastepnie wybuch gromkiego smiechu. Ja ntomiast nie moglem tak tego zostawic. Musialem zareagowac I to w taki sposob, by wszyscy to zapamietali. Do konca. By nikomu wiecej nie przyszedl do glowy podobny pomysl. Wstalem, nabralem pelne pluca powietrza, zlapalem z calej sily stol przy ktorym siedzielismy I z calym impetem, ze wszystkim co bylo na nim, rzucilem n koniec celi. Plastikowe kubki, pelne kawy rozbily sie o ciane I poturlaly kazdy pod inne lozko. Pozostale kanapki ze sniadania przykleily sie do sciany. Popielniczka z cala zawartoscia dokladnie przykryla genitalia, zasypujac w popiele Sikora, a nie Feniksa. Odlozylem pioro I okulary, podwinalem rekawy I wzywam Sikora na pojedynek. Ten odwaznie wstal I... Sikor okazal sie Sikorka! Zniknal w toalecie. Wszyscy w smiech. Spedzil tam jeszcze dluga chwile, az chlopcy sila go wyciagneli I nakazali posprzatac cala cele. Oczywiscie pomoglem mu, a reszta dolaczyla do mnie. Jednak to wydazenie dokladnie pokazalo, kto jaka pozycje zajmuje w naszym lancuchu pokarmowym. Ja natomiast do konca swych dni w tym osrodku wczasowym, mialem spokoj I nadal pobieralem jako pierwszy posilki, a chlopcy parzyli mi kawe bez pytania.
 Mijal trzeci tydzien pobytu na Sluzewcu. Samoloty lataly coraz nizej. Tak nisko, ze czekalem, ktory pierwszy zachaczy o nasz komin. Maj wyjatkowo zimny I mokry, jak spiewala Kora. Wiekszosc moich ubran zostala zniszczona podczas zatrzymania. W walizce mialem schowane osiem puszek piwa Guiness, ktore dokladnie zabarwily cala moja garderobe. Udalo mi sie tylko uchronic ulubiony czarny sweter, ktory byl brdzo przydatny. Reszte odziezy oraz dziurawe puszki wyladowaly w koszu na smieci. Jak sie domyslacie, I w tym przypadku nie bylo odpowiedzialnych za zniszczenia. Walizka tez byla mocno uszkodzona I nie nadawala sie do dalszego uzytku.
 Jednak wiadomosc, ktora otrzymalem dokladnie w trzeci tydzien pobytu, zacmila wszystkie troski. Pani officer, z wrodzona gracja, oswiadczyla mi, ze jutro po sniadaniu wychodze na wolnosc. Moja ukochana Wiola zalatwila adwokata, zdobyla pieniadze by zaplacic za jego usluge oraz zaplacic zalegle alimenty dla Grety. Wiedzialem, ze moge na nia liczyc. Spisala sie na medal! Po przekroczeniu bramy zadzwonil moj telefon. Wiola wiedziala dokladnie o ktorej godzinie mnie wypuszcza. Zorganizowala nawet Tomka z samochodem, ktory mnie odwizol na dworzec kolejowy, postawil pyszny obiad I piwo. Tomka wypuscili kilka dni wczesniej. Nawiazal kontakt z Wiola I opowiedzial jej co sie ze mna dzieje.
 Odetchnalem plena piersia. Dopiero teraz zrozumialem ile warta jest wolnosc, ile warta jest prawdziwa milosc. Nie moglem sie doczekac, by przytulic moja Krolowa...
cdn

Friday, 22 August 2014

Moja bitwa o Anglie cz 37

  Mija kolejny dzien odliczany obiadem. Plastikowym widelcem udezamy w plastikowy talerz. Glosno, wszyscy razem, by to mocno podkreslic. Po posilku pani pielegniarka przynosi lekarstwa dla potrzebujacych, w tym dla Jerzego na jego chore nerki. Byla mila I uprzejma, a jednak Jerzy zachowal sie nieladnie I arogancko wobec niej. Staje wiec w jej obronie I wybucham prosto w twarz Jerzemu. Para leci nam obu z uszu, woda sie gotuje w chlodnicy, oboje mamy ochote przywalic sobie po mordzie. To oczywiste, ze Jerzy nie mial racji. Sam jednak jestem zaskoczony moja postawa. Wszyscy obstawiali przeciez Sikora jako pierwszego.
 Wychodzimy na spacer. Czuje sie jak w zoo. Tylko tym razem jestem po drugij stronie. Jestem w klatce. Tym razem to ja jestem zwierzeciem. Podczas spaceru nerwowo zachowuje sie Pawel. Chodzi od jednego rogu do drugiego szybkim, nerwowym krokiem, rece trzyma w kieszeni, cos mruczy pod nosem. Obserwujemy go wszyscy I czekamy co sie urodzilo w jego glowie. Pawel zachowuje sie jak tygrys zamkniety w malej klatce. Atmosfera jest coraz gestsza I bardzo napieta. Jednak na szczescie bez zadnego incydentu wracamy do celi.
 Zauwazam, ze Tomek przyglada mi sie, obserwuje moje rzeczy, buty, zaduma sie.
 General, Jerzy, Patryk I Jozek graja calymi dniami w karty. Pawel przynosi z biblioteki modlitewniki I psalmy. Spiewa na glos piesni koscielne, przez caly dzien modli sie I probuje nas nawrocic. Zaczepia mnie. Wdajemy sie w dyskusje. Pawel probuje mi udowodnic jak jestem ubogi duchowo I nieszczesliw bez mojej wiary, bez swojego boga, bez nadziei na zbawienie. Gdy usiluje zabrac glos I odpowiedziec na jego przemyslenia, to przerywa mi w polowie zdania spiewajac kolejny psalm. Nie daje mi dojsc do slowa. Tomek wyczuwajac jego zamiary, zbliza sie do nas I rozpoczyna ze mna dialog. Tomek zadaje te same pytania co Pawel, a ja odpowiadam. Pawel jest zaskoczony, ale przylacza sie do rozmowy. Na szczescie udaje nam sie dogadac, jednak Pawel do ostatnich naszych dni, bedzie bawil sie w kaznodzieje.
 Ta sytuacja zawiezila nasza znajomosc z Tomkiem. Rozmawialismy czesto siedzac gdzies wysoko na jego pryczy pod sufitem. Tomek mial plan wejsc na brytyjski rynek z telewizorami I widzial mnie tez  tym projekcie. Pmysl spodobal mi sie, tylko kiedy my stad wyjdziemy? Czy wogole ktos bedzie chcial z name rozmawiac?
 Tak minal pierwszy tydzien. Zupelnie nie wiedzelismy co dzieje sie na zewnatrz. Radio gralo tylko muzyke. Jesli piosenki z festiwali w Kolobrzegu I Zielonej Gory mozna nazwac muzyka. Prasa, ktora zamowilem w kantynie oczywiscie dotarla, tylko nie do mnie. Zamowilem Angore, a dostalem Krzyzowki Panoramiczne. Listy, ktore pisalismy z Witia w ilosciach hurtowych wychodzily z celi regularnie, lecz do dzis nie dotarly do Wioli oraz innych adresatow.
 Pani officer, gdy tworzyla moja kartoteke, spisywala I uaktualniala wszystkie szczegoly oraz moje dane, ponoc, by w przyszlosci uniknac podobnych incydentow. Ponoc zostalem zatrzymany, poniewaz nikt nie mogl ustalic mojgo pobytu. To ciekawe: mialem wazna biznes wize, zarejestrowana dzialalnosc gospodarcza w UK, placilem podatki I ubezpieczenie, mialem konto w banku, placilem abonament TV oraz za telefon I tysiac innych rachunkow, wysylaem pieniadze I paczki dla corki do Polski, a mimo to, nikt nie mogl ustalic mojego pobytu. Malo tego! Przed rozpoczeciem pracy w Show and Event Security, musialem zrobic Criminal Record, czyli wypelnic forme I zlozyc ja do Homme Office w celu sprawdzenia czy nie jestem poszukiwany lub bylem karany. Wszystko to wygladalo absurdalnie smiesznie I ciezko bylo mi uwierzyc, ze dzieje sie to naprawde. Gdy probowalem pani officer podac moj angielski adres zamieszkania oraz wszystkie dane z Londynu, to stanowczo odmowila, twierdzac, ze moze wpisac tylko Polski adres, poniewaz jestem Polakiem. To byla jakas kpina! Jak to nie moze?! A skad ja mam wziac Polski adres??? Skoro wezwania przychodzili na moj ostatni adres I byly nieodbierane, to znaczy, ze tam nie mieszkam.
 Jednak te absurdy, jak pamietacie nie dotyczyly tylko mnie. Kazdy z nas mial podobna historie do opowiedzenia. Oczywiscie kazdy osadzony twierdzi, ze zostal zatrzymany nieslusznie I jest niewinny, jednak nie zmienia to faktu, ze ten system jest chory I pelen niedzialajacych paragrafow.
  Nadszedl koniec okresu przejsciowego. 10 dni minelo bardzo szybko. Jednak nadal nie mam zadnych sygnalow z zewnatrz. Nie wiem czy Wiola zalatwila adwokata, nie wiem nawet, czy przez to wszystko nie wyladowala w szpitalu? To, ze nadal jestesmy razem, to pewne. Czuje jej obecnosc w powietrzu, jej energie, zamykam oczy I czuje jej zapach, smak jej ust, dotykam jej wlosow...
 Pierwszy cele zmienil General, po nim Jerzy. Nastepnie zostalem wezwany ponownie do wychowawcy na rozmowe. Sympatyczna pani officer o urodzie blond-goralki z dlugim warkoczem, o miesistej budowie I zabudowie w nagrode za moje dobre sprawowanie dala mi do wyboru cele. Hurra!!! Moge wybierac pomiedzy starymi recydywistami, a maloletnimi gangsterami. Wszystko za to, ze nie sprawialem klopotow. Wlasciwie, chyba wolalbym traffic do celi znajomego z kaplicy mordercy. Przynajmniej byloby o czym pogadac...
Ktora cele wybralem,to juz w nastepnym odcinku. Zapraszam)
cdn

Thursday, 14 August 2014

Moja bitwa o Anglie cz 36

   Siadamy grzecznie w lawkach. Kolega morderca odpala swiece I kadzidelko. Po calej kaplicy rozchodzi sie blogi zapach. Ktos pyta na glos kogo zabil I dlaczego. Pada natychmiastowa odpowiedz, zupelnie bez emocji: Zabilem zone, bo zdradzila, zabilem jej matke, bo stanela po jej stronie, zabilem siostre zony, by nie robila mi wyrzutow. Wszyscy zamilknelismy zastygnieci. Nie bylo osoby, ktora nie otworzyla by japy najszerzej jak tylko mogla. Dla nas "swierzakow", byl to wielki szok poznac osobiscie seryjnego zabojce, byc obok niego bez krat, kajdanow, "klawiszow".
 Facet byl bardzo bystry, inteligentny, sprawial wrazenie opanowanego. Moze tego nauczyl sie w wiezieniu przy wylaczonym pradzie? Zrobil na nas wielkie wrazenie I spotkania z tym czlowiekiem nie zapomne do konca mych dni.
 Kapelan po chwili wyczytuje moje nazwisko I udaje sie do zachrystii na spowiedz. Tam jednak zamiast pasc na kolana I calowac stopy pasterza, twardo tlumacze po co tu przyszedlem. Jednak pasterz nie jedna zagubiona owieczke juz wyspowiadal I pewnie nie raz mial podobna propozycje. Spokojnie wysluchal mojej opowiesci I obiecal wyslac gryps do Wioli. Niestety gryps do dzis do niej nie dotarl, natomiast ja tak.
 Po powrocie do celi, rozpoczynam pisac kronike wydarzen. Opisuje kazdy spedzony tu dzien, osoby, ktore tu poznalem. Pisze tez wiersze...

OKRADZIONY Z GODNOSCI
ZUPELNIE BEZ TWARZY
ODMIERZAM CZAS POSILKAMI

SKULONY Z BOLU NA ROZKLEKOTANEJ KOI
W SMIERDZACEJ CELI
MYSLE O SPRAWIEDLIWOSCI

MARZE O ZAPACHU TWYCH WLOSOW
MARZE BY POCZUC SMAK TWYCH UST
KIEDY WRESZCIE I DO NAS USMIECHNIE SIE LOS?

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

OBARCZONY SAMOTNOSCIA
ODIZOLOWANY OD UCZUC
UWIEZIONY W KRAINIE CIENIA
OSMIELAM SIE PISAC
UCIEKAM
UCIEKAM

PLACZESZ?

MLODY ZLODZIEJ
KTORY WPADL JAK BEZPANSKI PIES
PROSTO W SIATKE HYCLA
STARY LIS
KTOREGO PRZECHYTRZYL MYSLIWY
CALKIEM ZWYCZAJNY LISTONOSZ
KTORY MARUDZI WIECEJ NIZ POWINIEN
ZAROSNIETY TYP
TAK PRZEPITY
ZE MISKE ZUPY ODDA ZA WINO
I JESZCZE KTOS INNY...

PLACZESZ?

PONURY KLAWISZ GASI SWIATLO
UCIEKAM
UCIEKAM
UCIEKAM W SEN
UCIECZKA JEST SEN
SEN JEST WOLNOSCIA
UCIEKAM WIEC W SEN

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

Pisze tez listy do Wioli z nadzieja, ze choc jeden dojdzie. Nasz ukrainski kolega Witia przesiaduje cale dnie przy oknie I krzyczy praktycznie bez przerwy: Dima! Dima! Dimeczka! Synku gdzie jestes?! Lzy nam stoja w oczach. Jednak kazdy z nas przezywa swoj osobisty dramat, rozlake, rozpacz I wewnatrzny bol.
 Leze na lozku I zastanawiam sie, ktory z nas pierwszy "peknie", ktory z nas pierwszy wybuchnie, straci cierpliwosc. Typuje Sikora I Patryka z uwagi na ich apetyt do dragow.
 Martwie sie o Wiole. Kompletnie nie mam dostepu do swiata zewnetrznego. Zamowilem w kantynie gazety, krzyzowki, kawe I jakies ciastka. Niestety mozemy zamawiac tylko raz w tygodniu za maksymalna kwote 20 zl. Wykreslam polowe zakupow. Oczywiscie zakupy docieraja z duzym opoznieniem, tak aby gazety byly juz nieaktualne. Przeciez moglibysmy uknuc jakis spisek I sterroryzowac 200 "klawiszy" przy pomcy duzego ogora kiszonego I plastikowych widelcow. Mysle, ze taki ogor w moich rekach w przyplywie adrenaliny, moze byc bardzo groznym narzedziem. Moglbym  np. pani wychowawczyni powiedzec, by wsadzila go sobie do nosa I bylaby afera. Moze nawet zostalbym za to ministrantem w naszej kapliczce?
 Zamykam oczy. Kolejny dzien zaliczony. Rozmawiam w myslach z Wiola. Opowiadam jej co sie dzis wydazylo, co bylo na obiad. Prosze, by sie nie martwila o mnie. Daje sobie rade, nie chodze glodny, a jedzenie nie jest takie najgorsze. Wlasciwie moge sie tylko przyczepic do higieny w celi, tych opoznionych zakopow, wylaczanego pradu I braku ksiazek. To nie wiele, prawda? No moze General moglby mniej marudzic, ale to mozna zniesc.
 Rano, po sniadaniu dostajemy kolejnego lokatora- Tomka. Nasza cela jest przeludniona I to o dwie osoby. Jednak kogo to obchodzi? Mozemy sobie pisac skargi. Wszyscy. Po trzy dziennie, kazdy z nas. A one I tak trafia do kosza. Tak sie tam traktuje ludzi. Tylko dlaczego? Przeciez nikt z nas nie jest skazany, a skoro nie skazany, to niewinny. Tylko, ze "klawisze" maja to gdzies, ignoruja nasze prosby, uwagi, komentarze I pytania. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Resocjalizacja to mit, martwy przepis w kodeksie. Pusty, bezduszny paragraf, ktory nawet gdyby zniknal z zapisu w kodeksie, to zapewne nikt by tego nie zauwazyl.
 Tomek, nasz nowy wspoltowarzysz, jest zadbanym panem w srednim wieku. Dobrze ubrany, w markowym garniturze. Pachnie dobrymi kosmetykami, ma duza walizke ze soba z naklejka kierunkowa do Seulu. Jest menadzerem w polskiej filii koreanskiego producenta telewizorow. Zostal zatrzymany na lotnisku, podobnie jak ja I posadzony o znecanie sie nad tesciowa (!?) Podsumowujac, mowi, ze mogli sie wysilic bardziej I wymyslec cos bardziej oryginalnego. Z czasem dowiadujemy sie, ze kolega z pracy, zazdrosny o Tomkowe sukcesy w firmie oraz w prywatnym biznesie, uknul podstep I wymyslil bajke o skrzywdzonej tesciowej. Nieufni I ostrozni Koreanczycy, nie beda chcieli ryzykowac I zatrudniac menadzera o podejrzanej reputacji, a zazdrosny kolega menadzer pozbedzie sie konkurencji.
 Nasza cela peka w szwach! Lozka pietrowane sa juz po trzy. Chlopaki, aby dostac sie na sama gore, musza sie gimnastykowac niczym w cyrku. Kolejka do toalety lub do umywalki jest bardzo dluga. Tak samo dlugo czekamy do okienka po posilek. Czekamy wieki by zaparzyc kawe jedna, mala grzalka. Nie podoba nam sie to. Puszczaja pierwsze nerwy.
 Kto pierwszy wybuchnal? O tym juz w kolejnym odcinku...

Sunday, 10 August 2014

Moja bitwa o Anglie cz 35

 Minela pierwsza noc. Na szczescie spokojna I bez wiekszych emocji. Rano, przed sniadaniem, zaaz po pobudce, przemowil Sikor jako pierwszy I wydawaloby sie- doswiadczony. Poinstruowal nas, ze musimy wybrac starszego celi, by po pobudce zdac raport o ilosci opsadzonych pod nasza cela. Bylo oczywiste, ze na ochotnika wyznaczymy Generala. Najlepij pasuje do tej roli.
 Po sniadaniu udajemy sie kolejno na wizyte do wychowawcy. Jest to kolejny "klawisz", ktory opiekuje sie naszym oddzialem. Trafilem akurat na mila pania officer. Jestem "swierzy", bez doswiadczenia I historii kryminalnej, wiec pani kapitan musi przeprowadzic ze mna caly wywiad. Wypytuje mnie o wszystkie szczegoly z zycia prywatnego oraz co zamierzam ze soba zrobic podczas osadzenia, jakie mam plany. Gdyby to ode mnie zalezalo, to wybral bym bramke nr.1 pt. Wolnosc. Nie interesuje mnie grypsowanie, jakies gierki I zabawy zabijajace czas. Wiem, ze jestem tu "na chwile" I nie chce sie angazowac w to zycie. Nie chce tez brac udzialu w wojnie pomiedzy "klawiszami" I grypsujacymi. Nie interesuje mnie zadna ze stron. Mam ich gdzies,
 Rozmawiam z pania officer dlugo. Zwracam uwage na ksiazki w biblioteczce. Pytam, czy jest mozliwosc zrobienia jakichs kursow zaocznie, chcialbym doksztalcic sie, nie zmarnowac czasu. Oczywiscie wychowawczyni udostepnia mi biblioteczke. Jednak znajduja sie tam same podreczniki dla ministrantow I modlitewniki. No nie! Tak zle to jeszcze nie jest! Jeszcze nie musze sie modlic.
 O godz. 10.00 rano wylaczany jest prad w calym areszcie I robi sie okropnie nudno. Nie mozna zaparzyc kawy, nie mozna sluchac radia, nie mozna nic. Mozna jedynie nudzic sie. Czy to madre? Czy tak powinien wygladac process resocjalizacji? Oczywiscie nie jestesmy jeszcze skazani, wiec nie ma mowy o resocjalizacji. Lecz skoro nie jestesmy skazani, to dlaczego mamy ograniczony dostep do pradu?
 Po zapoznaniu sie z wychowawca, udajemy sie na wizyte do dentysty. Po powrocie zapisujemy sie na spowiedz I msze. Nawet ja, zagorzaly agnostyk wpisuje sie na liste. Calkiem oczywiste. Po pierwsze kazde wyjscie z celi jest na wage zlota, po drugie mam pomysl, by wyslac gryps do Wioli.
 Po obiedzie, do naszej pelnej juz celi dokladaja nam kolejnego cpuna. Blady I zimny jak lawina w Karkonoszach. Z blagajacym wrokiem, tylko w brudnym podkoszulku I dzinsach siada na taborecie I trzesie sie jak galareta. Po chwili podszedlem do niego, dalem mu swoj cieply sweter I zaparzylem kawy. Mial szczescie, bylo juz po 16.00 I wlaczyli spowrotem prad.
 Nasz nowy kolega przedstawil sie jako Patryk. Nie dosc, ze trzasl sie z zimna, z glodu narkotykowego, to najzwyczajniej byl tez glodny. Od kilku dni nic nie jadl. Wiec nie zastanawiajac sie, zrobilem mu dwie swoje kanapki, ktore zostaly mi ze sniadania. Patryk byl troche zaskoczony. Spodziewal sie krzykow, bicia, wykozystywania, a tu prawie jak u mamy!
 Gdy juz doszedl do siebie, dostal jakies leki, umyl sie, rozgrzal kawa, gdy zaufal nam I poczul sie bezpiecznie, to otworzyl sie. Okazal sie bardzo wrazliwym, zdolnym I normalnym chlopakiem zaniedbanym przez rodzicow. Ojciec odszedl bardzo dawno, zostawiajac go samego z zapracowana matka. Skonczyl Akademie Sztuk Pieknych I pracowal przy renowacji zabytkow na terenie calej Europy. Jego specjalnoscia byla odnowa rzezb oraz fresek I gzymsow. Nie mial dziewczyny, za to bardzo kochal matke, ktora nigdy nie miala czasu dla niego. Prowadzila hurtownie I byla bardzo zajeta od wczesnego switu do poznej nocy. Patryk chcac uciec od samotnosci, zwrocic na siebie uwage, byc  zauwazony zaczal brac narkotyki. Na poczatku, jak to zwykle bywa, byly to niewinne ilosci. Jednak apetyt domagal sie wiecej I wiecej, az pewnego dnia stracil prace. Zaczal krasc by zagluszyc glod, az wpadl I znalazl sie z nami. Szkoda mi go bylo. Czulem od niego ta pozytywna energie, jego dobroc az razila w oczy. Cale szczescie, ze trafil do nas pod cele. W innej mogli by go skrzywdzic.
 Mija kolejny dzien. Na szczescie szybko I bezproblemowo. Na poczatku zawsze szybko czas mija. Duzo sie dzieje, przychodza nowi ludzie, kazdy opowiada swoja historie. Kazda jest wyjatkowa I wszyscy uwaznie sluchaja.
 Kolejnego dnia zapisujemy sie na zakupy w kantynie I oczekujemy wyjscia na msze do wieziennej kaplicy. Zeby nie zwariowac, gramy w karty oraz w panstwa I miasta. Najwazniejsze, to znalesc sobie zajecie, zajac czyms mozg, nie nudzic sie. Nuda jest tu najgorsza. To wtedy wydazaja sie te najgorsze rzeczy. Wiezniowie z duzym stazem I recydywisci wymyslaja wtedy przerozne sposoby, aby uprzykrzyc "swierzakom" zycie, a sobie je ubarwnic I rozweselic. Jednak wszyscy w naszej celi to "pierwszaki", nawet Sikor, choc wydawalo sie, ze ma doswiadczenie. Jest to cela przejsciowa I spedzimy w niej maksymalnie 10 dni. Nastepnie przekwateruja nas do wlasciwych cel.
 Przed obiadem wychodzimy do kaplicy. Przygotowalem wczesniej gryps do Wioli I ukrylem go w ustach pod jezykiem. Jestesmy dokladnie przeszukiwani przy kazdym wyjsciu I powrocie. Usta tez. Boje sie, ze znajda to. Widzialem jak przy jednej kontroli aresztowanego zabierali mu taki gryps. Chlopak bardzo protestowal I blagal. Oni jednak spalowali go na naszych oczach I wrzucili obolalego do celi. Szczesliwie przechodze kontrole. Po drodze rozmawiamy. Dowiaduje sie, ze facet, ktory opiekuje sie nasza kaplica ma wyrok 25 lat I zostalo mu jeszcze 13 do odsiadki. Taki wyrok mozna dostac np. za zabojstwo.
Kogo zabil I dlaczego, jakie na nas zrobil wrazenie, to juz w kolejnym odcinku...Zapraszam!