Wednesday, 2 January 2013

agacie 7

 Jest ciepla majowa noc. Hospicjum gdzies na peryferiach Polski. Stylowy palacyk prowadzony przez siostry zakonne. Czysto, schludnie i skromnie. Widac, ze potrzebny jest tu "zastrzyk gotowki". Wszystko tu dziala tylko dzieki dobremu zarzadzaniu siostry przelozonej. Na pierwszy rzut oka widac, ze czas zatrzymal sie tutaj w latach 70-tych. Palacyk polozony jest na niewielkim wzniesieniu w srodku lasu. Przepiekna i spokojna okolica, ale dojazd prowadzi przez bita, lesna droge. Cisza. Spokoj. Bezwietrznie. Przez otwarte okno slychac w oddali rechot zab i cykanie swierszczy.
 Milena lezy w sali na poddaszu skulona z bolu. Kolejna nieprzespana noc. Bol tak potwornie silny, ze nie pomaga nawet morfina. Brak tez sil, by poraz kolejny modlic sie by ustapil. To zlosliwy rak macicy, ktory pozera ja powoli i systematycznie od srodka. Wlasciwie wyrok zapadl juz pol roku wczesniej, gdy amputowano zoladek i czesc jelit. Teraz pozostalo tylko przygladac sie, jak ta bestia konsumuje Milene po kawalku, calkowiecie bezkarnie.
 Jest podlaczona do respiratora i kroplowki, ktora prawie bez przerwy tloczy w zyly zbawienna ulge. Przy lozku jest jeszcze wiele innych dziwnych urzadzen, ktore pomagaja jej przetrwac ostatnie dni. Sala ogolnie pusta i chlodna. Zbyt duza jak na dwie osoby.
 Milena teraz ma wiele czasu by przemyslec swoje zycie. Wystarczajaco duzo, by zrobic rachunek sumienia. Przypomina sobie chwile, gdy przy boku byl zawsze On. Zawsze pomocny w potrzebie, zawsze przy niej, zawsze mowiacy "kocham cie". Mowil to setki razy dziennie i czasami tego "kochania" miala dosc. Ale teraz moglby pojawic sie choc na chwilke. Moze by ulzylo choc na sekunde?
 Jednak On nie przyjedzie. Rozstali sie dawno temu. Po niedlugim czasie wyjechal na stale za granice. Milena na rodzine tez nie moze zbytnio liczyc. Najmlodsza corka, w wieku gimnazjalnym, niewiele z tego rozumie i ma swoje wazne sprawy i problemy. Srednia, wyszla za maz za przystojnego przedsiebiorce i razem zapracowani blagaja, by doba trwala 30 godzin. Najstarsza corka, nie tak dawno przeprowadzila sie z narzeczonym do Paryza, gdzie urodzila dwojke dzieci i malzenska sielanka na tym sie zakonczyla. Jej ukochany zniknal tak szybko, jak bilety na koncert Rolling Stones.
 Przez te wszystkie tygodnie pobytu w hospicjum, zaprzyjaznila sie z drzewami, ktore czesto zagladaly do jej okna. Codziennie rano budzily ja szumiac jej ulubiona melodie piosenki jakiegos warszawskiego hipisa. Jednak pragnienie, nie tylko za kims bliskim wciaz rosnie. Popekane i suche usta probuja cos wykrzyczec:
- Wody...
- Wodyyyyyy...
Cisza. Nawet zywej duszy w poblizu.
- Jest tam kto? Blagam! Dajcie mi wody!
- Prosze nie krzyczec. Jest druga nad ranem.Wszystkich pani pobudzi. -Skarcila pielegniarka.- Wystarczy wcisnac guzik nad lozkiem- dodala podajac wilgotna szpatulke owinieta bandazem i wrocila do dyzurki na parterze.
- Co za pieprzony przycisk!- Zaklela w myslach Milena.- Nigdy sie do niego nie przyzwyczaje.
 Zmoczyla spekane wargi. Po tych wspomnieniach bol jaby ustapil. Probowala zasnac.
 Wstawal nowy dzien. Drzewa jak zwykle zagladaly przez okno do jej sali aby sie przywitac. Jednak dzis nie szumialy znanej melodii. Dzis byly inne. Niespokojne. Kolysaly sie nerwowo na wszystkie strony, jakby chcac powiadomic wszystkich, ze cos sie wydarzylo.
 Milena lezala nieruchoma na podlodze. Obok niej roztrzaskany respirator i kroplowka. Ponownie wybrala inne zycie.
 Znow sama...

No comments: